Euro, Schopenhauer i słonie na murze – dzień z Mrówkojadem w Gdańsku i Sopocie

W związku z tym, że w tym roku Dzień Dziecka wypadł w piątek,  postanowiliśmy uświetnić obchody tego jakże ważnego święta w dzień wolny od pracy i w niedzielę skoro świt wyruszyliśmy do naszego ulubionego miasta na północy Polski – czyli do Gdańska.
Tym razem jednak postanowiliśmy nie zaglądać do zoo, które w ostatnim roku odwiedziliśmy już kilka razy, a pokręcić się trochę po samym mieście, a przy okazji omówić nasze wakacyjne wypady zoologiczne.
Jak zawsze podczas naszych wypraw nie zabrakło przygód – także mrożących plusz w żyłach – oraz tropienia ciekawych miejsc, jeśli więc jesteście ciekawi, gdzie w Gdańsku można zobaczyć malowane słonie, kto dziś mieszka w domu Schopenhauera i dlaczego niemieccy piłkarze będą trenować na łące oliwskiego zoo – zapraszamy do lektury… :).

Wyprawa jak zawsze rozpoczyna się od porannego wstania na pociąg, który – o dziwo! – wcale się nie spóźnił, dzięki czemu po dwóch przesiadkach i czterech godzinach jazdy pojawiliśmy się na dworcu głównym w Gdańsku.
Samo miasto podczas naszych dotychczasowych wojaży zwiedziliśmy już całkiem nieźle, dlatego tym razem postanowiliśmy pozwiedzać miasto trochę inaczej…

Tajemnica jest istotą metafizyki, czyli tam, gdzie bawił się mały Schopenhauer…

Jak wiadomo, Gdańsk może się poszczycić wieloma znamienitymi osobami, które się w Gdańsku urodziły – Fahrenheit, Heweliusz, Grass, kto wie jednak, czy najwybitniejszym gdańszczaninem z urodzenia nie jest Arthur Schopenhauer – niemiecki filozof, który urodził się w Gdańsku 22 lutego 1788 roku i mieszkał w kamienicy przy ul. Św. Ducha 114 – dziś 47. My, jako wielcy miłośnicy filozofii, będąc w Gdańsku, nie mogliśmy nie zajrzeć pod wskazany adres.
Co prawda wiedzieliśmy, że w kamienicy tej nie ma żadnego muzeum czy izby pamięci wielkiego filozofa, ale nie spodziewaliśmy się, że ślady jego obecności w Gdańsku są aż tak ubogie…

Kamienica przy ul. Św. Ducha 47 w Gdańsku, w której urodził się Schopenhauer

Gdyby nie licha tablica pamiątkowa nad oknem (w dodatku mocno odgięta) nikt by się nawet nie domyślił, kto był mieszkańcem tego domu:

Tablica ta zastąpiła wcześniejszą, niewiele lepszą, odsłoniętą w 2008 roku przez samego prezydenta miasta.
Może powodem takiego stanu rzeczy jest fakt, iż Schopenhauer mieszkał w Gdańsku tylko do 1793 roku, kiedy to jako pięcioletnie dziecko wraz z całą rodziną przeniósł się do Hamburga po tym, jak miasto zostało zajęte przez Prusy? Może, jakkolwiek szkoda, że tak dbający o swoją historię Gdańsk nie potrafi lepiej wykorzystać – i upamiętnić! – faktu, iż ponad dwa wieki temu urodził się jeden z najważniejszych filozofów XIX wieku.
Dla Schopenhauera, który „odkrył buddyzm dla filozofii zachodu”, życie to ciągłe pasmo rozczarowań i nudy. Kiedy nie mamy tego, co chcemy mieć, jesteśmy rozczarowani, a kiedy już to mamy – jesteśmy znudzeni. Najgorzej zaś, gdy zdaje nam się, że udało nam się coś osiągnąć – jak w poniższym żarcie (zaczerpniętym z książki Przychodzi Platon do doktora):

Dawno, dawno temu zła wiedźma rzuciła klątwę na pewnego księcia. Klątwa polegała na tym, że książę mógł powiedzieć tylko jedno słowo w ciągu jednego roku. Pozwoliła mu jednak oszczędzać i jeśli nie powiedział nic w ciągu roku, w następnym mógł już użyć dwóch słów.
Pewnego razu poznał piękną księżniczkę i szaleńczo się w niej zakochał. Postanowił więc nic nie mówić, by po roku móc jej powiedzieć: „Moja kochana”. Jednak po tym okresie stwierdził, że musi jeszcze milczeć, by móc jej powiedzieć, że ją kocha. Po trzech latach postanowił, że poprosi ją o rękę, więc musiał czekać jeszcze cztery lata. W końcu po siedmiu latach milczenia popadł w radosny nastrój. Poprowadził księżniczkę do najpiękniejszego zakątka królewskiego ogrodu, ukląkł przed nią i powiedział:
– Moja ukochana. Kocham Cię. Czy poślubisz mnie?
– Co takiego? – odpowiedziała księżniczka.

Schopenhauer by się (nie)uśmiał…
Może to właśnie ten pesymizm jego filozofii powoduje, że cała pamięć o nim w Gdańsku to wygięta tablica nad oknem.
Nie licząc tego malunku na pobliskiej „skrzynce z prądem”:

oraz tramwaju z numerem bocznym 1016, którego „patronem” jest wielki filozof – w 2011 roku do Gdańska trafiło bowiem kilkadziesiąt nowych tramwajów Pesa Swing, które nazwano imionami najwybitniejszych gdańszczan.
Świetna sprawa!
Jeśli zaś chodzi o wszelkiego rodzaju „pamiątki” związane z Schopenhauerem to jedyne, na co trafiliśmy, to pięknie wydana książka dla dzieci (!) Życie pod psem według Artura Schopenhauera Anny Czerwińskiej-Rydeyl z ilustracjami Agaty Dudek.

Do kupienia za 36 zł np. w „Szafie Gdańskiej” – naszym ulubionym sklepie z pamiątkami w Gdańsku.

Szekspirowskie wykopki, czyli czekając na Globe…

Było filozoficznie – będzie filologicznie, bowiem następnym punktem naszej wyprawy było miejsce, w którym od 2009 roku trwa budowa Teatru Szekspirowskiego.
Na chwilę obecną plac budowy wygląda tak:

Dlatego nie ma raczej co liczyć, że obiekt zostanie otwarty jeszcze w tym roku – a takie były wstępne zapowiedzi. Nawet rok 2013 wydaje się być na chwilę obecną mało realny, a jest na co czekać, bo gotowy obiekt wyglądać ma naprawdę interesująco. Po więcej informacji dotyczących całego projektu odsyłamy tutaj.
A póki co, placu budowy pilnuje taki oto metalowy rycerz:

Archeologiczna nuda, czyli do którego muzeum już nie wrócimy…

W zeszłym roku – m.in. dzięki Karcie Turystyodwiedziliśmy niemal wszystkie najważniejsze gdańskie muzea, a jednym z nielicznych, do którego nie dotarliśmy (było wówczas zamknięte) było Muzeum Archeologiczne. Postanowiliśmy zatem odwiedzić je teraz, co – niestety – okazało się wielkim niewypałem.
Tak nudnego, martwego i nieciekawego muzeum nie widzieliśmy już dawno, a trochę już pozwiedzaliśmy. Żadni z nas znawcy, ale nie ujmując nic niewątpliwej wartości samych zbiorów, sposób muzealnej ekspozycji jest dokładnym zaprzeczeniem tego, czego można oczekiwać od muzeum, które nie chce zanudzić zwiedzających na śmierć. Gabloty, gabloty, gabloty, znudzeni pracownicy ożywiający się na nasz widok, gabloty, nuda, cicho, ponuro, ciemno, gabloty, a w dodatku po dojściu do końca ekspozycji trzeba… wracać dokładnie tą samą trasą.
Tak, wiemy, straszni z nas ignoranci. Gdyby nie kilka makiet, dosyć ciekawy dział poświęcony chorobom ludności prahistorycznej i kilka ciekawych eksponatów związanych z prehistoryczną fauną okolic Gdańska, zanudzilibyśmy się na śmierć.
Dobrze bawił się chyba tylko Tadzik:

Nawet pozornie nowoczesna ekspozycja poświęcona wykopaliskom w Sudanie nie wyglądała ciekawie, a o tym, że Muzeum Archeologiczne naprawdę może być niezwykle interesującym miejscem, można się przekonać chociażby w Poznaniu.
Na szczęście w Gdańsku bez trudu znajdziemy kilkanaście innych placówek muzealnych, w których na pewno nie będziemy się nudzić (Hewelianum!). Na domiar złego przy wyjściu z muzeum pani sprzedająca bilety spytała nas, czy się podobało…
Cóż, na pewno ciekawszym miejscem, do którego bilety też kosztują 8 zł na głowę, jest znajdująca się przy ul. Ogarnej Galeria Starych Zabawek, do której na pewno zajrzymy następnym razem.

Malowane słonie, czyli tropimy zwierzaki w mieście…

W samym tylko ścisłym centrum Gdańska nawet średnio uważny turysta bez trudu wytropi całe mnóstwo poukrywanych w najróżniejszych miejscach zwierzaków. Oczywiście nie prawdziwych – choć spotkanie gołębia czy papugi wyciągającej wróżbę na Długim Targu jest równie prawdopodobne, co zobaczenie żyrafy w oliwskim zoo.
Nam udało się znaleźć dosłownie cały zwierzyniec:

Zdecydowanie najbardziej spodobały się nam natomiast dwa namalowane na murze słonie, które można zobaczyć na rogu Kołodziejskiej i Św. Ducha:

Nie tylko zwierzaki – gdzie by nie spojrzeć, w którą bramę nie zajrzeć (no, czasem lepiej uważać zaglądając w niektóre bramy), zobaczyć można coś ciekawego:

Uwaga na… głowy!

Ratusz, katedra, czyli nie ma ucieczki od zabytków…

Jak w temacie – spacerując po ścisłym centrum Gdańska nie da się nie wpaść na któryś z folderowych zabytków – zawsze jednak można spojrzeć na nie trochę inaczej, niż w pocztówkowy sposób – pluszowy mrówkojad może być w tym przypadku całkiem przydatny :).

Cała Polska w cieniu Euro…

Skoro jesteśmy w Gdańsku, a za parę dni zaczyna się największa sportowa impreza w ponowoczesnej historii Polski, to trudno nie odwiedzić miejsca, w którym znajduje się jedno z epicentrów całego tego piłkarskiego zamieszania – znajdującej się jakby trochę na uboczu miasta PGE Areny Gdańsk – jednego z czterech stadionów, na których rozgrywane będą mecze nadchodzących mistrzostw w Polsce.
Co prawda kibice piłkarscy z nas wątpliwi (nie ma to jak koszykówka!), ale w celach, powiedzmy, poznawczych zawsze można się temu całemu zamieszaniu przyjrzeć.
Poza tym gdańska arena piłkarskich zdarzeń to z architektonicznego punktu widzenia prawdziwa perełka i chyba najładniejszy obecnie stadion w Polsce:

Budowę stadionu rozpoczęto w 2009 roku, a ukończono w 2011 roku. Cała inwestycja kosztowała 775 mln zł brutto! Za tę sumę dałoby się nie tylko zbudować wrocławskie Afrykarium, ale to, co by nam zostało, starczyłoby na wszystkie planowane inwestycje pozostałych 11 ogrodów na następne pięć lat…

Tak dla porównania…

Pojemność stadionu wynosi 43 615 miejsc. Bryła obiektu ma 236 m długości, 203 m szerokości i 45 m wysokości!

Fasada pokryta jest 18 000 płytek z poliwęglanu w 6 odcieniach, o łącznej powierzchni 4,5 ha.

Podczas Euro na stadionie zostaną rozegrane cztery mecze – trzy spotkania Hiszpanów w fazie grupowej (z Włochami, Irlandią i Chorwacją) oraz jeden mecz ćwierćfinałowy.

Chociaż sam stadion jest już od dawna gotowy, to w jego okolicy cały czas trwają jakieś prace – i trwać będą pewnie do pierwszego gwizdka w pierwszym meczu. Niemniej takie widoki jak ten zawsze robią wrażenie:

Niemcy w Oliwie, czyli weź łąkę, ale oddaj łąkę!

Jeśli już jesteśmy w Gdańsku i mówimy o Euro, nie da się nie odwiedzić przy okazji okolic oliwskiego zoo, które w najbliższym czasie (jak długim, to się okaże) staną się niezwykle ciekawym terenem tak dla miłośników zwierząt, jak i fanów piłki nożnej – bowiem w znajdującym się na tyłach zoo Dworze Oliwskim zamieszkała przedwczoraj reprezentacja Niemiec, która będzie trenować na znajdującym się za bramą zoo boisku.
Skoro tak, to jedziemy zobaczyć, jak to tam wygląda na miejscu.

U góry zaczyna się zoo, a obok Drogi Filozofów znajduje się Dwór Oliwski i boiska treningowe

Spod stadionu jedziemy do Oliwy, która na czas mistrzostw kojarzona będzie pewnie bardziej z mieszkającymi tam niemieckimi piłkarzami, niż ogrodem zoologicznym.
Reprezentacja Niemiec przyleciała do Gdańska najnowszym Boeingiem 747-8 – najdłuższym samolotem świata. Z lotniska piłkarze udali się do Dworu Oliwskiego, który już od niedzieli był pilnie strzeżony przez ochroniarzy i nie było możliwości zbliżyć się do niego na więcej niż kilkadziesiąt metrów.

Dla nas żadna strata – i tak mieliśmy wielką frajdę z tego, że do Dworu dociera się ulicą o nazwie… Droga Filozofów, co w kontekście naszych wcześniejszych poszukiwań tropów Schopenhauera nabiera szczególnego znaczenia.
Mamy tylko nadzieję, że sztab niemieckiej reprezentacji będzie miał na uwadze takie znaki:

Mogliśmy za to dotrzeć do znajdującego się nieco dalej boiska z wyjątkowo wysokiej jakości murawą, które zbudowano specjalne z okazji Euro. Ma ono służyć przede wszystkim rozgrzewce przed treningami, na które piłkarze będą jeździć z Oliwy na stadion przy ulicy Traugutta.

Boisko rozgrzewkowe w Oliwie

Co ciekawe, boisko to zostało zbudowane na… terenach rozwojowych należących do oliwskiego zoo. Miasto zdecydowało się przeznaczyć je na boisko treningowe dla Niemców, którym bardzo zależało, aby móc potrenować w bezpośrednim sąsiedztwie Dworu Oliwskiego, w którym mieszkają.
Zoo straciło więc kawałek ziemi, w zamian dostało jednak… znacznie większy teren dosłownie kilka metrów obok – po drugiej stronie ulicy:

W dodatku teren znacznie większy, bo o powierzchni 0,4 ha. Niezły deal :).

A żeby było ciekawiej, kilka metrów od boiska, na którym trenować będą niemieccy piłkarze, znajduje się mur oliwskiego zoo – a za nim mamy wybieg sawanny afrykańskiej i „pole piknikowe”:

Plac piknikowy w oliwskim zoo

Czy niemieccy piłkarze wybiorą się na spacer do zoo, do którego mają dosłownie parę metrów? Kto wie, zawsze będą mogli pooglądać zwierzaki przez płot – widać stąd praktycznie cały region sawanny afrykańskiej.
A nam przy okazji przyszedł do głowy pomysł na artykuł pt. „Zoo zza płotu” – czyli co można zobaczyć w polskich ogrodach zoologicznych nawet do nich nie wchodząc…

Sopot, czyli kosz, molo i wino z Kińskim…

Spod zoo ruszamy do Sopotu wraz z naszym towarzyszem, Markiem – pora ustalić plany wakacyjnych wojaży, a Sopot to ponoć idealne miejsce na wszelkiego typu spotkania.
Uprzedzamy tylko – jeśli zdarzy Wam się zajść do „Zatoki Sztuki”, ładnie urządzonej restauracji nad samym brzegiem zatoki musicie się liczyć z tym, że na kawę trochę poczekacie (no chyba, że to tylko my mieliśmy takiego pecha, albo kelner wybitnie nie miał dnia…). Plus, że do morza (zatoki) jest ledwie parę kroków:

a i do molo niewiele dalej:

Sopockie molo „od spodu”

Samo miasto zaś bardziej niż Euro żyje rozgrywającym się właśnie finałem Mistrzostw Polski w koszykówce mężczyzn, w którym sopocki Trefl gra z gdyńskim Asseco Prokomem.

Z lewej kosz, z prawej noga…

Nasz czas w Trójmieście tymczasem dobiega końca, wpadamy więc jeszcze na chwilę do niezwykle klimatycznej knajpki – Pub Galeria Kinski, która znajduje się w domu, w którym 18 października 1926 roku urodził się Klaus Kinski – niemiecki aktor, który wystąpił w ogromnej liczbie filmów, z których do najbardziej znanych należą Nosferatu wampir czy Doktor Żywago. Co prawda w samym Sopocie Kinski mieszkał tylko rok – a więc jeszcze krócej niż Schopenhauer w Gdańsku – ale doczekał się przynajmniej niezłej knajpki w swoim dawnym domu – na ścianie za barem można zobaczyć malowidło z postaciami, jakie odgrywał w różnych filmach aktor:

„Schopenhauer Pub”? Dlaczego nie…

Pociąg powrotny do Koszalina spóźnił się tylko 10 minut i tylko kolejnych 10 minut stał sobie nadprogramowo w Gdyni, dzięki czemu do domu wróciliśmy jeszcze przed północą. Po drodze spotkaliśmy jeszcze ludzi przeszukujących siedzenia w przedziale w poszukiwaniu drobnych, wymyśliliśmy parę nowych tekstów na stronę i usłyszeliśmy kilka ciekawych historii z sąsiedniego przedziału, ale… to już zupełnie inna opowieść.
Tyle na dziś – a do tematu Euro jeszcze wrócimy. Podobnie jak do Schopenhauera i innych filozofów, bo skoro w wakacje wybieramy się do Kaliningradu to zaglądając do zoo nie da się nie natknąć na wszechobecnego w dawnym Królewcu Immanuela Kanta…

Reklamy

One comment on “Euro, Schopenhauer i słonie na murze – dzień z Mrówkojadem w Gdańsku i Sopocie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s