Mrówkojad w Oliwie, czyli w ferie w roztopach – część I

Gdzie było pierwsze trójmiejskie zoo, co warto zobaczyć w Oliwie, jak prezentuje się nowy pawilon gibbonów, w co wkłada głowę mandryl, gdzie w Gdańsku można zobaczyć Belę Lugosiego, dlaczego na wybieg lwów można wejść tylko w kaloszach i dlaczego warto na dłużej zatrzymać się w ptaszarni – na te i na jeszcze kilka innych pytań postaramy się odpowiedzieć w naszej tonącej w roztopach relacji z oliwskiego zoo, w którym spędziliśmy trzy dni podczas tegorocznych ferii.
Dziś część I.

Untitled

Jeśli są ferie, to jesteśmy w… Oliwie!

Gdy w ubiegłym roku nastał czas ferii zimowych długo zastanawialiśmy się, jak wykorzystać tych kilka wolnych dni – ostatecznie skończyło się na wyprawie do Wielkopolski i pięciu dniach w oliwskim zoo, dlatego tym razem nie traciliśmy czasu na wielkie plany i postanowiliśmy zrobić sobie powtórkę z ubiegłego sezonu – po kilku miesiącach więc ponownie odwiedziliśmy dwa poznańskie ogrody, a ferie zainicjowaliśmy trzydniową wyprawą do oliwskiego zoo – trzecie ferie z rzędu w Trójmieście to już chyba zaczątek jakiejś tradycji…

Najpierw wpadliśmy na naprawdę wspaniały pomysł, aby do Gdańska pojechać w poniedziałek z samego rana – pociągiem, który z Koszalina startuje o 5:30, czyli gdzieś w środku nocy, po to, aby na dworcu w Oliwie być o 9:19. Na szczęście niemal w ostatniej chwili – czyli w niedzielne popołudnie – opamiętaliśmy się i przesiadkowy zestaw połączeń kolei regionalnych zamieniliśmy na wcale już nie takie tanie TLK startujące 8:15. Okazało się to dobrym pomysłem, bo gdy wylądowaliśmy w końcu na oliwskim dworcu – zegary wskazywały 10:59 – byliśmy wyspani i wypoczęci, dzięki czemu blisko trzykilometrowy spacer do zoo nie stanowił aż tak wielkiego wyzwania. Na transport autobusowy o tej porze roku raczej nie ma co liczyć – autobusy jeżdżą średnio raz na godzinę, a my jakoś zawsze mamy szczęście do pojawiania się na przystanku gdzieś tak kwadrans po odjeździe jednego, a trzy kwadranse przed startem kolejnego. Na szczęście drogę z dworca do zoo znamy już tak dobrze (przeszliśmy ją bez mała 20-30 razy), że nie zdążyliśmy nawet dobrze zmarznąć, a znaleźliśmy się przed bramą ogrodu.

A skoro już dotarliśmy do zoo, zmieniamy nieco narrację i z czasu przeszłego dokonanego przechodzimy w teraźniejszy…

Śnieg, kot i pancerniki – dzień I w zoo

Tym razem nie mamy skomplikowanych przejść z panem ochroniarzem (do dziś zastanawiamy się, jak można było pomylić „Mrówkojady” z „z Warszawy”…) i udajemy się na spotkanie z Panem Dyrektorem Michałem Targowskim. Na dłuższą rozmowę o zoo – i nie tylko! – przyjdzie jeszcze czas, więc po półgodzinnej rozmowie zbieramy manatki i przenosimy się do „Łosia” – dobrze już nam znanego pokoju gościnnego, w którym przyjdzie nam spędzić najbliższe dni. Nauczeni doświadczeniem poprzednich wizyt mamy ze sobą zestaw oliwskiego podróżnika – ciepłe ubrania (bo tu zawsze zimniej niż gdzie indziej), prowiant (bo w promieniu dwóch kilometrów nie ma żadnego sklepu, a w zoo wszystkie obiekty gastronomiczne są zamknięte!) i komputer, bo od ponad roku oliwskie zoo objęte jest bezprzewodową siecią internetową. Zostawiamy rzeczy i idziemy na pierwszy obchód po zoo – jako że zrobiła się już 13:00 ograniczamy się tylko do rekonesansu środkowej części ogrodu.

Zoo tonie w  śniegu – jest zimno, ale nie mroźnie. Ogrodowe alejki co raz to przemierzają jacyś opiekunowie i pracownicy zoo – tu przejedzie traktor wiozący siano dla kopytnych, tam przejedzie meleks z „ekipą robiącą obchód”. Tylko zwiedzających jakoś nie ma – przez następne dwie godziny spotkamy ledwie trzy-cztery osoby, ale też trudno się temu dziwić: w Trójmieście ferii jeszcze nie ma, jest poniedziałek, a i pogoda jakoś nie zachęca do wybrania się do leżącego na uboczu aglomeracji ogrodu. Nam to jednak nie przeszkadza – nie musimy się martwić, ze ktoś będzie robił coś głupiego, a to jest naszą zmorą podczas odwiedzania ogrodów w letnie weekendy…
Uzbrojeni w aparat i Tadeusza wystającego z torby ruszamy więc w zoo.
W pierwszej kolejności ruszamy do najważniejszej inwestycji 2012 roku w ogrodzie, czyli nowego pawilonu gibbonów, który stanął tuż obok starego, za ogrodową kuchnią. O jego powstawaniu pisaliśmy na stronie wielokrotnie, to zresztą jedna z głośniejszych inwestycji zoologicznych ubiegłego roku, głównie dzięki aferze Amber Gold. Dziś po aferze nie ma już właściwie śladu, sam pawilon zaś jest już niemal skończony – pozostało jedynie wykończyć wystrój wnętrza i wprowadzić do środka zwierzęta. Czy będą to mieszkające po sąsiedzku dwa gibbony – Filip i Gryzelda – jeszcze nie przesądzono, docelowo bowiem ma on stać się domem dla zupełnie nowego gatunku. Możliwe jednak, że na początku lokatorami zostanie wspomniana już para, która w zoo mieszka od lat, a żaden inny ogród raczej ich nie przyjmie. Inna sprawa, że zasłużyły, aby na „stare lata” dostać lepsze miejsce od tego, które mają teraz.
Zwłaszcza, że nowy pawilon „na żywo” prezentuje się naprawdę dobrze:

Widok od strony obiektów gastronomicznych

Widok od strony kuchni dla zwierząt

Zwierzaki oglądać będzie można przez wielka panoramiczną szybę z przodu obiektu – wtedy mamy przed sobą taki widok:

Uzupełnić wystrój i dodać zwierzaki i będzie OK!

Można też przez nieduże okrągłe okienka od strony wyspy, z którą wiosną pawilon zostanie połączony. Zanim tak się stanie, gibbony oglądać można nadal w starej chatce, której przyszłość nie jest jeszcze pewna – może wyląduje w dziecięcym zoo, może gdzieś na zapleczu, na pewno jednak na coś się przyda.
My tymczasem przedzieramy się przez gromadzące się wokół pawilonu ptactwo wodne i ruszamy dalej.

Wdrapujemy się w górę, mijając puste wybiegi walabii i kangurów, a także rząd klatek małych ssaków, w których raz po raz mignie jakiś zwierzak, aż dochodzimy do kompleksu małpiarni. Tu dołącza do nad tajemniczy kot z czerwoną obrożą, który będzie towarzyszyć nam w dalszym spacerze:

IMG_0836Przy wybiegu zewnętrznym mandryli zwracamy uwagę na mapę zoo w formie nowoczesnego pulpitu – to świetne rozwiązanie, które jest znacznie lepsze od tradycyjnych tablic umieszczanych „na wprost” zwiedzającego.

Takich pulpitowych map jest w zoo już kilkanaście, zakończono też już niemal wymianę starych tabliczek gatunkowych na nowe, a zwiedzających przy wejściu do zoo wita ogromna mapa zoo umieszczona na zaginającej się łukowato planszy – przyznać trzeba, że działania działu dydaktycznego zmierzają w bardzo dobrym kierunku!
My tymczasem wchodzimy do małpiarni, gdzie witają nas takie widoki:

Mandryl zgubił gdzieś głowę…

O ile większość małp jest o tej porze dnia raczej spokojna – wyjce, gerezy i lutungi śpią w najlepsze, orangutany i szympansy są raczej niemrawe, a patasów w ogóle nie można zobaczyć, o tyle u mandryli cały czas coś się dzieje: gonią się, wcinają, chowają głowę w piłkę, bujają się na linach. Tylko szef stada – Dyzio – zdaje się jakiś spokojny. Ucieka nam z kolei imię poprzedniego „prezesa” (który, niestety, padł w ubiegłym roku) i przez kolejną dobę nie będziemy go sobie w stanie przypomnieć – „jakieś takie godne, dumne”, „coś jak Mufasa czy Vader”. Nie przypomnimy sobie, na szczęście niezawodny dział hodowlany przyjdzie z pomocą (kto by tam szukał pomocy w sieci czy archiwum własnej strony:).
Voodoo. Już nie zapomnimy.

Z małpiarni ruszamy w dół zoo, w stronę pingwinów, których stado tej zimy powiększyło się o kilka młodych. Pingwiny zdają się być jakieś niemrawe (nie to co przed rokiem, gdy z podziwem obserwowaliśmy ich śnieżne szarże), za to prym na wybiegu wiodą… czaple, które polują na dawane pingwinom do jedzenia ryby. Czysta bezczelność, nie ma co – ktoś mógłby pomyśleć nawet, że ma do czynienia ze specyficznym wybiegiem łączonym…


Żegnamy pingwiny i zmierzamy w stronę ptaszarni – zrobiło się trochę zimno, a to jedno z niewielu miejsc w zoo, w których o tej porze roku można się ogrzać. Zaglądamy jeszcze na tyły słoniarni – Katka i Wiki na wybieg zewnętrzny w te dni akurat nie wychodzą, można je więc oglądać tylko w ten sposób. To jednak doskonała okazja żeby przekonać się, jak ogromne są to zwierzęta – widzimy je bowiem z należytej perspektywy. I równocześnie marzymy, żeby pełne rozmachu plany nowej słoniarni w oliwskim zoo doczekały się wreszcie realizacji, bo obecny obiekt do trzymania takich wielkich zwierząt zupełnie się już nie nadaje.
Mijamy puste wybiegi kopytnych, wybieg wilków grzywiastych, na którym biegają akurat dwa zwierzaki i dochodzimy do pawilonu ptaszarni/gadziarni. Latem zawsze przebywa tu mnóstwo zwiedzających, przez co „dobicie” się do poszczególnych ekspozycji bywa naprawdę męczące, jednak zimą nie ma tu nikogo (dwie osoby spotkamy dopiero w środę). Zwierzaków natomiast – i to bardzo ciekawych – jest tu całe mnóstwo!
Do naszych ulubieńców należą toko czarnoskrzydłe oraz wąsal żółtooki, którego pamiętamy jeszcze z czasów, gdy mieszkał w nieczynnej już ptaszarni w poznańskim Starym Zoo (odwiedzaliśmy go wtedy nawet kilka razy w tygodniu!).

Toko i wąsal

Są też krzykliwe papugi, które zawsze z wielkim zainteresowaniem spoglądają w obiektyw aparatu:

i cała rzesza innych ptasiorów – ze szpakami balijskimi na czele.

UntitledNa szczególną uwagę zasługują zwłaszcza nowe mieszkanki zoo – guiry, które przyjechały jesienią ubiegłego roku z zoo w Heidelbergu (Niemcy). Liczące sobie pięć osobników stadko – jedyne w polskich ogrodach zoologicznych! – zamieszkało w wolierze obok toko. Przyznajemy, że prezentują się naprawdę wspaniale – zwłaszcza, gdy siedzą na półce obok siebie – wyglądają wówczas jak jeden ptak z pięcioma głowami i pięcioma ogonami:

W innych ustawieniach też prezentują się bardzo efektownie:



W pojedynkę zresztą też:

Dość nowymi mieszkańcami pawilonu są także dwa pancerniki włochate – bracia Arni i Albu, którzy trafili do Gdańska późną jesienią ubiegłego roku. Pancerni bracia przyjechali z Torunia, urodzili się natomiast w 2010 roku w krakowskim zoo. Do Ogrodu Zoobotanicznego trafili w 2011 roku, tam jednak mocno rozrabiali i dostali przeniesienie do Oliwy :). Tu, póki co, są dosyć grzeczni, choć opiekunowie zwracają uwagę, że niezłe z nich gagatki.

UntitledMy polubiliśmy ich od razu – to urocze i rozkoszne śpiochy z długimi, ostrymi pazurami – prawie jak nasze ukochane mrówkojady, ale to przecież jedna rodzina (szczerbaki) z jednego kontynentu (Ameryka Pd.). Choć ulubionym zajęciem Arniego i Albu jest spanie w kącie wybiegu (jak na powyższych zdjęciach), od czasu do czasu zdarzy im się jednak wybrać na przechadzkę po wybiegu – można wtedy zobaczyć pancernika w pełnej okazałości:


Współlokatorami pancerników jest stadko tamaryn cesarskich, które spoglądają na pancerniki z ciekawością, ale i dystansem – jedni siedzą na dole, drudzy na górze – i nikt nikomu nie wchodzi w paradę.

Będąc w pawilonie warto pamiętać, że to nie tylko ptaszarnia (z pancernikami i tamarynami:), ale też gadziarnia – sporo tu żółwi i węży, najwięcej emocji budzą jednak krokodyle – zwłaszcza dwa okazałe krokodyle kubańskie:

Untitledoraz krokodyl nilowy, który w oliwskim zoo mieszka już od prawie 50 lat -w 1964 roku przypłynął do Gdańska na pokładzie statku, a marynarze opowiadali, że odkupili go od tubylców, którzy zamierzali krokodyla ugotować i zjeść na obiad.

Mógł skończyć jako obiad, a tak od 40 lat mieszka w oliwskim zoo

Na początku roku wiekowy krokodyl doczekał się dużego prezentu w postaci powiększenia swojego wybiegu – dotychczasowa ekspozycja została bowiem dwukrotnie powiększona, gdyż włączono w nią dotychczasowy wybieg legwanów, który od dłuższego już czasu stał pusty. Po modernizacji prezentuje się całkiem nieźle, a sam krokodyl coraz częściej z niego korzysta. Podczas naszej wizyty jednak i tak cały czas siedział w swoim starym basenie…

Druga część wybiegu krokodyla nilowego odziedziczona po legwanach

Opustoszałe centrum, Bela i „Cztery słońca”

Z ptaszarni wracamy do swojego pokoju – resztę zwiedzania przekładamy na kolejne dni, zrobiliśmy się już bowiem trochę głodni, a pogoda nie zachęca jakoś do dłuższego łazikowania po zoo. Jest zimno, robi się też coraz ciemniej, postanawiamy więc wybrać się do miasta. Na szczęście do 15:00 wydostanie się z zoo autobusem nie stanowi problemu, wsiadamy więc z rzadka pojawiającą się o tej porze roku w tej okolicy „177” i jedziemy do Oliwy. Tu od razu przesiadamy się w tramwaj, który zawozi nas prosto pod Dworzec PKP w centrum Gdańska – szybko, łatwo i wygodnie (i tu bardzo przydają się powszechne w mieście bilety godzinne za 3,60 zł). W centrum Gdańska witają nas pustki podobne do tych w zoo – nad Motławą prawie nikogo, pusto też na Długim Targu:

UntitledSpacerujemy sobie trochę po jednym z naszych ulubionych miast, zaglądamy do zawsze robiącego na nas ogromne wrażenie Kościoła Mariackiego, szukamy jakichś ciekawostek w starym antykwariacie na Nabrzeżu Motławskim, idziemy na obiad (jak zawsze podczas naszych wypraw zanim w końcu coś znajdziemy, musimy zajrzeć przynajmniej do 10 lokali…). Robi się jednak coraz zimniej i coraz ciemniej, dalsze zwiedzanie nie ma więc sensu, a z drugiej strony na powrót do zoo (którego i tak o tej godzinie nie dałoby się zwiedzać) jest jeszcze za wcześnie, szukamy więc jakiegoś ciepłego miejsca. Wszystkie muzea w centrum miasta zwiedziliśmy podczas naszych poprzednich wypraw, wpadamy więc na pomysł, żeby zajrzeć do kina (w końcu to nasza druga po zoowyprawach największa pasja!). Oferta „Krewetki” niczego ciekawego nam nie oferuje, postanawiamy więc zajrzeć do jednego ze schowanych na ulicy Długiej kameralnych kin. „Neptun” jest niestety zamknięty, ale w „Helikonie” za kilka minut zaczyna się seans Czterech słońc. Z ulotki dowiadujemy się, że to czeska komedia, zakręcona, ale zabawna. Nie ma czasu na rozterki – kupujemy w kasie bilety i po dwóch minutach („Helikon” znajduje się w sąsiedniej kamienicy, bilety nabywa się bowiem w kasie „Neptuna”) zasiadamy na sali kinowej.

Takie kina lubimy najbardziej!

Na sali kilkadziesiąt starych, ale bardzo wygodnych foteli, w nich – oprócz nas – cztery osoby. Ciepło, przytulnie i klimatycznie – za 30 zł można bardzo miło spędzić czas, gdy na dworze zimno, ciemno i nieprzyjemnie :).
Oczywiście o ile trafi się dobry film, my na szczęście mieliśmy szczęście – Cztery słońca okazały się seansem bardzo przyjemnym. Mamy tu wszystko, co z reguły oferuje nam czeskie kino – bardzo zwyczajnych ludzi, bardzo zwyczajne okoliczności i bardzo zwyczajne problemy. Co więcej – ci zwyczajni ludzie podejmują ciągle – niezależnie od wieku – bardzo głupie decyzje, które prowadzą do mnóstwa małych i większych tragedii. Jest tu uzależniony od marihuany ojciec, który za palenie w fabryce zostaje zwolniony z pracy, jest jego nastoletni syn z pierwszego małżeństwa, z którym ojciec nie może się dogadać, jest jego żona, znudzona pani z okienka na poczcie, która, wdając się w romans z nauczycielem pasierba, zawodzi ufającego jej dzieciaka na całej linii. Jest też przyjaciółka z poczty zwyczajna i zdołowana i jej mąż Karel – posiadający niby magiczne moce energetyczne. Jest też syn przyjaciela z młodości, który wiele lat temu stracił ojca, co doprowadziło do wielu problemów. Kiedy więc wszystko zaczyna się nawarstwiać, główny bohater – Fogi – chcąc szukać wskazówek, wyrusza razem z Karelem w poszukiwaniu MISTRZA… Jest tu mnóstwo smaczków wywołujących uśmiech, są zabawne zbiegi okoliczności, bohaterowie, na których patrząc, łapiemy się za głowę, zachowania, które nas żenują i wybory, jakich – wydaje nam się – sami byśmy nie podjęli. Cztery słońca to jednak film o każdym z nas, o błędach nas wszystkich, o poruszających momentach zmieniających życie. I mimo dłużyzn na początku, mimo dość przewidywalnego toku akcji, ogląda się to sympatycznie.

„Helikon” to jednak nie tylko filmy – warto rozejrzeć się po wiodącej na trzecie piętro – gdzie znajduje się kino – klatce schodowej, na której znajduje się mnóstwo filmowych malunków – niektóre naprawdę niezłe:

UntitledUntitled

Gdy wychodzimy z kina jest już zupełnie ciemno, dlatego zaglądamy jeszcze tylko na chwilę do Kościoła Mariackiego i kierujemy się w stronę Dworca PKP – o tej porze dnia powrót do Oliwy łatwiejszy będzie SKM-ką, niż tramwajem. Z dworca w Oliwie – tradycyjnie już – wracamy do zoo piechotą. Na ostatnim, prawie kilometrowym odcinku, jest już zupełnie ciemno (na co komu latarnie…), na szczęście śnieg odbija światło, pomaga też łuna z Gdyni, a my znamy tę drogę już bardzo dobrze. Gdzieś w okolicach woliery kondorów tuż nad głowami przelatuje nam jeszcze jakaś sowa (!), na szczęście widać już światła bramy do zoo, spokojnie więc docieramy na miejsce. Na nocne zwiedzanie zoo nie mamy już siły, dlatego człapiemy do „Łosia” i resztę wrażeń zostawiamy sobie na kolejne dni.
Ale o tym w drugiej części naszej relacji :).

Reklamy

3 comments on “Mrówkojad w Oliwie, czyli w ferie w roztopach – część I

    • Dziękujemy :). Jutro (mamy nadzieję) część druga, w której trochę więcej będzie o samym zoo (ale z pewnych powodów tylko trochę:), wybierzemy się także na spacer po samej Oliwie i potropimy pierwsze trójmiejskie zoo!

      • Zapowiada się ciekawie. Oglądałem zdjęcia z pobytu w Gdańskim zoo i mam wielką ochotę jeszcze raz je odwiedzić 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s