Mrówkojad w Oliwie, czyli w ferie w roztopach – część II

Zapraszamy na drugą część relacji z naszej trzydniowej wyprawy do oliwskiego zoo  – w sobotę zabraliśmy Was do kina, oliwskiej ptaszarni i nowej chatki gibbonów, dziś postaramy się odnaleźć pierwsze trójmiejskie zoo, pokażemy Wam, co warto zobaczyć w Oliwie i sprawdzimy, dlaczego na wybieg lwów można wejść tylko w kaloszach…

Untitled

Na tropie pierwszego zoo

Po wrażeniach pierwszego dnia nie mamy zbyt wiele czasu na odpoczynek, bo oto we wtorek z samego rana czeka nas kolejna wyprawa – w zoo zjawia się nasz przyjaciel Marek i zabiera nas na od dawna zapowiadaną wycieczkę po oliwskich dolinach, której celem będzie odnalezienie miejsca, gdzie znajdowało się pierwsze zoo w Trójmieście. Przedzieramy się przez wciąż tonące w śniegu zoo i za wybiegiem geparda (który woli grzać się w ciepłej chatce) przechodzimy przez bramę, żeby przejść na znajdujące się na tyłach ogrodu tereny zapleczowe. Od razu uprzedzamy – samemu lepiej tego nie robić :).
Można tu zobaczyć całe mnóstwo „zoologicznych artefaktów” – skarbów minionych czasów, które znalazły tu swoje miejsce spoczynku, jak choćby pamiętająca jeszcze lata 70. wielka mapa zoo skrywająca część wybiegów w głębokim śniegu:

stare klatki dla dużych drapieżników, przydające się jeszcze do celów hodowlanych:

czy woliery zapleczowe, w których mieszkają tymczasowi mieszkańcy zoo – jak choćby ten kruk:

Tu też można zobaczyć to, co jest znakiem rozpoznawczym oliwskich lasów – snujące się tu i ówdzie strumyki i stare zabudowania gospodarcze, z których spora część, niestety, pozostawiona jest sama sobie:

Wreszcie opuszczamy teren zoo (dopiero teraz można w pełni zdać sobie sprawę, gdzie ukrywa się te sto kilkadziesiąt hektarów składających się na powierzchnię oliwskiego zoo – część udostępniona zwiedzającym i przeznaczona na ekspozycje zwierząt to bowiem tylko fragment całego terenu!) i przedzieramy się zaśnieżoną ścieżką, aż dotrzemy do drogi prowadzącej do Doliny Radości. Mijamy po drodze ogródki działkowe z jednej strony i zaśnieżone oliwskie wzgórza z drugiej:

aż dochodzimy do rozległej polany stanowiącej część słynnej Doliny Radości.

Rozmach przestrzeni imponujący, ale skutkuje zimnym wiatrem, dalej więc się nie zapuszczamy, bo cel wyprawy jest inny – odwiedzić słynną Kuźnię Wodną i znaleźć pierwsze zoo. A właściwie miejsce, gdzie się znajdowało. Zawracamy więc i zmierzamy w stronę Dworu Oliwskiego – tak, tego, w którym podczas ubiegłorocznego Euro mieszkali piłkarze reprezentacji Niemiec.

Dwór Oliwski

Stąd idziemy do znajdującej się w Dolinie Oliwskiego Potoku Kuźni Wodnej, gdzie mieści się filia Muzeum Techniki w Warszawie. Chcieliśmy tu zajrzeć już podczas poprzednich wizyt w Trójmieście, ale jakoś nigdy nie było czasu. Tym razem jednak miał to być jeden z głównych punktów wyprawy. Sama Kuźnia znajduje się u zbiegu ul. Bytowskiej i Drogi Filozofów, w miejscu spiętrzenia się Oliwskiego Potoku.

Kuźnia Wodna przysypana śniegiem

Żeby jednak dostać się do środka, najpierw trzeba zameldować się w znajdującym się po drugiej strony budyneczku, w którym mieści się „biuro” muzeum. W oknie „biura” wita nas jednak kartka z informacją, iż przedstawiciel muzeum znajduje się „na tyłach biura”. Idziemy więc na tyły budynku, który wygląda jak nieduża chałupa. Tu wita nas rozszczekany pies i dwoje drzwi – jedne z lewej, drugie – a jakże! – z prawej. Po chwili wahania decydujemy się zadzwonić do tych z lewej, co jednak okazuje się błędną decyzją, otwiera nam bowiem cokolwiek zaskoczona starsza pani, która informuje nas, że „ona nie z muzeum”. Na szczęście drugie drzwi okazują się być dobrym tropem (szkoda tylko, że brak na nich jakiegokolwiek oznaczenia), po po chwili pojawia się w nich pan w średnim wieku w czapce Chicago Bulls, który informuje nas, że ma akurat czas i może nas oprowadzić po Kuźni. Jak się później okaże, 6 zł za bilet normalny za oprowadzanie z przewodnikiem to bardzo uczciwa cena. W czwórkę więc przechodzimy z chałupy robiącej za biuro i idziemy do Kuźni. W letnie weekendy ponoć jest oblężona przez turystów, ale o tej porze roku – i to jeszcze we wtorkowe przedpołudnie – to nikt tu raczej nie zagląda. Mamy więc cały obiekt dla siebie.
Początki Kuźni sięgają jeszcze w XVI wieku, a w 1957 roku zrujnowany obiekt przejęło Muzeum Techniki w Warszawie – 21 lat później Kuźnię udostępniono zwiedzającym. Nigdy wcześniej nie byliśmy w takim miejscu, wszystko więc robi na nas duże wrażenie – tym bardziej, że pan przewodnik, który jest równocześnie zarządcą i pracownikiem kuźni, bardzo barwnie o niej opowiada.
Drewniany budynek kuźni składa się z dwu części przedzielonych Potokiem Oliwskim, nad którym posadowiono obiekt.

Potok miejscami zamarzł…

Każda z części posiada piec grzewczy i młot napędzany odrębnym kołem wodnym o średnicy 4 m, z umieszczonymi na obwodzie 44 łopatkami. Są to koła osadzone na wałach dębowych o długości 8 m.

Oto i koło

Zastosowana dźwignia przy obrocie wału podnosi młot o ciężarze około 250 kg, który spada następnie z wysokości około 40 cm na kowadło. Imponujące, nie ma co!

A oto młot!

W Kuźni zobaczyć można także wielkie metalowe nożyce, które służyły ponoć do usuwania zębów dinozaurom:

a także rozmaite przedmioty i wyroby z metalu, których autorem jest nasz pan przewodnik, a które zostały przez niego zrobione w tej właśnie Kuźni:

O wszystkich tych rzeczach bardzo ciekawie opowiada nasz przewodnik, choć naszą uwagę zwraca szczególnie historia drzewa żelaznego, z którego wykonana jest któraś z części Kuźni (nie pamiętamy już która). Już na miejscu jeden z elementów opowiadania się nam nie zgadza, ale nie czepiamy się – dla ubarwienia historii jesteśmy w stanie przyjąć, że niektóre z drzew żelaznych dorastają do 150 m wysokości. A co!
Po zwiedzeniu Kuźni, w której – dość niespodziewanie – można też zobaczyć wystawę poświęconą historii polskiej motoryzacji (było miejsce na ścianach, więc wykorzystano je – wszak Kuźnia to placówka Muzeum Techniki!) żegnamy się z barwną osobą naszego przewodnika i ruszamy dalej – do miejsca, w którym znajdowało się pierwsze trójmiejskie zoo!

Miejski Ogród Zoologiczny w Oliwie otwarto co prawda 1 czerwca 1954 roku, ale pierwszy zwierzyniec, uchodzący za prapoczątek trójmiejskiego zoo jest znacznie starszy – powstał bowiem w latach 20. XX wieku w Dolinie Radości. O narodzinach oliwskiego zwierzyńca przeczytać można m.in. w książce „Psie lata” Guntera Grassa.

Pan Kamin, dzierżawca leśniczówki i gospody, usiadł między Augustem Pokriefke a moją matką. Zawsze, ilekroć przychodzili goście, opowiadał historię powstania zwierzyńca. Toteż Tulla i ja usłyszeliśmy po raz dziesiąty, że niejaki pan Pikuritz z Sopotu podarował bizona. Zwierzyniec jednak zaczął się nie od bizona, lecz od parki saren, ufundowanej przez dyrektora fabryki wagonów. Potem przybyły dziki i daniele. Ten ofiarował małpę, tamten dwie. Nadleśniczy Nikolai postarał się o lisy i bobry. Konsul kanadyjski dostarczył obydwa szopy.

Leśniczówka, o której możemy przeczytać w powieści Grassa stoi po dziś dzień przy ul. Bytowskiej 5 – tam też się udajemy. Od Kuźni to ledwie kilometr spacerkiem. Idziemy więc. Po kilkunastu minutach (nie spieszymy się jakoś bardzo:) dochodzimy na miejsce – przed nami rozpościera się widok na zabytkowy budynek, którego właścicielem najpewniej w 1925 roku został wspomniany przez Grassa Otto Kamin. Po II wojnie światowej wprowadzili się do niej nowi leśnicy, dziś zaś są w niej mieszkania prywatne.

Przez kilkanaście lat między 1925 a 1939 rokiem wokół tego budynku rozciągał się pierwszy trójmiejski zwierzyniec – najefektowniejszymi i najcenniejszymi zwierzakami były bizony i wilki, które można zobaczyć też na pochodzącej z 1932 roku pocztówce pokazującej leśniczówkę i otaczający ją zwierzyniec:

(ze zbiorów Piotra Leżyńskiego )Nam udało się zrobić zdjęcie z tej samej perspektywy – tyle, że 80 lat później. Dziś teren ten wygląda tak:

A tu znajdował się wybieg bizonów – dziś, hm, polana…

Po zwierzyńcu i zwierzakach, oczywiście, ani śladu.
Chyba, że za takie uznać masowo mieszkające w tym miejscu koty, które dosłownie łasiły się nam do nóg i szły za nami krok w krok podczas całego naszego eksplorowania tego terenu – tak przymilających się kociaków nie spotkaliśmy jeszcze nigdy!

Untitled

Co prawda jest dopiero południe, ale jako że łazikujemy już dość długo i trochę się zmęczyliśmy, a dosłownie przed nosem mamy znakomitą ponoć restaurację „Rybakówka” serwującą świeże ryby, postanawiamy wstąpić na wczesny obiad. Okazuje się to świetną decyzją, ryba jest bowiem bardzo smaczna, a wnętrze restauracji ma swój specyficzny klimat. Po obiedzie zaglądamy jeszcze do znajdujących się tuż obok budynku restauracji stawów, w których pływają ryby – karpie, jesiotry – robi to naprawdę duże wrażenie!

W katedrze oliwskiej

Z „Rybakówki” wracamy do Oliwy, gdzie – już we dwójkę – kontynuujemy zwiedzanie. Co prawda pogoda robi się coraz gorsza, ale postanawiamy jeszcze zajrzeć do oliwskiej katedry – jednego z najcenniejszych zabytków w Trójmieście.

Oliwską katedrę odwiedzić naprawdę warto – dwie 46-metrowe wieże górują nad całą Oliwą, a ogromne, ponadstumetrowej długości wnętrze kościoła (najdłuższa cysterska świątynia na świecie!) skrywa wiele skarbów, m.in. słynne organy, swego czasu największe na świecie!

Niestety, na koncert organowy solidnie się już spóźniliśmy (jak zwykle…), ale miłośnikom takiej muzyki gorąco taki koncert polecamy (ten, wysłuchany przed laty, pozostał w pamięci do dziś!). W katedrze skrywa się zresztą mnóstwo skarbów warto więc poświęcić chwilę, żeby ich poszukać.

Wąż się wspina, szop się chowa, a zoo tonie w roztopach…

Gdy wychodzimy z katedry, robi się już szaro, w dodatku zaczyna padać… śnieg z deszczem. Dalsze zwiedzanie – a w planach mieliśmy jeszcze spacer po całym Parku Oliwskim (który bardzo lubimy) – musimy więc odwołać. Idziemy więc jeszcze tylko na zakupy, a potem – wydeptaną już trasą – wracamy do zoo. Gdy docieramy na miejsce, jest już tak ciemno, że łazikowanie po ogrodzie nie wchodzi w grę – no nic, przed nami jeszcze środa :).
Ta zaś zaczyna się od półtoragodzinnego spotkania z Panem Dyrektorem Michałem Targowskim, ale mamy też przyjemność porozmawiać z Panem Wicedyrektorem, Stanisławem Wilkańcem. Takie rozmowy to doskonała okazja, aby lepiej poznać i zrozumieć specyfikę funkcjonowania ogrodu zoologicznego, wypytać też o rozmaite szczegóły związane z oliwskim zoo – jego przyszłością, planami inwestycyjnymi, rozrachunkiem z rokiem 2012. Ten, choć pozbawiony większych inwestycji, w samym zoo oceniany jest bardzo pozytywnie – udało się utrzymać półmilionową frekwencję, odbyło się mnóstwo wartościowych imprez i wydarzeń, uruchomiono inwestycję na wybiegu lwów, zbudowano domek gibbonów, a zoo wzbogaciło się o wiele nowych zwierząt. Nie obyło się bez afer (Amber Gold, „Bartek, którego poraził prąd”), ale te nie ominęły tak naprawdę żadnego zoo. Jeśli zaś chodzi o rok 2013 – ten stać będzie pod znakiem budowy wybiegu i pawilonu lwów, który ma być gotowy na uroczystości 60-lecia zoo, które będą mieć miejsce 1 czerwca 2014 roku. Jak będą wyglądały i jaki będą miały rozmach – to już inna historia. Na sam wybieg lwów niestety wybrać się nie możemy – przynajmniej nie teraz, bo od samego rana zoo tonie w roztopach i na teren przyszłej lwiarni trzeba byłoby wchodzić w kaloszach. A tych jakoś zapomnieliśmy zabrać…
Po spotkaniu z dyrekcją idziemy na zwiedzanie ogrodu – w końcu w poprzednie dwa dni nie udało nam się wszystkiego zobaczyć.
Zaczynamy od kotowatych – zaglądamy do rysi i żbików, serwali, które raz po raz migną na wybiegu, a także lampartów, które dumnie prężą się na zaśnieżonych półkach.

Jeszcze raz zaglądamy do gibbonów, sprawdzamy co u szopów, które jakoś nie są zbyt chętne do wychodzenia z chatki:

Gdy dochodzimy do dzików, które szaleją na całego w śniegu, naszą uwagę zwraca dziwne poruszenie na wzniesieniu za wybiegiem pekari – okazuje się, że to… kilka dzikich saren, które przedostały się na teren zoo i biegną między drzewami!
Sarny szybko znikają z pola widzenia (pewnie pobiegły dalej i wydostały się z zoo – to się zresztą w Oliwie zdarza bardzo często, a czasem trafi się jeleń czy grupa dzików), my zaś idziemy w stronę ptasich wolier. Tu uwagę zwraca przede wszystkim nowa zamknięta woliera kariam czerwononogich:


W zoo mieszka obecnie para – samica Emma, która przyjechała w listopadzie ubiegłego roku z praskiego zoo oraz samiec Maciuś, który przyjechał w 2011 roku z Opola. Nowa woliera prezentuje się jednak średnio – jakby trochę zapomniano o wystroju wnętrza…
My tymczasem idziemy dalej – mijamy rząd ptasich wolier, gdzie co raz to zerka na nas jakaś sowa, aż dochodzimy do takinów i żubrów. Wyżej – do tygrysów i niedźwiedzi – się jednak nie zapuszczamy, bo wiodąca tam ścieżka przypomina wielką kałużę śniegowego błota. Schodzimy więc w dół, mijając po drodze lamy, alpaki i wielbłądy.


Następnie kierujemy się do ptaszarni, gdzie spędzamy dłuższą chwilę, a stamtąd udajemy się do pawilonu hipopotamów, który latem pełni też funkcję sezonowej motylarni. Teraz oczywiście motyli w środku nie ma, ale wystrój wnętrza obowiązuje cały rok – i przyznać trzeba, że raczej mało efektowny pawilon hipopotamów prezentuje się dzięki temu znacznie lepiej:




Najważniejsi mieszkańcy pawilonu – dwie hipopotamice Kiwi i Hektorka – wypoczywają sobie w najlepsze pod prysznicem – a my mamy nadzieję, że doczekają się jeszcze lepszych warunków. Niestety, żaden inny ogród raczej się nimi nie zaopiekuje, a w Oliwie na razie na zbudowanie dla nich nowego obiektu nie ma środków – choć możliwe, że niebawem coś się w tej kwestii zmieni. Oby!

Spory ruch wykazuje za to inny mieszkaniec pawilonu – pyton skalny, który popisuje się niezwykłą jak na gada aktywnością :).

Pyton skalny z oliwskiego zoo

Oto bowiem wąż ów postanawia wdrapać się na znajdującą się w górnej części terrarium półkę – a że wcześniej leżał sobie zwinięty na samym dole, jest to nie lada wyzwanie. Przez kilkanaście następnych minut pyton wdrapuje się po szybie terrarium, my zaś jak zaczarowani przyglądamy się tej wężowej odysei:



Wygląda to naprawdę niesamowicie, ale wreszcie pyton osiąga swój cel i spokojnie składa głowę na półce – jesteśmy z niego dumni i równocześnie zastanawiamy się, ile razy dziennie zdarza mu się taka wspinaczka.

Z pawilonu hipów idziemy do żyrafiarni, w której leniwie snuje się pięć żyraf (oliwska czwórka plus gość z Płocka) oraz cała armada surykatek:

Niestety, gdy wychodzimy z żyrafiarni okazuje się, że ogrodowe alejki toną w roztapiających się zwałach śniegu i dalsze poruszanie się po zoo jest nie lada wyzwaniem. Zmuszeni więc jesteśmy wrócić do naszego pokoju, bo przez następne godziny zoo będzie „nieprzechodnie”. Dopiero około 15:00 cały śnieg spłynie, a wszelkie błoto zostanie usunięte, ale my na większe zwiedzanie nie będziemy mieć już, niestety, czasu, przyjdzie nam się bowiem żegnać z zoo. Wpada do nas jeszcze nasz gdański przyjaciel, z którym jedziemy do Oliwy, by wpaść do naszego ulubionego baru mlecznego na obiad.
Gdy wreszcie po szesnastej na oliwski peron wtacza się pociąg, którym wrócimy do domu, będziemy mieć wrażenie, że choć sporo się przez te dni wydarzyło, to pogoda kolejny raz nas nie rozpieszczała i zdamy sobie sprawę, że nie tylko do tygrysów i niedźwiedzi nie udało nam się zajrzeć. ”
No nic, jeszcze tu wrócimy – i to pewnie szybciej, niż później. Tymczasem dwa dni później, w piątkowe południe, ruszymy do Poznania, gdzie odwiedzimy dwa „nasze” zoologi – ale o tym opowiemy Wam w następnych relacjach…

(A tutaj możecie zobaczyć galerię zdjęć z oliwskiego zoo).

Reklamy

12 comments on “Mrówkojad w Oliwie, czyli w ferie w roztopach – część II

  1. Relacja jak zwykle fantastyczna!
    Mam jeszcze kilka pytań:
    1.Ile i jakie pawilony można odwiedzić w oliwskim zoo?
    2.Ile niedźwiedzi mieszka w zoo? Nadal dwa, czy może jeden odszedł do krainy wiecznych łowów?
    Z góry dziękuje za odpowiedzi i z niecierpliwością oczekuję kolejnych relacji.

    • Dzięki :).
      1. – Paweł już odpowiedział, nic więcej, niestety, nie ma.
      2. – Głowy nie damy, bo zupełnie zapomnieliśmy spytać, a do klatki niedźwiedzic nie udało nam się podejść – odkładaliśmy to na trzeci dzień, a jak nadszedł, to przez pluchę nie dało się tam wejść. Ale z tego co wiemy, to została jedna, druga padła bowiem jeszcze w zeszłym roku, dla pewności jednak sprawdzimy u źródeł!

  2. 1. Ptaszarnio-gadziarnie, hipopotamiarnię, żyrafiarnię i każdą z 3 małpiarni. Nic więcej sobie nie przypominam.

  3. W jakimś numerze pisaliście że do Oliwskiego zoo przyjechała samica bongo ” w ciązy” jak ostatnio pytałem opiekunów to nic nie wiadomo może udało się wam coś dowiedzieć.

  4. To przykre z tymi niedźwiedziami ale w koncu sa to już staruszki prawie 50 lat, a która padła Agnieszka czy Cytra ?? może ktoś wie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s