Krzysztof Kelman nowym dyrektorem płockiego zoo!

Nowym dyrektorem płockiego zoo został Krzysztof Kelman, dotychczasowy kierownik działu hodowlanego. Na stanowisku dyrektorskim zastąpił on Aleksandra Niwelińskiego, który po 17 latach kierowania płockim ogrodem przeniósł się do Poznania, gdzie z dniem 1 października oficjalnie rozpocznie urzędowanie na stanowisku szefa poznańskiego zoo.
Krzysztof Kelman z płockim ogrodem związany jest od 27 lat i był naturalnym kandydatem na przejęcie obowiązków dyrektorskich po Niwelińskim – nas decyzja ta bardzo cieszy, oba ogrody bowiem będą w naprawdę dobrych rękach.

Czytaj dalej

Aleksander Niweliński nowym dyrektorem poznańskiego zoo!

To już pewne – informacja, która w zoologicznym światku krążyła już od dobrych kilku tygodni, dziś została wreszcie oficjalnie potwierdzona: nowym dyrektorem poznańskiego zoo został Aleksander Niweliński! Obecny dyrektor zoo w Płocku zastąpi na dyrektorskim stołku Lecha Banacha, który w marcu złożył rezygnację z tego stanowiska. Banach kierował poznańskim ogrodem przez 20 lat, musiał jednak ustąpić w związku z aferą, która wybuchła w Poznaniu na początku tego roku. Aleksander Niweliński z kolei przez ostatnie 17 lat kierował płockim zoo, które dzięki niemu stało się wyróżniającym się w skali kraju ogrodem. Niweliński najprawdopodobniej do końca września pozostanie w Płocku, po czym przeniesie się do Wielkopolski. Nie wiadomo jeszcze, kto zastąpi go na stanowisku, z którego właśnie ustępuje – decyzję w tej sprawie ma podjąć prezydent Płocka.

Aleksander Niweliński – tu jeszcze jako dyrektor płockiego zoo – i Tadeusz 🙂

Czytaj dalej

64004_705973782753255_633060425_n

Płockie zoo mrówkojadzim okiem – fotorelacja z wyprawy (2013)

Co rok Płock, chciałoby się rzec, a dokładniej – jeśli jest lipiec, to jesteśmy w Płocku, tak się bowiem składa, że nasza tegoroczna wyprawa do Płocka i tamtejszego zoo była już trzecią z rzędu – i jak w poprzednich dwóch latach, także i teraz ruszyliśmy w trasę w lipcu właśnie. Płockie zoo – ale też samo miasto – to dla nas miejsce szczególne. Wszystko zaczęło się pewnej lipcowej nocy A.D. 2011, kiedy to nasz autobus nie przyjechał, a nam dane było przez kilka godzin siedzieć na zupełnie opustoszałym placu obok zamkniętego dworca autobusowego. Wówczas to wizyta w Płocku była ostatnim punktem naszej wielkiej letniej wyprawy, podczas której spędziliśmy kilka dni w oliwskim zoo, zwiedziliśmy Trójmiasto, odwiedziliśmy Ogród Zoobotaniczny w Toruniu, wreszcie – po raz pierwszy – przyjechaliśmy do Płocka i zamieszkaliśmy w żyrafiarni w zoo. Wyprawa była niesamowita, a jej zakończenie tyleż niezwykłe, co straszne. Choć dziś tamtą noc wspominamy z uśmiechem. Gdy więc wybiła rocznica naszej pierwszej wizyty w Płocku i tamtejszym zoo – a zarazem rocznica pewnego ważnego dla nas wydarzenia (tak się złożyło, że na ową wyprawę wybraliśmy się tuż po tymże wydarzeniu) nie zastanawialiśmy się ani chwili, dokąd się wybierzemy – i równo rok temu zjawiliśmy się w dobrze nam już znanej żyrafiarni. Gdy więc ustalaliśmy grafik wyjazdów na tegoroczne wakacje od razu wpadliśmy na pomysł, aby i tego lata odwiedzić płockie zoo – najlepiej w lipcu!
Jako że w samym zoo spędziliśmy aż pięć dni (plus sobotni poranek), obserwacji i ciekawych zoologicznych spotkań mieliśmy całe mnóstwo, a że sam Płock to miasto wyjątkowo interesujące, postanowiliśmy także jak najlepiej zapoznać się z jego atrakcjami – choć prawdę mówiąc przed rokiem zrobiliśmy to tak intensywnie, że tym razem program zwiedzania był już znacznie uboższy, choć nie mniej zajmujący.
Nie będziemy Was jednak zanudzać rozpiętą do monstrualnych wymiarów relacją – jak to bywało dawniej – i ograniczymy się jedynie do kilkunastu najciekawszych spostrzeżeń. Zapraszamy do lektury!

Efektowna wizytówka płockiego zoo – neon widoczny z mostu, którym wjeżdża się do miasta

Czytaj dalej

DSC02542

Płockie zoo mrówkojadzim okiem – fotorelacja z wyprawy

Mijają właśnie trzy tygodnie od zakończenia naszej wizyty w płockim zoo, czas więc najwyższy zabrać się za relację, którą skutecznie opóźniały nasze późniejsze wyprawy (biwakowanie pod Wałczem, wyprawa kaliningradzka).
O tym, że w końcu wrócimy do Płocka, wiedzieliśmy już pewnej lipcowej nocy A.D. 2011, kiedy to nasz autobus nie przyjechał, a nam dane było przez kilka godzin siedzieć na zupełnie opustoszałym placu obok zamkniętego dworca autobusowego. Wówczas to wizyta w Płocku była ostatnim punktem naszej wielkiej letniej wyprawy, podczas której spędziliśmy kilka dni w oliwskim zoo, zwiedziliśmy Trójmiasto, odwiedziliśmy Ogród Zoobotaniczny w Toruniu, wreszcie – po raz pierwszy – przyjechaliśmy do Płocka i zamieszkaliśmy w żyrafiarni w zoo. Wyprawa była niesamowita, a jej zakończenie tyleż niezwykłe, co straszne. Choć dziś tamtą noc wspominamy z uśmiechem. Gdy więc wybiła rocznica naszej pierwszej wizyty w Płocku i tamtejszym zoo – a zarazem rocznica pewnego ważnego dla nas wydarzenia (tak się złożyło, że na ową wyprawę wybraliśmy się tuż po tymże wydarzeniu) nie zastanawialiśmy się ani chwili, dokąd wybierzemy się tym razem. Jako że w ubiegłym roku cały nasz pobyt w Płocku ograniczył się tak naprawdę do zoo (wspaniałe!) i dworca nocą, a samego miasta nie udało nam się, niestety, zobaczyć, postanowiliśmy tym razem nadrobić te zaległości i przy okazji pobytu w zoo zobaczyć też miasto, które tak nam wszyscy zachwalali.
Ostatnio zabraliśmy Was na spacer po Płocku, dziś natomiast zajrzymy na kilka wybiegów płockiego zoo – zapraszamy do lektury!

Czytaj dalej

Marta

Wielkie święto w płockim zoo – 82 lata kończy Marta, najstarszy polski aligator!

Gdyby zapytać, kto jest najbardziej znanym mieszkańcem płockiego zoo, który rezydent polskich ogrodów zoologicznych jest największą gwiazdą filmową i który zwierzak dumnie nosi tytuł „najstarszego polskiego aligatora”, odpowiedź na wszystkie te pytania mogłaby być tylko jedna – samica aligatora missipijskiego z płockiego zoo, Marta, która dziś (przynajmniej tak twierdzi zoo) kończy 82 lata!
Z tej okazji w płockim ogrodzie zoologicznym odbędzie się dziś specjalna impreza urodzinowa!

Marta

Czytaj dalej

41589_151881614829144_4465875_n

Mrówkojady w polskich ogrodach zoologicznych – Zoo Płock

Czyli naszych poszukiwań mrówkojadów w historii polskich ogrodów zoologicznych ciąg dalszy. Po Opolu, Łodzi i Wrocławiu zapraszamy dziś do Płocka, który w swoim czasie znany był w całej Europie z hodowli mrówkojadów olbrzymich!

Historia hodowli mrówkojadów olbrzymich w płockim zoo to opowieść niezwykle fascynująca – naznaczona niewątpliwymi sukcesami i licznymi porażkami. Nie brakowało w niej chwil pięknych, jak i niezwykle dramatycznych.
Wszystko zaś zaczęło się w latach sześćdziesiątych, gdy w płockim zoo zainicjowano pewną dość nietypową akcję…

„Akcja Krokodyl”

Zainicjowana w latach sześćdziesiątych XX wieku „Akcja Krokodyl” ogromnie przysłużyła się płockiemu zoo. I chociaż z dzisiejszego punktu widzenia może to wyglądać dziwnie, w tamtych czasach była ewenementem na skalę Polski.
„Akcja Krokodyl” zapoczątkowana została przez wieloletniego dyrektora płockiego zoo, pana Tadeusza Taworskiego, silnie związanego z Polonią argentyńską i brazylijską. Program polegał na tym, aby zebrać książki dla argentyńskiej Polonii, w zamian za co Płockie zoo miało otrzymać zwierzęta.
W ramach akcji do Płocka w latach 60. przyjechały m.in. jeżozwierze, emu, ale też wiele gatunków fauny południowoamerykańskiej, m.in. mrówkojady, oposy, pancerniki, różne węże i wiele innych zwierząt, w tym najsłynniejszy polski gad – aligator missisipijski Marta.

Aligator missisipijski Marta

Do Płocka trafiło w ten sposób mnóstwo zwierząt, których wcześniej w Polsce nie było, co czasem prowadziło do tyleż kłopotliwych, co z dzisiejszego punktu widzenia dość zabawnych sytuacji, pojawiał się bowiem problem z… właściwą identyfikacją nowoprzybyłych zwierząt!
Najbardziej typowym przykładem był pancernik otrzymany z Chaco, który przyjechał jako pancernik olbrzymi, za takiego został początkowo uznany również w Polsce, a który po jakimś czasie okazał się – ponad wszelką wątpliwość! – pancernikiem Kabassu (Cabassous unicinctus).

Można się pomylić...

Często do Płocka trafiały pojedyncze osobniki, które wyglądały na zwierzęta wyjątkowo delikatne i cenne, przez co też wymagające specjalnej opieki – takie okazy były przekazywane do Ogrodu Zoologicznego we Wrocławiu, gdzie były znacznie lepsze warunki hodowlane i bardziej doświadczeni hodowcy, co w praktyce dawało większe szanse na przeżycie tych zwierząt.

O „Akcji Krokodyl” więcej napiszemy już niebawem!

Trudne początki…

Pierwszy mrówkojad do płockiego zoo przyjechał 13 maja 1961 roku z Argentyny. Był to osobnik o nieustalonej płci, urodzony na wolności najprawdopodobniej na początku 1960 roku. Niestety, zwierzak padł po roku pobytu w płockim zoo, 27 czerwca 1962 roku. W chwili śmierci wiek zwierzaka oceniono na 2 lata, 5 miesięcy i 25 dni.
Na drugiego mrówkojada w Płocku trzeba było czekać dwa lata – przyjechał 18 czerwca 1964 roku również z Argentyny, z ogrodu zoologicznego w Rosario. Niestety, gdy transport dotarł do Płocka okazało się, że mrówkojad jest martwy…
Również ten mrówkojad urodził się na wolności, w 1963 roku – jego wiek oszacowano na rok i 16 dni.
Po tych dwóch nieudanych próbach utrzymania przy życiu sprowadzonych z Argentyny mrówkojadów,  pracownicy płockiego zoo zwątpili w celowość dalszych prób hodowli tego gatunku w Płocku. Minął jednak rok, a do Płocka przyjechał kolejny mrówkojad – 14 lipca 1965 roku dotarł do Płocka trzeci już mrówkojad z Argentyny, ponownie z Rosario – urodzony w 1960 roku samiec.

Niestety, zwierzak był w fatalnej kondycji, dlatego dyrekcja płockiego zoo zwróciła się do Ogrodu Zoologicznego we Wrocławiu z prośbą o przejęcie mrówkojada. Przybyły do Płocka przedstawiciel wrocławskiego zoo po obejrzeniu zwierzęcia stwierdził, iż jest on w tak złej kondycji, że może nawet nie przeżyć drogi do Wrocławia! Po konsultacji z ówczesnym dyrektorem wrocławskiego zoo, Karolem Łukaszewiczem, przybyły z Wrocławia transport… zrezygnował z zabrania mrówkojada!
Mrówkojad w dniu przybycia do zoo nie przyjmował żadnego pokarmu i pokładał się wykazując oznaki całkowitego wycieńczenia. Na szczęście mrówkojad przeżył noc, ale rano nadal nie przyjmował pokarmu, poza tym nie bardzo było wiadomo wówczas, jak go karmić. Dyrektor Taworski w związku z tym wpadł na pomysł, żeby „zapakować” mrówkojada do samochodu i… zawieźć go do lasu, aby podsunąć do mrowiska! Co się okazało? Mrówkojad początkowo nie wykazywał żadnego zainteresowania mrowiskami, co więcej – sprawiał wręcz wrażenie, jakby był mocno poirytowany łażącymi mu po pyszczku mrówkami. Dobrym znakiem był jednak fakt, że mrówkojad, który wypoczął w nocy po trudach podróży z Argentyny, zaczął wykazywać pewną aktywność – chwiejnym krokiem co prawda, ale jednak – pospacerował trochę po lesie! Co ciekawe, podczas tego spaceru mrówkojad cały czas rył pyszczkiem w ziemi, a pracownicy zoo zauważyli wówczas, że nieustannie coś przełyka! Czy były to mrówki, nie udało się ustalić, jakkolwiek wycieczki do lasu przyniosły oczekiwane skutki – po kilkunastu takich wyprawach do lasu kondycja zwierzęcia poprawiła się na tyle, że… coraz trudniej było zapanować nad jego poruszaniem się po wolnej przestrzeni w lesie! 🙂
Niezależnie jednak od leśnych wycieczek żywieniowych w kuchni płockiego zoo pracownicy ogrodu eksperymentowali na wszelkie sposoby z przygotowaniem dla trudnego mieszkańca odpowiedniego pokarmu.
Co udało się przygotować?

Kuchenne rewolucje – posiłek dla mrówkojada a’la płockie zoo 1965!

Pierwszą propozycją była zupa mleczna z rozgotowanym ryżem, posłodzona glukozą. Dodatkami do zupy były rozbite żółtko lub bardzo drobno mielone mięso zmieszane z kleikiem. Mrówkojad jadł to niezbyt chętnie, w dodatku trudno było ustalić w jakich ilościach, gdyż bez względu na rodzaj użytego naczynia, część zupy była regularnie rozlewana pyszczkiem lub łapą.
Na szczęście po paru dniach pracownicy zoo odkryli prawdziwy przysmak mrówkojada, którym okazały się nie mrówki, a ich jaja i poczwarki, które okazały się świetnym dodatkiem do zup, które dzięki temu zostały zaakceptowane przez wybrednego smakosza. Osobną kwestią pozostawał sposób pozyskiwania owych jaj i poczwarek – pracownicy zoo zbierali je na terenie zoo i w jego najbliższej okolicy… podnosząc wszelkie kamienie i płyty chodnikowe, w okolicach których spostrzeżono mrówki. Co prawda nie było tego zbyt wiele, ale jako swoista „przyprawa” się sprawdzało!
Drugą propozycją „obiadową” były rosoły z drobno mielonym mięsem i żółtkami jaj oraz rozmaitymi dodatkami, które udało się odszukać we wszelkich dostępnych wówczas doniesieniach na temat chowu i karmienia mrówkojadów (a tych, jak pewnie się domyślacie, nie było wówczas zbyt wiele…).
Ogrodowi kucharze przetestowali w ten sposób kilka propozycji, dostępnych w niemieckich źródłach:
1. Czerwie żuków występujących w zakładach garbarskich – niestety, okazały się w Polsce nie do zdobycia…
2. Larwy mączników – te zjadane były nawet chętnie!
3. Paseczki mięśnia sercowego – nieakceptowane.
4. Filety z mrożonych – ale nie solonych! – śledzi – nieakceptowane.
5. Noworodki mysie – sporadycznie zjadane, ale raczej połknięte przypadkowo, niż świadomie.

Do wspomnianej zupy mlecznej dodawano w różnych okresach urozmaicana – dodawano kaszę mannę, zabielano mąką, zagęszczano, dodawano dostępne wówczas witaminy i mikroelementy.
Mijał czas, mrówkojad wszystkie te potrawy jadł – lub nie – aż w końcu minęły trzy lata, a zwierz nie tylko wciąż żył, ale poczynał sobie coraz lepiej. Trzy lata, które spędził w płockim zoo to był ówczesny rekord długowieczności mrówkojada w polskim ogrodzie!

Mrówkojad Maciuś

Mrówkojada – na podstawie dokładnych oględzin i stałego, a bliskiego kontaktu – zakwalifikowano jako samca, a na podstawie wyglądu pazurów, grubej skóry na stopach, łysiejącego ogona i ogólnego wyglądu skóry jego wiek określono na 4-5 lat. Mrówkojad otrzymał też imię – Maciuś.
Z czasem powyższe spostrzeżenia skonfrontowano z kolejnymi mrówkojadami, które pojawiły się w Płocku.
Następny mrówkojad pojawił się 25 sierpnia 1969 roku – przyjechał z Niemiec jako roczny samiec. Niestety, padł już po pięciu miesiącach, 4 stycznia 1970 roku (miał mieć wówczas dwa lata i trzy dni).
Następne dwa mrówkojady przyjechały do Płocka z Argentyny jako samice, 10 sierpnia 1971 roku – pierwszy, młodszy (urodzony na początku 1970 roku) padł po dwóch latach i czterech miesiącach, pod koniec 1973 roku w wieku trzech lat, drugi, urodzony w1966 roku przeżył w Płocku aż 16 lat! Samica otrzymała imię Jadzia, jednak po jakimś czasie okazało się, że nie był to najlepszy pomysł…
14 września 1972 roku płockie zoo otrzymało w darze młodziutkiego mrówkojada z Niemiec, samca, żył on niestety tylko dwa miesiące – padł 23 listopada 1972 roku mając zaledwie półtora roku. Podczas sekcji zwłok stwierdzono zwyrodnienie tłuszczowe wątroby. Oceniono, iż mrówkojad ten został stanowczo zbyt szybko odebrany matce.
19 października 1973 roku do Płocka przyjechał kolejny mrówkojad, roczna samica. Na „usilne prośby” łódzkiego zoo został on 16 listopada 1973 roku przekazany do Łodzi, by zająć miejsce świeżo padłego w tamtejszym zoo mrówkojada (łódzki mrówkojad – pierwszy w historii tamtejszego zoo – padł 8 listopada).
Tym samym na koniec 1973 roku w płockim zoo zostały dwa mrówkojady – Maciuś oraz Jadzia. Podczas porównawczych obserwacji obu mrówkojadów stwierdzono wówczas, że Maciuś jest jednak… samicą, a Jadzia – samcem! Maciuś był bowiem znacznie mniejszy zarówno od Jadzi, jaki i od wszystkich „samców”, które wcześniej i później pojawiły się w zoo.
Tym samym Maciuś został samicą, a imię zmieniono mu na Maciusię, natomiast Jadzię przemianowano ja Józka.
Po narządach rodnych wówczas nie sposób było ocenić płeć zwierzęcia – jak wiemy, i dzisiaj niektóre ogrody mają z tym pewne problemy i trzeba czekać czasem kilka miesięcy, żeby mieć pewność. A co dopiero w 1973 roku! :).
Absolutną pewność uzyskano jednak trochę później, gdy…

Pierwsze narodziny!

23 sierpnia 1976 roku z Argentyny przyjechała „gwarantowana” samica – miała wówczas pięć lat i już raz, w Argentynie, dała przychówek. Płeć mrówkojada była dzięki temu łatwa do ustalenia, samica miała bowiem bardzo duże i widoczne sutki. Skoro nie było wątpliwości odnośnie do płci zwierzęcia, można mu było dać imię – nową mrówkojadzicę nazwano więc Małgosią.
Dwa lata później, 16 października 1978 roku na świat przychodzi pierwszy płocki mrówkojad – jego matką była  Małgosia właśnie, ojcem zaś… Józek, który jeszcze do niedawna uchodził za Jadzię!
Był to absolutny sukces płockiego zoo, gdyż były to nie tylko pierwsze narodziny mrówkojada w Płocku, ale i pierwsze narodziny mrówkojada w powojennej historii polskich ogrodów zoologicznych (w l. 30. mrówkojady rodziły się we wrocławskim zoo). Maluch – samiczka – urodził się między godziną 12.30 a 13.00. Wraz z matką został oddzielony od pozostałych dwóch mrówkojadów. Maluch był w świetnej kondycji i był bardzo aktywny, matka zaś bardzo dobrze się nim opiekowała. Bardzo szybko też młody mrówkojad zaczął wdrapywać się na grzbiet matki – nie tylko jeździł na niej, ale też zdarzało mu się na niej spać!

Mały mrówkojad 10 dni po urodzeniu na grzbiecie swojej matki, Małgosi

Ówczesny dyrektor płockiego zoo, Tadeusz Taworski, i 51-dniowy wówczas mały mrówkojad

Po siedmiu miesiącach od narodzin małego mrówkojada, połączono go wraz z matką z pozostałymi mrówkojadami – była to największa eksponowana kiedykolwiek w Polsce grupa mrówkojadów olbrzymich – równocześnie na wybiegu można było bowiem obserwować aż cztery mrówkojady!
Młody mrówkojad osiągnął rozmiar swoich rodziców w wieku ośmiu miesięcy – można go było odróżnić tylko po małym garbie na nosie i miękkich włosach na ogonie.
Wciąż jednak jeździł na grzbiecie swojej matki i – uwaga! – pozostałych dwóch mrówkojadów!

Dziewięciomiesięczny młodzian nie zamierzał oszczędzać swojej matki, jak również "wujka" i "cioci"...

Młody przeżył w Płocku jednak tylko rok i pięć miesięcy – padł 22 marca 1980 roku z powodu niewydolności krążenia.
W chwili śmierci młoda samica ważyła 23, 450 kg i mierzyła 207,5 cm długości – porównując te dane do innych mrówkojadów w analogicznym wieku, były one jak najbardziej prawidłowe.

Porażki i sukcesy…

Kolejnych trzech młodych, niestety, nie udało się odchować. Pierwszy młody urodził się 27 listopada 1980 roku i prawdopodobnie został zagnieciony po nocnym porodzie.  Drugi młody, samczyk o imieniu Jaś, urodzony 4 sierpnia 1981, padł z niewyjaśnionych do końca powodów. Podejrzewano zatrucie farbą olejną, którą pomalowano pomieszczenie wewnętrzne mrówkojadów, ale bardziej prawdopodobną, sugerowaną przez lekarza weterynarii,  przyczyną śmierci była anemia.
W trzecim przypadku, mrówkojada urodzonego 6 lipca 1982 roku, nastąpiło poronienie.
Mimo tych niepowodzeń, płockie zoo może się pochwalić także wieloma sukcesami na polu hodowli mrówkojadów – oprócz przychówku i odchowania młodego w 1978 roku, do niewątpliwych sukcesów należy doliczyć także historię pobytu w zoo Maciusia, który dożył w Płocku sędziwego wieku. Padł 7 maja 1984 roku, co oznacza, że przeżył w Płocku aż 19 lat- to wciąż niepobity rekord Polski! Jego wiek oceniono wówczas na 24 lata, 4 miesiące i 5 dni, a przyczyną śmierci była… starość.
Jadzia przeżyła w Płocku aż 16 lat – padła na ospę 23 sierpnia 1987 roku, mając 21 lat, 7 miesięcy i 20 dni.
Wreszcie Małgosia, która przeżyła w Płocku 11 lat – padła 9 września 1987 roku w wieku 17 lat, 8 miesięcy i 7 dni. Była wówczas ostatnim mrówkojadem w Płocku. Niestety, okoliczności jej śmierci to jedna z najbardziej dramatycznych historii w polskich ogrodach zoologicznych, została bowiem… przebita ostrym narzędziem, najprawdopodobniej ktoś zadźgał ją nożem!
Jakkolwiek – aż trzy mrówkojady przeżyły w płockim zoo co najmniej 10 lat, co do dziś jest niepobitym rekordem.
Wielokrotnie próbowano wyjaśnić te sukcesy – choć w innych polskich ogrodach warunki do hodowli mrówkojadów były porównywalne lub nawet lepsze, to nigdzie nie udało się – aż do lat 90. – uzyskać tak dobrych wyników. Wystarczy dodać, że między 1945 a 1990 rokiem w żadnym polskim zoo nie udało się mrówkojadów rozmnożyć, nigdzie też żaden mrówkojad nie przeżył więcej, niż trzy lata.
Co ciekawe, choć mrówkojady do Płocka sprowadzano zarówno z Argentyny jak i Europy Zachodniej, przychówków doczekano się tylko od tych, które przyjechały zza oceanu!

Chatka i wybieg

Warunki, w jakich przebywały mrówkojady w płockim zoo były jak na owe czasy dosyć przeciętne, trudno zatem w nich upatrywać źródła sukcesów hodowlanych. Zimowisko miało powierzchnię 5 m2, z wydzielonym kątem do spania. Podłoga była wykonana z drewna – część chatki przeznaczoną do spania wykładano sianem, drugą zaś – tzw. dzienną – wysypywano piaskiem. W pomieszczeniu wewnętrznym znajdował się też grzejnik, promieniujący ciepło na cały kojec – działał od późnej jesieni do wiosny.
Mrówkojady miały też oczywiście do dyspozycji trawiasty wybieg zewnętrzny, znajdujący się na terenie obecnego wybiegu słoni – w jego lewym narożniku:

Lewy narożnik obecnego wybiegu słoni w Płocku - tu kiedyś znajdował się wybieg mrówkojadów

Wybieg miał powierzchnię około 200 m2 (wymiary 19,2 x 17,4 x 6,2 x 17,3 m) i otoczony był płotem o wysokości 120 cm. Porośnięty był m.in. mniszkiem pospolitym, wiechliną łąkową, życicą wielokwiatową, pokrzywą zwyczajną, babką i rdestami. W południowej części wybiegu rosło ponadto kilka krzewów, a przy ogrodzeniu kilka niedużych drzewek.
Od zachodu wybieg otaczał półkolisty betonowy mur, a jedną ze ścian stanowiły trzy szyby o wymiarze 165 cm na 90 cm.

Mrówkojadzi przysmak po płocku

Wróćmy jeszcze na chwilę do żywienia mrówkojadów w Płocku. Pisaliśmy o trudnych początkach i eksperymentach żywieniowych z lat 60, testowanych na Maciusiu. Pod koniec lat 70. ustalono wreszcie konkretną dietę, opartą na tej, którą stosowano w Sao Leopoldo Zoo w Brazylii.
Mrówkojady jadły więc dwa razy dziennie – o 8.00 i o 14.00. Dzienna dieta dla trzech mieszkających wówczas w zoo dorosłych mrówkojadów (Józek, Maciusia i Małgosia) składała się z:
– 1 kg. surowego mięsa końskiego z dodatkiem ziemi
– zupy mlecznej składającej się z 1 kg. ugotowanego ryżu i 3 l mleka, z dodatkiem 10 surowych jajek
– kilku główek posiekanej sałaty
– kompotu owocowego (najczęściej jabłkowy) do picia
Poza tym wiele razy obserwowano, jak mrówkojady rozdrapują pazurami ziemię na wybiegu w poszukiwaniu bliżej nieokreślonych bezkręgowców. Mrówek? Możliwe…

Lista płockich mrówkojadów

Jeden z płockich mrówkojadów do dziś znajduje się na zapleczu herpetarium pośród innych wypchanych zwierząt...

Prezentujemy poniżej pełne zestawienie mrówkojadów, które przebywały w płockim zoo – dane w oparciu o raport taksonomiczny dla płockich mrówkojadów olbrzymich.

1. Płeć nieznana – ur. 1960, przybył z Argentyny 13.05. 1961, padł 27.01. 1962, przeżył 2 lata, 5 miesięcy i 25 dni

2. Płeć nieznana – ur. 1963, przybył z Rosario w Argentynie 18.01.1964, padł 18.01.1964, przeżył rok i 16 dni

3. Samica Maciusia (wcześniej samiec Maciuś) – ur. 1960, przybyła z Rosario w Argentynie 14.07.1965, padła 07.05.1984, przeżyła 24 lata, 4 miesiące i 5 dni

4. Samiec – ur. 1968, przybył z Niemiec 25.08.1969, padł 04.01.1970, przeżył 2 lata i 3 dni

5. Samiec Józek (wcześniej samica Jadzia) – ur. 1966, przybył 10.08.1971 z Argentyny, padł 23.08.1987, przeżył 21 lat, 7 miesięcy i 20 dni

6. Samica – ur. 1970, przybyła 10.08.1971 z Argentyny, padła w 1973 roku, przeżyła 3 lata

7. Samiec – ur. 06. 1972, przybył 14.09.1972 z Niemiec, padł 23.10.1972, przeżył rok, 5 miesięcy i 23 dni

8. Samica – ur. 1972, przybyła 19.10.1973 z Niemiec, wyjechała do łódzkiego zoo 16.11.1973, gdzie padła 05.04.1975, przeżyła 3 lata

9. Samica Małgosia – ur. 1970, przybyła 23.08.1976 z Argentyny, padła 09.09.1987, przeżyła 17 lat, 8 miesięcy i 7 dni

10. Samica urodzona w Płocku – ur. 16.08.1978 w płockim zoo, padła 22.03.1980, przeżyła rok, 5 miesięcy i 5 dni

11. Płeć nieznana – ur. 27.11.1980 w płockim zoo, padł 27.11.1980

12. Samiec Jaś – ur. 04.08.1981 w płockim zoo, padł 24.04.1983, przeżył rok, 8 miesięcy i 19 dni

13. Płeć nieznana – 06. 07. 1982 w płockim zoo, padł 06.07.1982

Jak widać z powyższego zestawienia, historię płockiego zoo tworzy 13 mrówkojadów – to najliczniejsza grupa spośród wszystkich krajowych ogrodów zoologicznych. Do Płocka sprowadzono z zagranicy łącznie 9 mrówkojadów (6 z Argentyny i 3 z Niemiec), z których jeden przyjechał martwy, a jednego wysłano niemal od razu do zoo w Łodzi. Z pozostałej siódemki trzy mrówkojady – Małgosia, Maciusia i Józek przeżyły w Płocku co najmniej 10 lat każdy.
Płockie zoo doczekało się także czterech przychówków, jednak tylko dwa młode udało się odchować – pozostałe dwa maluchy nie przeżyły nawet dnia.
Zestawiając te dane z innymi polskimi ogrodami zoologicznymi, niewątpliwie należy płockiemu zoo oddać palmę pierwszeństwa na polu historycznych zasług w hodowli mrówkojadów, choć nie ulega wątpliwościom, że z dzisiejszej perspektywy można by mieć szereg obiekcji do sposobu pozyskiwania zwierząt i niektórych „pomysłów” w toku ich hodowli. Nie wolno jednak zapomnieć o najważniejszym, czyli kontekście historycznym – bez uwzględnienia ówczesnej wiedzy na temat mrówkojadów i możliwości hodowlanych płockiego zoo obraz całej tej opowieści pozostanie mocno niepełny…

EPILOG – spojrzenie w przyszłość…

Od czasu, gdy ostatni mrówkojad olbrzymi hasał na wybiegu w płockim zoo, minęły 24 lata! Od tego czasu o mrówkojady olbrzymie wzbogaciły się ogrody w Opolu i Warszawie, mrówkojady wróciły także do Poznania (tyle, że do Nowego Zoo). Nie ma ich już natomiast we Wrocławiu i tym bardziej w Łodzi (w Łodzi mrówkojadów nie było już w chwili śmierci Małgosi – i to od kilkunastu lat!).
Jaka jest szansa, że po tak długiej przerwie mrówkojady do Płocka powrócą? I czy w ogóle taka kwestia jest rozpatrywana? We wstępnych planach rozwojowych płockiego zoo, które pojawiły się w zeszłym roku, jest co prawda koncepcja stworzenia wybiegu zwierząt Ameryki Południowej, z mrówkojadami olbrzymimi w roli głównej, jednak szanse na realizację tych planów są póki co niewielkie, choć obecności mrówkojadów w dalszej przyszłości w płockim zoo nikt nie wyklucza.
Jak będzie – przekonamy się za jakiś czas, póki co możemy Wam pokazać niezwykłe zdjęcie, jakie udało nam się zrobić w płockim zoo w lipcu tego roku – każdy może z tego zdjęcia wyciągnąć wnioski jakie tylko chce :).

ŹRÓDŁA DANYCH

Wszystkie materiały i informacje dotyczące historii mrówkojadów w płockim zoo pochodzą z trzech tekstów:
– Artykułu o płockich mrówkojadach, który ukazał się w International Zoo News z roku 1981 (numer 174, wrzesień/październik). Autorami tekstu byli: Jan Śmiełowski, Piotr Stanisławowski i Tadeusz Taworski.
– Tekstu ówczesnego dyrektora płockiego zoo, p. Tadeusza Taworskiego pt. Ekspozycja i hodowla mrówkojada olbrzymiego w Płockim ZOO.
– Raportu taksonomicznego dotyczącego mrówkojadów olbrzymich w płockim zoo
Teksty te uzyskaliśmy dzięki pomocy i życzliwości Ogrodu Zoologicznego w Płocku. Za ich udostępnienie serdecznie dziękujemy Panu Dyrektorowi Aleksandrowi Niwelińskiemu, oraz pracownikom zoo, Kierowniczce Działu Dydaktycznego Pani Dorocie Raniszewskiej, Kierownikowi Działu Hodowlanego Panu Krzysztofowi Kelmanowi oraz Panu Wiktorowi Zduniakowi.

Taka klatka to nie miejsce dla mrówkojada - ani żadnego innego zwierzęcia

The Best of… – Stara woliera w płockim zoo

To zdecydowanie jeden z najciekawszych motywów w płockim ogrodzie zoologicznym i choć sporo ogrodów odwiedziliśmy, takiego jeszcze w Polsce nie widzieliśmy.
Co? Ano klatka z lat ’50, która została udostępniona zwiedzającym! Klatka nietypowa, ponieważ nie trzyma się w niej żadnych zwierząt – służy ku przestrodze i pokazuje, jak bywało kiedyś, a jak nigdy być nie powinno.

Stara woliera w płockim zoo

Stara woliera w płockim zoo

Klatka jest jednym z najstarszych obiektów w płockim zoo – pochodzi z lat pięćdziesiątych i mieszkały w niej między innymi wilki, małpy i niedźwiedzie.  Znajduje się naprzeciwko basenu pingwinów, a w drodze na wielką polanę „z grzybkiem”. Jak powiedział nam pan Krzysztof Kelman, klatka została w zoo jako pewnego rodzaju ostrzeżenie. Można do niej wejść, zobaczyć, jak wygląda życie z perspektywy zwierzęcia zamkniętego za kratami na naprawdę niewielkiej powierzchni.
Można się na własnej skórze przekonać, jakie przemiany zaszły w ogrodach zoologicznych w ostatnich dziesięcioleciach.  W środku można poczytać także o tym, jak rozwijały się ogrody zoologiczne.

Pozostawienie klaki i udostępnienie jej dla zwiedzających wiązało się jednak z długimi namysłami i wątpliwościami. Pamiętajmy, że wiele osób nadal utożsamia ogrody zoologiczne właśnie z wizją metalowej klatki, w której zamknięte są zwierzęta, a dla niektórych myślenie o ogrodach zatrzymało się na latach siedemdziesiątych.

Taka klatka to nie miejsce dla mrówkojada - ani żadnego innego zwierzęcia

Taka klatka to nie miejsce dla mrówkojada - ani żadnego innego zwierzęcia

Może więc dobrze, że klatka znajduje się tak blisko nowoczesnego basenu pingwinów – poprzez kontrast jesteśmy w stanie lepiej uświadomić sobie, jak wiele się zmieniło. Pokazanie tego wymagało jednak nie lada odwagi.

To prawdopodobnie jedyne takie miejsce w polskich ogrodach zoologicznych i trudno się dziwić, że wiele ogrodów nadal nie może zdecydować się na taki ruch.  Miejscem, które z pewnością mogłoby zrobić wspaniałą ekspozycję „historyczną”, jest Stare Zoo w Poznaniu.
Zabytkowy ogród posiada wiele wspaniałych obiektów, które dzisiaj nie są już użyteczne, ale mogłyby pełnić wspaniałą rolę dydaktyczną i pokazywać, jak zmieniło się podejście do trzymania zwierząt w ogrodach zoologicznych na przestrzeni ponad stu lat.

Stara lwiarnia w Starym Zoo

Stara lwiarnia w Starym Zoo

Niestety – póki co żadnych działań zmierzających w tym kierunku w Poznaniu nie widać…

Basen pingwinów przylądkowych w płockim zoo

The Best of… – basen pingwinów w płockim zoo

W naszym cyklu „The Best of… Czyli to, co najlepsze w polskich ogrodach zoologicznych” zaglądamy dziś do płockiego zoo, gdzie znajduje się najnowocześniejszy w Polsce wybieg z przeszklonym basenem, przeznaczony dla pingwinów tońców.
Mieliśmy okazję zobaczyć go podczas naszej lipcowej wyprawy do Płocka, kiedy to załapaliśmy się także na pokaz karmienia pingwinów – było to zresztą jedno z pierwszych miejsc w zoo, które odwiedziliśmy, bowiem basen pingwinów znajduje się tuż za żyrafiarnią, w której spaliśmy…

Basen pingwinów przylądkowych w płockim zoo

Wybieg

Wybieg pingwinów przylądkowych (Spheniscus demersus) oddano do użytku 17 października 2006 roku – była to wówczas trzecia ekspozycja tego gatunku w polskich ogrodach zoologicznych. Pozostałe dwie znajdowały się w Warszawie i Gdańsku, zresztą do dziś czwarta ekspozycja nie powstała (choć, jak pewnie pamiętacie, zakusy na nią ma… Canpol Zoo w Człuchowie). Nowa płocka ekspozycja powstała w miejscu dawnego wybiegu i basenu tapira anta, tuż za wybiegiem żyraf.

Widok na basen pingwinów od strony przyszłego wybiegu słoni (polany z "Grzybkiem")

Powierzchnia całej ekspozycji wynosi 592 m2. Składa się na to przede wszystkim wybieg o powierzchni 185 m2 oraz całkiem spory basen o powierzchni 255 m2.

Basen pingwinów w płockim zoo

Basen pingwinów w płockim zoo

Dodatkowo 88,6 mzajmuje pas zieleni, znajdujący się w obrębie ekspozycji.

Głównymi elementami wybiegu są imitowane z łamanych kamieni skały i kilkanaście niewielkich granitowych jaskiń o wymiarach 80 cm wysokość i 80 cm głębokość. Teren pomiędzy skałami jest pokryty drobnymi otoczakami o frakcji 8-25 cm. Ekspozycja jest ogrodzona z trzech stron kamienną ścianą.

Sam basen dla pingwinów jest dość duży – 255 mto całkiem sporo. Jedną z jego atrakcji jest wodospad płynący po skalnym stoku – jest on widoczny z lewej strony basenu:

Z lewej widoczny "wodospad"

Nad wodospadem mieści się stacja filtrów do oczyszczania wody, która ulokowana jest w charakterystycznym, małym drewnianym budynku (o pow. 9,4 m2):

Stacja filtrów - na ścianach widoczne głośniki, używane podczas pokazów karmienia oraz duże zdjęcie pingwinów przylądkowych w ich środowisku naturalnym

Tym jednak, co płocki basen szczególnie wyróżnia na tle ekspozycji warszawskiej i oliwskiej jest póki co unikatowa w Polsce możliwość obserwowania pingwinów pływających w wodzie, z perspektywy poniżej lustra wody – czyli patent, stosowany z powodzeniem we Wrocławiu i Opolu w przypadku tamtejszych uchatek.

Pingwiny widziane z góry...

I z ujęcia "podwodnego"

Jest to możliwe dzięki specjalnemu punktowi widokowemu, znajdującemu się w przedniej ścianie basenu. Od frontu można zejść schodami do niewielkiego korytarza z oknem widokowym, przez które można obserwować pingwiny pływające w wodzie.

Okno ma wymiary 200 x 150 cm i jest ono wykonane ze stali nierdzewnej i klejonego szkła – widoczność jest naprawdę świetna!

Oczywiście tak dobrze pingwiny pod wodą najlepiej obserwować podczas ich karmienia – wtedy nawet po kilkanaście na razy przepływają tuż przed oczami zwiedzających, którzy zwykle oblegają okolice okna widokowego.

Pokaz karmienia

Pokazy karmienia pingwinów odbywają się codziennie o godzinie 14.00.
Jest to zdecydowanie jedna z największych atrakcji płockiego zoo, która zwłaszcza w sezonie gromadzi przy basenie pingwinów tłumy zwiedzających – lepiej więc pojawić się kilka minut przed drugą, żeby zająć sobie dobre miejsce!

Tuż przed 14.00 całe stado zaczyna „nerwowo” wyczekiwać pojawienia się opiekuna:

Gdy ten się wreszcie zjawia, jeden pingwin za drugim wychodzą z basenu na brzeg:

Wreszcie pokaz się zaczyna:

Cały pokaz trwa kilka minut i jest bardzo ciekawy – opiekun opowiada o pingwinach i ich zachowaniach zarówno w środowisku naturalnym, jak i w płockim zoo, same zaś pingwiny prezentują całą gamę swoich umiejętności – przyznajemy, wygląda to wszystko naprawdę nieźle!

Pingwiny

Pierwsze pingwiny do Płocka przyjechały w 2006 roku z zoo w Munster w Niemczech – przyjechało wtedy 15 ptaków. Od tego czasu zoo doczekało się pięciu przychówków – pierwszy maluch wykluł się już w 2007 roku, kolejny w 2008 roku, ostatni maluch wykluł się 17 marca zeszłego roku, wcześniejsze dwa przyszły na świat w grudniu 2009 roku. Ilość pingwinów w płockim zoo stale się zmienia – na początku 2009 roku było ich trochę ponad 20, pod koniec 2009 już 40, natomiast na początku 2010 roku 32. W szczytowym momencie w zoo było 45 pingwinów!
Na początku lipca tego roku było natomiast 26 pingwinów, na chwilę obecną zaś (stan na 7 listopada) stado liczy 23 sztuki, w tym… ale o tym na końcu! Zresztą, ponoć jeszcze w tym roku do Płocka ma przyjechać kolejnych 15 pingwinów z jednego z europejskich ogrodów.


Pingwin przylądkowy, zwany też tońcem, to gatunek endemiczny, zamieszkujący 24 wyspy i 3 miejsca na wybrzeżach stałego lądu należących do Namibii i RPA – jest to jedyny pingwin żyjący w Afryce!
Pingwin przylądkowy to gatunek zagrożony wyginięciem (kategoria Vulnerable – zagrożony w Czerwonej Księdze Gatunków Ginących, objęty konwencją CITES i programem EEP). Na początku XX wieku populację szacowano na 500.000-1.000.000 par. Obecnie zmniejszyła się o ok. 75% i liczy 50.000-171.000 par. Spadek liczebności populacji odnotowuje się cały czas. Przyczyną jest: konkurencja z rybołówstwem (pingwiny żywią się tymi samymi gatunkami ryb, co ludzie, więc ryb jest coraz mniej); katastrofy tankowców, z których wycieka ropa naftowa powodująca skażenie wód i uszkodzenia ptaków; niszczenie gniazd przez ludzi podczas pozyskiwania guana (odchodów). Zbieranie jaj jest dzisiaj mniejszym problemem niż w XIX i na początku XX wieku. Wrogami pingwinów są rekiny, a także mewy i dzikie koty polujące na jaja i pisklęta.

Oprawa dydaktyczna

Oprawę dydaktyczną ekspozycji stanowią dwie etykiety z opisem gatunku (zdjęcie powyżej), tablica z charakterystyką rzędu i rodziny pingwinów oraz rysunkami wszystkich gatunków wraz z mapą zasięgu ich występowania:

najciekawiej jednak prezentuje się tzw. parada pingwinów – wykonane ze sklejki, naturalnej wielkości i koloru wizerunki wszystkich 17 gatunków tych nielotnych ptaków pływających – znajdująca się tuż obok ich basenu.

Przy okazji można też sobie zrobić „zdjęcie z pingwinem” – wcielając się w jednego z pingwinów z filmu Madagaskar, dzięki stojącej tuż obok parady pingwinów tekturowej konstrukcji z wycięciem na głowę:

Tadzik z Madagaskaru

Nie ma to jednak jak fotka z „prawdziwymi” pingwinami :).

EPILOG

A na koniec niespodzianka dosłownie z ostatniej chwili – oto bowiem stado płockich pingwinów powiększyło się o małego pingwina, który wykluł się w piątek! Maluch jest pod wyjątkową czułą opieką matki i póki co nie ma najmniejszych szans, aby go zobaczyć – na wybiegu ujawni się najwcześniej pod koniec roku. Na razie zaś widział go tylko dyrektor zoo, Pan Aleksander Niweliński, choć próba (od razu mówimy, że udana) zrobienia maluchowi zdjęcia skończyła się chwilą grozy – o czym w „faktowym” stylu doniosła wczoraj Gazeta Wyborcza.

DSCI2235

Co ma paw do słońca? Analematyczny zegar słoneczny w płockim zoo, płockie pawie i zegar słoneczny z toruńskiego Ogrodu Zoobotanicznego…

Obsesja na punkcie mierzenia czasu towarzyszy ludzkości tak naprawdę już od tysięcy lat, a różnorodność sposobów pomiaru czasu i stosowanych do tego narzędzi jest wprost zdumiewająca.
Jednym z najstarszych i najpowszechniejszych zarazem zegarów jest zegar słoneczny, używany już w starożytności, a szeroko rozpowszechniony w średniowieczu. Najpopularniejszą odmianą zegara słonecznego jest zegar analematyczny, różniący się od klasycznego zegara słonecznego tym, że zamiast linii godzinowych ma narysowane wydłużone ósemki, oznaczone znakami miesięcy na obwodzie, dzięki czemu usuwa okresowy błąd związany z nachyleniem ekliptyki do płaszczyzny równika niebieskiego.
Zbyt skomplikowane? Jeśli tak, warto wybrać się do płockiego zoo, gdzie od czterech lat znajduje się jeden z najciekawszych w Polsce słonecznych zegarów analematycznych albo sprawdzić, czy gdzieś w najbliższej okolicy taki zegar się nie znajduje.
Szanse są bardzo duże, bo zegarów słonecznych jest w Polsce blisko tysiąc (pełną ich listę można znaleźć tutaj), a spora część z nich to właśnie zegary analematyczne.
My jednak polecamy szczególnie ten w płockim zoo – choćby dlatego, że należy do najefektowniejszych zegarów słonecznych w Polsce, ale także dlatego, że jest bardzo zrozumiale opisany – co dla osób, dla których astronomia jest równie łatwa, co język węgierski, jest bardzo istotne :).

Zegar słoneczny analematyczny w płockim zoo

Zegar analematyczny został wynaleziony pomiędzy 1532 a 1640 rokiem, a najstarszy zachowany do dziś znajduje się we francuskim mieście Brou – został wykonany przez XVII-wiecznego astronoma J.J. de Lalande.
Nazwa zegara pochodzi od krzywej w kształcie ósemki (która nazywa się analemmą), znajdującej się w jego środku.
Płocki zegar analematyczny jest znacznie młodszy – powstał bowiem zaledwie cztery lata temu, w czerwcu 2007 roku.

Zegar analematyczny w płockim zoo powstał w oparciu o figurę pawia

Zegar znajduje się na niewielkim placu między wejściem do terrarium a klatkami małp, tuż obok wybiegu surykatek, w centralnej części zoo. Zegar jest bardzo duży – zajmuje co najmniej kilkanaście m2!

Zegar w prawie pełnej okazałości

Wykonany został z kolorowej mozaiki. W centralnej części tarczy znajduje się wielki paw z rozłożonym ogonem, w którego pióra wpisane są kolejne godziny. W tułowiu pawia umieszczono analemmę określającą daty.
Tarcza ma kształt elipsy spłaszczonej od dołu, a w jej w dolnej, prawej części znajduje się inskrypcja z datą powstania zegara – MMVII (2007).
Obok zegara, na trawniku, stoi dwujęzyczna (po polsku i po angielsku – duży plus!) tablica tłumacząca zasadę działania tego słonecznika, a także najważniejsze zagadnienia z astronomii – mnóstwo tu informacji, na szczęście podane są w bardzo przystępny sposób.

Jak działa analematyczny zegar słoneczny w płockim zoo?

Astronomia nie jest naszą najmocniejszą stroną, ale spróbujemy – w oparciu o dane na tablicy informacyjnej – wyłożyć, w czym rzecz :).

Zasada działania analematycznego zegara słonecznego w płockim zoo

Zegar analematyczny w płockim zoo charakteryzuje się tym, iż jest pozbawiony klasycznego gnomonu, czyli słupa lub prętu rzucającego cień na tarczę. Jego funkcję spełnia bowiem stojący w odpowiednim miejscu człowiek, którego cień wskazuje czas.
Jak zatem odczytać czas z „pawiego zegara”?
Najpierw na opisie analemmy (który znajduje się na tablicy) odszukujemy punkt odpowiadający danej dacie. Punkt ten znajduje się na analemmie umieszczonej w tułowiu pawia. Gdy już znajdziemy w opisie, gdzie ów punkt się znajduje, stajemy w określonym miejscu. Wystarczy tylko się wyprostować i zaobserwować swój cień na cyferblacie zegara i już można odczytywać godzinę!
Proste?
Warto tylko pamiętać, że z zegara można „skorzystać” tylko w słoneczne dni, a w okresie zimowym należy odjąć 1 godzinę od wskazań zegara, ten jest bowiem „ustawiony” na czas letni.

Dlaczego akurat paw?

Z jednej strony dlatego, że mająca kształt ósemki analemma idealnie wpisuje się w tułów pawia właśnie, a ogon i pióra pawia tworzą idealną wręcz kompozycję tarczy, z drugiej zaś trudno o zwierzę bardziej w płockim zoo rozpowszechnione, niż paw właśnie!
Podczas naszej lipcowej wizyty w płockim zoo uderzyło nas, jak dużo pawi swobodnie porusza się po terenie zoo. Owszem, pawie luzem chodzą także w np. obu poznańskich ogrodach, ale nie aż w takich ilościach.
Wg ISIS w płockim zoo jest aż 47 pawi indyjskich! To prawdopodobnie największa kolekcja w polskich ogrodach zoologicznych!
W płockim zoo można je spotkać w bardzo wielu miejscach:

Pawie na dachu przy pawilonu surykatek

Z wizytą u mandarynek...

Na kwietniku przy kasie wejściowej...

Pawie wszędzie! (fot. Michał)

Jeden za drugim... (fot. Michał)

Najchętniej trzymają się okolic słoniarni, a bardzo częstym widokiem jest… paw na wybiegu słoni!

Pawie słoni ponoć się nie boją, z kolei pawie na wybiegu słoniom zupełnie nie przeszkadzają…

Paw na krawędzi wybiegu słoni...

Co ciekawe, pawie czują się w płockim zoo tak swobodnie, że spotkać można je nie tylko na każdej prawie alejce, daszku czy na wybiegu słoni, ale też… na ulicach miasta!
W maju 2009 roku Płockiem dosłownie wstrząsnęły dwie słynne już dzisiaj pawie ucieczki – najpierw zbiegły z płockiego zoo paw zablokował ruch na starym moście, został jednak przez policję złapany. Następnego dnia znów uciekł z ogrodu, tym razem jednak skutecznie wymknął się policyjnej obławie i po wielogodzinnym „pościgu”… sam wrócił do zoo :).

Dlaczego zegar?

Wiemy już, jak działa analematyczny zegar słoneczny, wiemy też, dlaczego płocki zegar ma kształt pawia, zostaje tylko zapytać, skąd pomysł na sam zegar?
Pomysłodawcą był ponoć sam dyrektor płockiego zoo, Pan Aleksander Niweliński, zegar zaś doskonale wpisuje się w bardzo szeroką i zróżnicowaną ofertę dydaktyczno-edukacyjną płockiego zoo.
Zegar słoneczny w kształcie efektownej pawiej mozaiki na pustym placyku zoo? Idealny pomysł!

Zegar słoneczny w Ogrodzie Zoobotanicznym w Toruniu

Poza tym warto pamiętać, że płockie zoo nie jest jedynym ogrodem zoologicznym w Polsce, w którym znajduje się zegar słoneczny – klasyczny zegar słoneczny znajduje się w Ogrodzie Zoobotanicznym w Toruniu:

Ogród Zoobotaniczny Toruń – zegar słoneczny

Zegar pojawił się w Ogrodzie Zoobotanicznym w 2003 roku. Został zaprojektowany i wyliczony specjalnie dla toruńskiego zoo przez Marka Szymocha. Zegar wraz bogatą gamą dodatków informacyjnych rozplanowany jest na ośmiokątnej metalowej płycie. Oprócz gnomona i godzin odczytać z niego można daty wchodzenia słońca w kolejne konstelacje niebieskiego zodiaku i odczytać poprawkę czasu z tabeli poprawek (równanie czasu). Nie zabrakło także samych znaków zodiaku.
Zegar stoi na kamiennym cokole z piaskowca na trawniku, naprzeciwko wybiegu gorali.

Zegar słoneczny w Ogrodzie Zoobotanicznym w Toruniu

Trzeci – i wg naszej wiedzy ostatni – zegar słoneczny w polskich ogrodach zoologicznych znajduje się w łódzkim zoo.

EPILOG

Zgoda, zegary słoneczne – w tym analematyczne – nie są ani zbyt dokładne, ani tak proste w „obsłudze”, jak współczesne zegary (no i nie działają, gdy nie ma słońca!) – przyznacie jednak, że mają nieporównywalnie więcej uroku i stylu, poza tym są znacznie ciekawszym rozwiązaniem – niezłą frajdą jest próba odczytania z nich rozmaitych informacji.
Poza tym i w Płocku, i w Toruniu, zegary słoneczne bardzo dobrze komponują się z otoczeniem i wpisują w charakterystyczny styl obu placówek.

Płockie zoo czeka na nową słoniarnię!

Ostatni – i jedyny jak dotąd! – słoń urodzony w Polsce to słynna już Tuzinka, która przyszła na świat w czerwcu 1937 roku w warszawskim zoo. Od 74 lat nad Wisłą czeka się na kolejne narodziny, póki co jednak bezskutecznie. Obecnie szanse na przychówek mają tylko dwa ogrody – poznański i warszawski – tylko tam bowiem znajdują się stada hodowlane słoni, a ogrody mają odpowiednie warunki do tego, by słonie mogły się rozmnażać.
Czy niebawem – czyli za kilka lat – dołączy do nich płockie zoo? Niewykluczone, a nawet bardzo możliwe, bowiem coraz bliżej realizacji jest powstanie w płockim zoo nowej słoniarni – a to obecnie jedyny sposób na to, by zoo mogło utworzyć stado hodowlane i w konsekwencji oczekiwać narodzin małego słonia.
Na razie w Płocku jest potrzeba nowej słoniarni, są chęci jej utworzenia, jest koncepcja nowej słoniarni i determinacja, by obiekt powstał, a poza tym – co najważniejsze! – są realne nadzieje na to, że pojawią się też środki, by słoniarnię zbudować!

Wizerunek słonia na fasadzie obecnej słoniarni w płockim zoo

Zoo bez słonia? Jeszcze niedawno byłoby to nie do pomyślenia – słoń wszak w zoo być musi! Co tam mrówkojad, drzewołaz lazurowy czy osioł somalijski. Nawet gibbon ungko, kondor wielki czy szpak balijski, ba! kangur, lampart czy goryl! Bez nich zoo się obejdzie – ale bez słonia? Nigdy!
Tymczasem jeden z najładniejszych – i najlepszych – ogrodów zoologicznych w Polsce, czyli opolskie zoo, w swoje kolekcji słonia nie ma – i to już od 15 lat! – i wiele wskazuje, że przez najbliższych kilka lat słoń się w Opolu nie pojawi.
Nadal jednak obecność słonia w zoo wiąże się z pewnym prestiżem danego ogrodu – jest też wielkim magnesem dla zwiedzających, którzy wolą oglądać w zoo wielkie, efektowne zwierzęta, niż rzadkie i cenne, ale nieduże i mniej efektowne okazy. Na szczęście podejście ogrodów zoologicznych zmienia się szybciej niż mentalność zwiedzających, stąd coraz większy nacisk kładzie się nie na schlebianie gustom publiki, a dobro zwierząt i sens ich trzymania w zoo ze względu na aspekty hodowlane i ochronne – nie rezygnując przy tym jednak z wartości ekspozycyjnej. Stąd też potrzeba powstawania nowych obiektów, które mogłyby pogodzić kwestie odpowiednich warunków trzymania zwierząt i spełnienia wszystkich niezbędnych norm, z aspektem hodowlanym i ekspozycyjnym.
Słowem – jeśli zoo chce mieć stado słoni i móc je rozmnażać, musi mieć do tego odpowiednie warunki, a z tym jest niestety w Polsce różnie…

MAPA POLSKICH SŁONI

Spójrzmy – obecnie w Polsce mieszka 19 słoni, które można zobaczyć w ośmiu ogrodach zoologicznych – Chorzowie, Łodzi, Krakowie, Gdańsku, Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu i Płocku.


Poznań i Warszawa eksponują słonie afrykańskie i są to zarazem jedyne ogrody, które posiadają stada hodowlane. Pozostałe ogrody posiadają jedynie pojedyncze słonie – maksymalnie po dwa – i są to w większości stare zwierzęta. W dodatku w Oliwie prezentowany jest swoisty miks, czyli samice słonia afrykańskiego i indyjskiego, które dzielą wspólny wybieg.
Większość polskich słoni to samice (13), z których część to zwierzęta niezdolne już do rozmnażania. Największym problemem są jednak obiekty – a z ośmiu polskich słoniarni tylko dwie – poznańska i warszawska – to nowe obiekty, które spełniają niezbędne standardy i które mają możliwość hodowli zwierząt i odpowiedniej ich ekspozycji. To zresztą jedyne dwie słoniarnie, które powstały w ostatniej dekadzie – warszawską otwarto w 2003 roku, poznańską w 2009.

Słoniarnia w poznańskim Nowym Zoo

Warszawska słoniarnia

Pozostałe to obiekty w większości zbyt małe i przestarzałe – wrocławska słoniarnia pamięta jeszcze XIX wiek…

Słoniarnia we wrocławskim zoo - za jakiś czas będzie to nowoczesny obiekt!

Oliwska słoniarnia też do najlepszych nie należy, na szczęście za kilka lat w zoo ma powstać zupełnie nowy obiekt!

Całkiem nieźle prezentuje się jeszcze słoniarnia w Śląskim Zoo (fot. Wojtek)

Wybieg słoni indyjskich w krakowskim zoo (fot. Wojtek)

Wybieg słoni w łódzkim zoo (fot. Wojtek)

O potrzebie nowych obiektów dla słoni mówi się od dawna praktycznie w każdym polskim zoo, do tej pory jednak poza dwiema zbudowanymi słoniarniami (Warszawa i Poznań) tylko Wrocław i Gdańsk mają konkretne, realne projekty ich realizacji – w Gdańsku ma powstać całkowicie nowa słoniarnia z potężnym wybiegiem zewnętrznym, z kolei wrocławski obiekt będzie gruntownie zmodernizowany i przystosowany tylko dla słoni (obecnie mieszkają w nim jeszcze tapiry i hipopotamy).

Projekt nowego pawilonu słoni w oliwskim zoo - przekrój przez pomieszczenia dla zwierząt (z planów Pana M. Nakoniecznego)

Teraz do tego grona dołączyło jeszcze płockie zoo, które słonie eksponuje już od prawie 50 lat a które wreszcie ma realne szanse na realizację tak oczekiwanej nowej słoniarni…

Tak zrodził się pomysł…

Pierwszy słoń w Płocku pojawił się dosyć późno, bo dopiero 13 lat po oficjalnym powstaniu zoo – 15 września 1964 do płockiego zoo z Holandii przyjechała półtoraroczna samica Petra, która szybko stała się ulubienicą zwiedzających. Wówczas słonie miało jeszcze siedem innych krajowych ogrodów – po jednym słoniu miały ogrody w Chorzowie, Poznaniu, Krakowie, Opolu, Gdańsku i Wrocławiu, a po trzy słonie były w Łodzi i Warszawie – słoni było więc razem 13 (i tylko jeden samiec – w Warszawie!) w dziewięciu różnych ogrodach.
Po śmierci Petry w 1998 roku zoo zostało bez słonia – do czasu, gdy 16 października 2002 roku z Paryża przyjechał czteroletni wówczas Thisiam. Był bardzo wyczekiwanym nabytkiem, gdyż przez poprzednie cztery lata w Płocku nie było słonia – od czasu gdy  padła słonica Petra, będąca ikoną płockiego zoo przez 30 lat!

Thisiam na swoim wybiegu w Płocku - sierpień 2009 (fot. Michał)

Gdy kilka miesięcy później, 24 kwietnia 2003 roku, do Thisiama dołączył drugi młody samiec, siedmioletni wówczas Santosh, który przyjechał z zoo w Kopenhadze, w zoo narodził się pomysł stworzenia nowej słoniarni. Dwa młode słonie zrobiły na wszystkich ogromne wrażenie i cieszyły się wielką popularnością wśród zwiedzających.
Dyrekcja zoo zaczęła się wówczas zastanawiać nad możliwością  hodowli słoni w Płocku – już wtedy uznano, że piękny teren z widokiem na most i Wisłę, rozciągający się na tzw. polanie z grzybkiem może być kapitalnym wybiegiem dla słoni.

Już dziewięć lat temu zakładano, że byłby to najlepszy teren na nowy wybieg dla słoni

Mijały jednak lata i nic się w tej sprawie nie działo. 9 września 2006 roku padł Santosh, a 26 listopada 2009 roku do Śląskiego Zoo wyjechał Thisiam i Płock znowu został bez słoni.
Nie na długo jednak – latem zeszłego roku do Płocka przyjechały z holenderskiego Emmen dwa młode, pięcioletnie wówczas samce – Myo Set Kaung i Letsongmon (jeszcze do nich wrócimy!).

Mio i Letso na swoim wybiegu - lipiec 2011

Już wtedy pisaliśmy, że zoo liczy na to, że nie będzie musiało się ich w przyszłości pozbywać i do czasu, gdy oba słonie dorosną,  uda się wybudować nowoczesną słoniarnię i rozpocząć hodowlę.
Wiele wskazuje na to, że tak też może się stać!

Projekt nowej słoniarni w płockim zoo!

Zanim powstanie słoniarnia – a ta powstać może za jakieś cztery-pięć lat, powstać musi projekt słoniarni. Na razie gotowa jest wstępna koncepcja funkcjonalno-przestrzenna, która projektem co prawda jeszcze nie jest, ale wyznacza pewien kierunek myślenia o płockiej słoniarni – jej autorem jest Pan Marek Nakonieczny z pracowni urbanistycznej ALTER POLIS, odpowiedzialny m.in. za żyrafiarnię i małpiarnię w oliwskim zoo oraz kompleksowe plany rozwojowe zoo w Gdańsku i plan rewitalizacji  toruńskiego Ogrodu Zoobotanicznego.
Czy tak będzie wyglądać płocka słoniarnia – możliwe, dyrekcja zoo zaznacza jednak, że to na razie tylko jedna z koncepcji, która może, ale wcale nie musi zostać zrealizowana, daje jednak wyobrażenie tego, jaki ma wyglądać i gdzie ma powstać nowy obiekt dla słoni w płockim zoo.

(Wszystkie plany i projekty są autorstwa Pana Marka Nakoniecznego – serdecznie dziękujemy za ich udostępnienie oraz obszerny komentarz.)

Przyszła słoniarnia ma powstać – jak już wspomnieliśmy – na największym obecnie wolnym terenie w płockim zoo, rozciągającym się na zachodnim skraju ogrodu, za basenem pingwinów i pawilonem egzotarium. Obszar ten zajmuje około 1,3 ha (całe zoo ma powierzchnię 10 ha + 4,5 ha nowych terenów). Obecnie znajduje się tam bardzo ładnie zagospodarowana łąka, pełniąca funkcję dydaktyczną i imprezową.
Na zachodnim skraju terenu przyszłej słoniarni znajduje się tymczasowy wybieg lam i osłów a pośrodku terenu  słynny „grzybek”, czyli dawny kiosk spożywczo-pamiątkarski w kształcie grzyba właśnie, o wysokości 5 m.

Słynny "grzybek" z płockiego zoo - ikona ogrodu, bez której zoo nie wyobrażają sobie mieszkańcy miasta

Niestety, grzybek będzie musiał być przeniesiony w inne miejsce, bo za sprawą słoni podzieliłby los drzew na wybiegu – słonie rozniosłyby go w pył w kilka minut (zlikwidowanie drzew zajęłoby im trochę więcej czasu).

Polana z grzybkiem - już niebawem wybieg zewnętrzny słoni! (fot. M. Nakonieczny)

Największym atutem tego terenu jest położenie na skraju skarpy wiślanej. Dzięki temu z przyszłego punktu obserwacyjnego będzie można oglądać słonie na tle rzeki.

Widok na wybieg zewnętrzny słoni z przyszłego punktu widokowego - w tle Wisła i most (fot. M. Nakonieczny)

A tak to będzie wyglądać, gdy na wybiegu zewnętrznym pojawią się słonie!

Będzie to oczywiście wymagało drobnej korekty wysokości drzew na skarpie.
Taka koncepcja świetnie sprawdzi się także z drugiej strony, czyli z perspektywy mostu na Wiśle, który stanowi główny dojazd do miasta. Z tej perspektywy skarpa u podnóża wybiegu głównego jest świetnie eksponowana, dzięki czemu spacerujące po wybiegu zewnętrznym słonie będą widziane już z mostu! Trudno o lepszą wizytówkę Płocka i zoo!

Widok z zoo na most

Pewne wyobrażenie, jak to może wyglądać, mamy już dzisiaj – gdy dziś wjeżdżamy do miasta już z daleka wita nas wielki baner z napisem „ZOO” oraz wizerunkiem zwierzaka, który ostatecznie okazuje się być tamaryną białoczubą! (choć pamiętamy, że był w tej kwestii pewne wątpliwości – odsyłamy do naszej relacji z Płocka i komentarzy).

Ogólna koncepcja słoniarni jest już określona – same tylko wybiegi i pawilon słoni mają zająć teren około 14 tysięcy metrów kwadratowych. Według prezentowanych przez nas planów składa się na to główny wybieg zewnętrzny o powierzchni 3500 m kw., przylegający do pawilonu wybieg pomocniczy o powierzchni 700 m kw. oraz pawilon słoni, który wg różnych wariantów ma mieć 1300 lub 1600 m kw.

Koncepcja obiektów dla słoni (wariant mikser) - rzut z góry

„Brakujące” 8 tysięcy m2, których nie uwzględniono jeszcze w prezentowanych planach, to teren obecnego wybiegu zajmowanego przez lamy i osły oraz obszaru gospodarczego rozciągającego się za tym wybiegiem, które również mają zostać przekształcone w wybieg zewnętrzny słoni, który tym samym może zająć nawet kilkanaście tysięcy m2!

Od strony dojścia od basenu pingwinów znajdzie się wspomniany punkt widokowy, natomiast od tyłu, od strony egzotarium, poprowadzona zostanie droga gospodarcza.

Widok pawilonu od strony basenu pingwinów

Obiekt płocki zaprojektowany jest skrajnie inaczej niż poznański – ma być pozbawiony jakichkolwiek „ozdobników architektonicznych”, jest bowiem w każdym rozwiązaniu podyktowany optymalnością hodowli i ekspozycji słoni. Kwestie architektoniczno-estetyczne rozwiązane są poprzez stosowne proporcje bryły i umiar detalu, tym samym architektura obiektu nie będzie przytłaczać zwierząt i ich przestrzeni, na których przebywają wewnątrz i na zewnątrz.

Widok wejścia do pawilonu słoniarni

Projekt pawilonu słoni zawiera dwa modele aranżacji wnętrza – pierwszy, z środkowym boksem to tzw. MIKSER, drugi zaś to wariant STANDARD. Powierzchnia Hali Słoni (tj. bez części publiczności i bez części obsługi) jest w obydwu modelach porównywalna, warianty różnią się od siebie przede wszystkim rozplanowaniem boksów wewnętrznych.
Wszystko wskazuje na to, że wariantem obowiązującym w ostatecznej wersji projektu będzie MIKSER, dlatego też bliżej przyjrzymy się tylko tej koncepcji.

WARIANT „MIKSER” 

Rozplanowanie wnętrza słoniarni

Przestrzeń publiczności w pawilonie zredukowana została do minimum – jest wzorowana na oliwskiej żyrafiarni. Przestrzeń dla publiczności – czego nie widać na wizualizacjach – wypełniona będzie roślinnością, tworzącą swoistą dżunglę
Słonie w pawilonie będą oddzielone od publiczności albo fosą (jak w Warszawie) lub – co znacznie bardziej prawdopodobne – tylko 3 -4 linami stalowymi, co powiększy wewnętrzny wybieg ekspozycyjny w pawilonie o ok. 60-70 m2.
Strefa publiczności znajdzie się od strony dłuższego boku słoniarni, tj. od strony punktu widokowego publiczności na wybieg zewnętrzny (czyli od strony pingwinów).  Wybieg wewnętrzny jest eksponowany od jego strony węższej, w związku z tym wydaje się publiczności większy bo … głębszy. Przyznajemy – bardzo ciekawe rozwiązanie.
W takim układzie wewnętrzny wybieg ekspozycyjny ma powierzchnię 300 m2.

Z lewej strony wybiegu ekspozycyjnego znajdować się będą boksy hodowlane – każdy o powierzchni 85 m2 (to prawie trzykrotnie więcej niż „polskie normy minimalne”, które wynoszą 30 m2). Dwa z nich – tzw. boksy nocne – będą przeznaczone dla samic, dwa kolejne dla samca.
Dzięki takim wymiarom boksów słonice w przypadkach szczególnych będą mogły przebywać długookresowo w swoim boksie – w jednym boksie mogą przebywać krótkookresowo nawet dwie słonice na raz.
Przepęd samic na wybieg główny odbywać się będzie z pominięciem wybiegu ekspozycyjnego – do przepędu samic z boksów nocnych wykorzystywany będzie bowiem boks MIKSERA + jeden z boksów (dedykowanych samicy lub samcowi),  które mają połączenie z wybiegiem głównym.
Co więcej,  każdy z boksów dedykowanych samcowi ma połączenie z wybiegiem pomocniczym, a jeden z tych boksów ma dodatkowo połączenie z wybiegiem głównym.
Samice mają możliwość wejścia na wybieg pomocniczy poprzez jeden z dwóch boksów dedykowanych samcowi.
Boks MIKSERA ma powierzchnię 60 m2, dzięki czemu swobodnie zmieści się w nim nie tylko jedna samica, ale nawet samiec (jednak tylko krótkookresowo na czas przepędu lub sprzątania jego boksu podstawowego).

Poprzeczny przekrój przez słoniarnię

Powyższy przekrój poprzeczny przez wnętrze pawilonu doskonale oddaje specyfikę obiektu – słoniarnia będzie miała konstrukcję halową: kompleks boksów i wybiegów wewnętrznych nakryty będzie wielką, a przy tym lekką halą. Takie rozwiązanie bardzo mocno obniża koszty całej inwestycji.
Co ważne, nie musimy się obawiać, że słonie – zwłaszcza samiec – mogłyby uszkodzić tak lekką i delikatną konstrukcję słoniarni, bowiem przestrzeń wewnętrzna dla słoni oddzielona będzie od ścian hali korytarzami obsługi. Oddziaływanie słoni przeniesione zostanie na bardzo masywne elementy boksów wewnętrznych.
Takie rozwiązanie, wzorowane na obiektach holenderskich i angielskich, w ogromnym stopniu zmniejsza koszty budowy obiektu, nie wpływając przy tym na obniżenie jakości warunków, w jakich żyć będą słonie.

Podłużny przekrój przez słoniarnię

Taki wariant słoniarni przygotowany byłby dla dorosłego samca i trzech dorosłych samic oraz oczywiście potencjalnego młodego słonia :).
Oczywiście powyższa koncepcja słoniarni nie jest jeszcze ostateczną wersją i może ulec pewnym zmianom, jednak tak, jak już wspominaliśmy wcześniej, wyznacza pewien trend myślenia o nowej słoniarni.

Dlaczego Płock?

Jak wspomnieliśmy już na początku, do hodowli słoni potrzebne są odpowiednie standardy obiektu – w Polsce spełniają je nowoczesne, reprezentacyjne słoniarnie w Warszawie i Poznaniu. Wiadomo jednak, że Płocka na obiekt za co najmniej 30 milionów złotych nie stać (poznańska słoniarnia kosztowała prawie 40 mln zł), nie znaczy to jednak, że nie da się zbudować dobrego obiektu za mniej. Znacznie mniej.
Projekt nowej płockiej słoniarni łączy w sobie rozwiązania optymalne zarówno cenowo, jak i funkcjonalnie i odpowiednio je równoważy. Jest to tym samym propozycja dla ogrodów o mniejszym budżecie niż np. jak warszawskie zoo, które chciałyby hodować słonie w odpowiednich warunkach.
O tym, że taki układ jest możliwy, najlepiej świadczy casus wybiegu goryli w opolskim zoo – nieporównywalnie tańszy od warszawskiego, a na pewno nie gorszy…

EPILOG – Mio i Letso, czyli płocka słoniarnia dzisiaj…

Tablica informacyjna przy wybiegu słoni

Wróćmy jednak do pewnego sierpniowego dnia 2010 roku, gdy do Płocka przyjechały tak wyczekiwane słonie – dwa pięcioletnie wówczas samce, Myo Set Kaung i Letsongmon, które przyjechały 31 sierpnia 2010 roku z zoo w Emmen, w Holandii, gdzie oba słonie przyszły na świat.
Myo Set  Kaung urodził się 7 sierpnia 2005 roku. Letsongmon jest starszy od Myo o dwa miesiące – urodził się 6 czerwca 2005 roku.  Ze względu na wyjątkowo trudne do wymówienia imiona w Płocku oba słonie nazywane są w skrócie: Myo i Letso.

Letso i Myo na wybiegu

Myo jest zdecydowanie bardziej dominujący od Letso, z tego też względu zwierzęta na noce są rozdzielane.  Myo jest też bardziej żwawy i skłonny do zabawy, Letso zaś jest zdecydowanie bardziej poważny i spokojny.

Pora odpoczynku...

Słonie są w tym samym wieku, przez co są niemal tej samej wielkości. Najłatwiej jest je więc odróżnić po ciosach – Myo ma bowiem większe ciosy, Letso zaś nie ma ich praktycznie wcale. Okazuje się, że jest to genetyczna przypadłość, którą odziedziczył po swoim ojcu. Z kolei ojciec Myo miał ciosy tak długie, że mógł zawieszać na nich trąbę, co mogło wpłynąć też na fakt, że i Myo ma całkiem spore ciosy, które na pewno jeszcze urosną.

Letso

Myo

Myo

Słonie mają obecnie do dyspozycji całkiem nieźle urządzony wybieg zewnętrzny z licznymi konstrukcjami do zabawy:

Takiej palisady nawet samiec słonia tak łatwo nie zniszczy, a będzie miał z nią sporo zabawy

oraz trochę już przestarzały pawilon, który uniemożliwia stworzenie w Płocku stada czy sprowadzanie kolejnych słoni.

Pawilon słoni w płockim zoo

Nieoficjalnie wiadomo, że po wybudowaniu nowej słoniarni stary obiekt ma zostać przystosowany dla nosorożców indyjskich, o których pozyskanie płockie zoo poczyniło już pewne starania!

Pewną ciekawostką, którą mogliśmy zaobserwować podczas naszej lipcowej wizyty w płockim zoo, są wszechobecne pawie, które wyjątkowo upodobały sobie wybieg słoni właśnie…

Pawie słoni ponoć się nie boją, z kolei pawie na wybiegu słoniom zupełnie nie przeszkadzają :)

Paw na krawędzi wybiegu słoni...

Ciekawi jesteśmy, czy na wybiegu przy nowej słoniarni pawie również będą się tak szarogęsić.
Szaropawić? :).