Wielkanoc z Mrówkojadem, czyli wielka wyprawa do wrocławskiego zoo!

Gdy tylko padło hasło, że tegoroczną Wielkanoc chcielibyśmy spędzić poza domem i inaczej niż zwykle, od razu przyszło nam do głowy, że świetnym pomysłem może być spędzenie tego czasu w zoo. Jak wymyśliliśmy, tak też zrobiliśmy, zostało tylko zdecydować, do którego zoo chcielibyśmy pojechać.
Jako że od naszej ostatniej wizyty na Dolnym Śląsku minął już prawie rok, wybór padł na Wrocław, który obok Gdańska jest naszym ulubionym wypadowym miastem w Polsce.
Nasza pięciodniowa w sumie wyprawa do wrocławskiego zoo nie byłaby oczywiście możliwa gdyby nie zaproszenie dyrektora zoo, Pana Radosława Ratajszczaka, któremu w tym miejscu raz jeszcze serdecznie dziękujemy!
A co zobaczyliśmy, kogo spotkaliśmy, czego się dowiedzieliśmy i co tam w ogóle słychać we Wrocławiu, postaramy się Wam opowiedzieć w cyklu artykułów poświęconych wrocławskiemu zoo.
Dziś część pierwsza, w której opowiemy, jak jeździ się meleksem po zoo, kto mieszkał pod naszym tapczanem i co w akwarium robiły pisanki…
Zapraszamy do lektury!

Kierunek: Wrocław!

O ile podczas naszej ubiegłorocznej wyprawy na Dolny Śląsk – przy okazji majówki – naszą bazą docelową było Opole, z którego przy okazji wpadliśmy do Wrocławia, to tym razem sytuacja przedstawiała się odwrotnie.
Wrocław mieliśmy odwiedzić już po raz siódmy – zoo po raz piąty i to na przestrzeni niespełna czterech lat.
Na tegoroczną wyprawę czekaliśmy szczególnie mocno, bowiem od naszej ostatniej większej wyprawy zoologicznej minęły już ponad dwa miesiące, kiedy to na ferie zimowe wybraliśmy się do Oliwy (i przy okazji Torunia).
Gdy nastał czwartkowy ranek, 5 kwietnia, zapakowaliśmy Tadzia i niezbędny ekwipunek i ruszyliśmy w drogę…
Bardzo długą drogę…

Z Koszalina do Wrocławia, a potem jeszcze do Opola

Raptem 500 km. Dokładnie tyle!
Wyruszamy w czwartek z samego rana, dlatego już przed piątą budzimy naszego pluszowego towarzysza, żeby na 6.20 być na dworcu PKP w Koszalinie. O dziwo, podróż mija nam bez większych rewelacji – do Poznania głównie śpimy (dobytku pilnuje Tadeusz), potem zwiedzamy przez szybę, aż docieramy do Wrocławia. Jest mniej więcej 14.00.
Problemy zaczynają się dopiero w samym Wrocławiu, bo przez dobre pół godziny próbujemy wydostać się z dworca – jeszcze nie wiemy, że względnie blisko jest przystanek autobusowy, skąd dojechalibyśmy pod sam ogród, dlatego przedzieramy się przez rozkopane tereny dworcowe, żeby dotrzeć na przystanek tramwaju nr 2, którym zwykle jeździliśmy do zoo.
Jak się później okaże, niepotrzebnie tylko nadrabiamy drogi, ale wtedy jeszcze o tym nie wiemy…
Do zoo docieramy przed 15.00 – mijamy jeszcze tylko Most Zwierzyniecki:

Most Zwierzyniecki – znak, że zoo już tuż tuż

i już widać mur wrocławskiego zoo:

Mur wokół wrocławskiego zoo

Po zoo na czterech kółkach

Meldujemy się na portierni, gdzie dostajemy klucze do pokoju gościnnego – tego samego, w którym mieliśmy przyjemność gościć podczas naszej wizyty w 2010 roku.
Tuż za bramą natrafiamy na fantastyczny samochód transportowy wrocławskiego zoo – jeden z najciekawszych tego typu pojazdów w Polsce:

I z drugiej strony – ten wypatrzyliśmy obok Akwarium

To nim właśnie do zoo przyjeżdżają zwierzaki z innych ogrodów. My jednak na przejażdżkę po zoo wybierzemy się nieco innym pojazdem – oto bowiem już po chwili spotykamy się z samym Panem Dyrektorem, Radosławem Ratajszczakiem, który zabiera nas na małą wycieczkę po ogrodzie:
Jak się okaże, taki melex to niezwykle praktyczny i zwrotny pojazd – da się nim dojechać praktycznie wszędzie!
Podczas niespełna godzinnej przejażdżki – objechaliśmy praktycznie całe zoo! – Pan Dyrektor opowiada nam o tym, co wydarzyło się w ogrodzie podczas minionego roku, co dzieje się obecnie, a co dopiero się wydarzy. Niesamowite jest to, że na każdym z tych etapów czasowych wiadomości jest mnóstwo.
Choć od naszej ostatniej wizyty minęło niespełna 11 miesięcy, tu zmieniło się naprawdę dużo – przyjechało sporo nowych zwierząt, powstało kilka obiektów, kilka kolejnych zmodernizowano, rozpoczęto też prace nad następnymi. My przyjechaliśmy akurat w momencie, gdy w zoo pełną parę ruszyły prace nad Afrykarium i wybiegiem nosorożców, a wybiegi dla rysi i żbików były już praktycznie gotowe. Tym samym zoo przypominało wielki plac budowy i nie do wszystkich miejsc dało się dojść.

Oby więcej takich utrudnień!
O wszelkich trwających i planowanych inwestycjach – podobnie jak o nowych transportach i narodzinach – napiszemy jednak w kolejnych częściach naszej relacji, dziś natomiast opowiemy Wam, jak minął nam sam pobyt w zoo.
A ten był naprawdę fantastyczny!

Po objechaniu całego zoo i zapoznaniu się z obecnie panującą w nim sytuacją (czyli gdzie zaglądać można, a gdzie nie, kto się urodził, kto przyjechał, co się buduje i jakie są plany) postanawiamy jeszcze wybrać się na chwilę do centrum – nie po to jednak, żeby pozwiedzać (jest już po 17.00, a my jesteśmy już trochę zmęczeni), a po to, aby zrobić zapasy – święta dla turystów mieszkających w zoo to okres niesprzyjający o tyle, że problemy z zaopatrzeniem mogą się okazać co najmniej kłopotliwe :).
Z miasta wracamy więc już wieczorem, targając ze sobą zapasy na następne cztery dni – piątek bowiem będziemy chcieli spędzić w całości w zoo, w sobotę ruszamy do Opola, a w niedzielę i poniedziałek nic przecież nie kupimy, bo wszystkie sklepy będą pozamykane. Nasz plan wydaje się być wyjątkowo przemyślany, ale jak się okaże i tak będzie wymagał poprawek…

Zdjęcie zrobiliśmy w niedzielę, pytanie brzmi zatem – to jak w końcu czynny jest ten sklep?

Jeśli dziś piątek, to jesteśmy w zoo

Jak zawsze na takiej wyprawie obiecujemy sobie, że wstaniemy skoro świt i wybierzemy się na wczesnoporanne zwiedzanie. Rzeczywistość, na którą wpływ ma odbyta dzień wcześniej ośmiogodzinna podróż i moc czwartkowych wrażeń, redukuje jednak ten pomysł i budzimy się mocno po ósmej, z wyjątkowo wczesnego zwiedzania – przynajmniej tego dnia – nic zatem nie wychodzi.
Wpływ na to ma zapewne także fakt, iż we wrocławskim zoo śpi się doskonale – to pewnie ten mikroklimat, w dodatku nasz pokój znajduje się w pawilonie terrarium, a za ścianą mamy… motylarnię!
Jeszcze tylko krokodyla pod tapczanem brakuje :).

Ostatecznie wychodzimy przed dziesiątą i udajemy się na mały spacer „rozpoznawczy”.

Tadziu z aparatem – tak, to On robi większość zdjęć (prócz tych, na których sam jest, oczywiście)

Na godzinę 11.00 jesteśmy umówieni z Panem Dyrektorem, który poświęca nam jeszcze trochę czasu, żeby rozwinąć wczorajszą opowieść o wrocławskim zoo. Tematem nr 1 jest oczywiście powstające za oknem Afrykarium oraz przyszłość wrocławskiego zoo – a ta rysuje się wyjątkowo efektownie. Zaglądamy także na zaplecza w terrarium, gdzie mieszkają zwierzaki, które nie trafiły jeszcze na ekspozycję oraz najmłodsze przychówki wśród płazów, gadów i bezkręgowców.
Gdy wychodzimy od Pana Dyrektora, zupełnie przypadkiem (czy aby na pewno? :)) spotykamy Pana Leszka Solskiego, z którym wybieramy się później na mały spacer po zoo. Będzie okazja, żeby porozmawiać nie tylko o Afrykarium (o którym w totalnie rozkopanym zoo nie da się nie rozmawiać), ale także pozdrowić wrocławskie miśki z leśnego wybiegu:

Obiecaliśmy, że pomachamy (w imieniu tych, którzy do Wrocławia przyjechać nie mogli), to pomachaliśmy! (fot. m…k)

Tu też spotykamy się z Michałem (znanym jako m…k), z którym następnie przemierzymy wzdłuż i wszerz całe (tak, CAŁE!) zoo. Przynajmniej raz :).
Na szczęście pogoda jest całkiem ładna (choć nie aż tak, jak sugerowały przedświąteczne prognozy), a w zoo czuć już wiosnę:
Co ciekawe, zwierzaki spotykamy nie tylko na wybiegach:
ale zaglądamy praktycznie wszędzie (gdzie wolno, oczywiście!), jak choćby do mrówników:

Czyżby czaiło się tam coś strasznego?

czy – po raz pierwszy! – do lwów!

Przy wybiegu lwów – z cyklu Tadziu i jego fani 🙂

Później jeszcze dołącza do nas Wojtek (autor tekstu o zmianach we wrocławskim zoo w latach 2007-2012) i całą grupą będziemy dalej łazikować po zoo.
Oczywiście mając uszy i oczy szeroko otwarte – niebezpieczeństwo trafienia czai się bowiem wszędzie… :).

Uwaga, czaple!

Po kilku godzinach, podczas których odwiedzamy wszystkie zwierzaki w zoo, postanawiamy jeszcze zwiedzić nieco okolicę zoo i przy okazji znaleźć jeszcze jakiś sklep (uznaliśmy bowiem, że warto jeszcze nieco uzupełnić zapasy:)).
Wychodzimy zatem przez pięknie odrestaurowaną Bramę Japońską (zdajemy sobie właśnie sprawę, że przechodzimy przez nią dopiero pierwszy raz!):

Brama Japońska

Mijamy „rowerowe niedźwiedzie”:
i idziemy wzdłuż odrestaurowanego przed rokiem muru okalającego zoo:
To okazja – dla nas pierwsza! – żeby przyjrzeć się zoo „zza płotu”: świetnie widać stąd zarówno wybieg niedźwiedzi czy nowy wybieg żbików i rysi, ale także zaplecza zoo, zamieszkiwane przez wiele zwierząt.
W ten sposób obchodzimy praktycznie całe zoo, ostatnim przystankiem naszego spaceru (po drodze robimy zakupy i żegnamy się z towarzyszącym nam Michałem) jest imponująca Hala Stulecia:

Hala Stulecia

Swoją drogą Hala Stulecia (chcieliśmy ją zwiedzić, ale – niestety – była zamknięta) to obiekt, który widoczny jest z bardzo wielu różnych miejsc zoo – i komponuje się z ogrodem naprawdę nieźle:
Gdy wróciliśmy do zoo, byliśmy już tak padnięci, ze zrezygnowaliśmy z jakiejkolwiek aktywności i postanowiliśmy odpocząć w naszym pokoju w terrarium, tym bardziej, że w sobotę z samego rana czekała nas wyprawa do Opola…

Śpiąca tamandua, rosomak, którego nie było i kawa z ZOOrro

O naszej wyprawie do Opola opowiedzieliśmy Wam już przed tygodniem, dlatego teraz nie będziemy już do niej wracać.
Powiemy tylko, że po powrocie do Wrocławia mieliśmy siłę tylko na to, żeby pójść spać – wszak czekała nas jeszcze cała niedziela!

Kotiki, słonie i krasnale

Niedziela wita nas słońcem i… solidnym chłodem: termometr za wybiegiem kotików wskazuje jedynie 4 stopnie…

Zaczynamy od porannego obchodu, podczas którego odwiedzamy nasze ulubione miejsca w zoo – z samego rana jesteśmy jedynymi osobami w zoo (oczywiście oprócz nielicznych i tak pracowników).
Na dłużej zatrzymujemy się przy basenie kotików afrykańskich, gdzie gości akurat ekipa TVN 24:
Zwierzaki są w świetnej formie i ochoczo popisują się przed kamerą – zresztą do materiału telewizyjnego załapaliśmy się chyba nawet i my – jako jedyni obserwatorzy pierwszego porannego treningu :).
Później mamy przyjemność spotkać się z Panem Pawłem Boreckim, opiekunem wrocławskich kotików, który opowiada nam o swojej pracy i objaśnia, jak funkcjonuje basen kotików. Przyznajemy, że brzmi to naprawdę kosmicznie!
Później – wspólnie – udajemy się jeszcze na mały spacer po ogrodzie i ponownie spotykamy ekipę z TVN 24, która tym razem nagrywa trening słoni:

Później jeszcze chwilę kręcimy się po zoo i resztę dnia postanawiamy spędzić na mieście – to ostatnia okazja, żeby choć trochę pozwiedzać, poza tym tak się składa, że akurat tego dnia – w niedzielę (w dodatku Wielkanocną!), 8 kwietnia – urodziny obchodzi „młodsza” połowa Redakcji :).
Najwięcej uciechy i tak ma podczas zwiedzania nasz pluszowy towarzysz, który z uwagą tropi rozsiane w centrum krasnale – tym bardziej, że od naszej ostatniej wizyty pojawiło się kilka nowych (lub takich, z którymi Tadziu zdjęcia jeszcze nie miał):
Przy ul. Szewskiej znajdujemy także taką oto dziwną rzeźbę:
To żeliwna rzeźba autorstwa Zbigniewa Frączkiewicza, przedstawiająca wieloelementową rzeźbę – konia z torsem jeźdźca oraz dodatkowymi, końskimi nogami. Obok rzeźby na ławce siedzi grupka wrocławskich spacerowiczów, którzy z uśmiechem patrzą na pozującego Tadeusza.
Do zoo docieramy późnym popołudniem – choć zmęczeni, decydujemy się jeszcze na krótki spacer po zoo, a wieczór dzielimy między świętowanie urodzin, a pakowanie – w poniedziałek wszak wracamy do domu…

Święto Jaja, wielkanocne śniadanie i Tadeusz szuka prezentów!

Od 5 do 10 kwietnia – czyli podczas całego naszego pobytu – we wrocławskim zoo trwało Święto Jaja. Z tej okazji całe zoo zostało przyozdobione rozmaitymi „jajecznymi” motywami.
Pisanki można było znaleźć dosłownie wszędzie:

Przy tabliczkach, jak choćby u pand

W Akwarium…

Tak, w akwarium…

Prawdziwym hitem był natomiast znajdujący się w pawilonie ptaszarni inkubator z pisklakami:

oraz znajdująca się nieopodal wystawa jaj różnych gatunków zwierząt:
Można tu było zobaczyć m.in. jaja krokodyla nilowego, kajmana, zaskrońca, różnych gatunków żółwi i ptaków, w tym strusiowatych:

Z numerem 6 – jaja emu

O ile pisanki, jaja i kurczaki można było oglądać przez kilka dni, o tyle najsympatyczniejsza – i najsłodsza! – część obchodów Święta Jaja miała miejsce w poniedziałek. Oto bowiem – jak czytamy na stronie wrocławskiego zoo – „Julian w przebraniu zajączka ukrył w pawilonach słodkości.”
Jako, że w poniedziałkowy ranek mieliśmy jeszcze dość czasu, żeby wybrać się na ostatni spacer po zoo i pożegnać się ze wszystkimi zwierzakami, też postanowiliśmy poszukać pozostawionych przez Juliana-zajączka słodkości.
A właściwie to szukał Tadziu, bo nam to już chyba do końca nie wypadało :).
Jak się okazało, znalezienie słodkich paczuszek nie było trudne – Tadziu wywęszył je w kilku pawilonach (zwłaszcza w Terrarium) całe mnóstwo, ale żeby nie być zbyt zachłannym i dać szansę innym – zwłaszcza dzieciom – zabrał sobie tylko jedno (no, i po jednym dla nas:)).

Znalazłem! Znalazłem!

Jak się później okazało, ta słodka paczuszka bardzo przydała nam się podczas powrotnej podróży pociągiem (trudno sobie coś kupić „na drogę” w świątęczny poniedziałek, a większość zapasów zjedliśmy wcześniej…), tym bardziej, że nasze wielkanocne śniadanie w tym roku wyglądało tak:
Ale nie zamienilibyśmy go na żadne inne – dobrych śniadań na Wielkanoc mieliśmy do tej pory wiele – a takiej wyprawy jak ta – jeszcze nigdy :).
Droga powrotna do domu minęła nam – o dziwo! – znów bez większych niespodzianek, a kłopoty zaczęły się dopiero, gdy dojechaliśmy do Koszalina, ale… to już inna historia.
Tyle na dziś – a najbliższy tydzień będzie na Mrówkojadzie takim trochę wrocławskim tygodniem, postaramy się bowiem w cyklu kilku tekstów zaprezentować Wam „Spacerownik po wrocławskim zoo”, w którym szerzej opowiemy o najciekawszych miejscach we wrocławskim zoo, które odwiedziliśmy podczas naszego kilkudniowego pobytu w ogrodzie, oraz opowiemy nieco o tym, co się w zoo buduje, co się zbuduje, kto przyjechał, a kto dopiero przyjedzie i zdradzimy jeszcze kilka tajemnic…

(A już teraz możecie zobaczyć galerię zdjęć z naszej wizyty we wrocławskim zoo!).

Reklamy

4 comments on “Wielkanoc z Mrówkojadem, czyli wielka wyprawa do wrocławskiego zoo!

  1. Dzięki za artykuł! Jak zwykle ciekawie się czyta. Troche mało w nim informacji, ale skoro to taki wstęp do całego cyklu to bardzo dobrze.

    • To tylko zapowiedź, w której chcieliśmy bardzo ogólnie opisać naszą wyprawę. Kilka razy wszak zaznaczaliśmy, że tylko o to chodzi, a szczegółami zajmiemy się w kolejnych tekstach.

  2. Wstęp, ale za to jaki! Ciekawe wprowadzenie, super zdjęcia oraz całkiem fajna dawka humoru. Pozytywnie! No i czekam z niecierpliwością na cały cykl 😉 Wchodziłem na Waszą stronkę co kilka godzin, czekając aż pojawi się artykuł o Wrocławiu. Zapowiada się interesujący tydzień!

    PS Super śniadanie wielkanocne! Ja widzi się coś takiego, to od razu wyczuwa się atmosferę przygody, jakiegoś wyjazdu 😀 Pozdrawiam!

    • 🙂
      Tak się długo zbieraliśmy do tego tekstu (a wiadomo, im dalej od wyprawy, tym trudniej się pisze), że musieliśmy znaleźć jakiś koncept na relację i wyszło, jak wyszło :). A że cała wyprawa była wyjątkowo na wesoło, to i sama relacja musiała taka być.
      Tydzień zapowiada się wyjątkowo interesująco, bo teksty o Wrocławiu przetykane będą innymi, m.in. relacją Michała z Zamościa (już jutro!).

      A odnośnie do śniadania – to było najuboższe i w pewnym sensie najlepsze wielkanocne śniadanie, jakie mieliśmy. Doskonale – jak to napisałeś – oddało klimat przygody i wyprawy :).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s