Kinoteka Mrówkojada – recenzja „Kupiliśmy zoo”

Cameron Crowe, poza tym, że jest reżyserem świetnego „Vanilla Sky”, przyzwyczaił nas raczej do filmów przeciętnych, trochę wyciskaczy łez kręconych ku pokrzepieniu serc, jak „Jerry Maguire” czy „Elizabethtown”. Niestety, nie odchodzi od tego schematu w swoim najnowszym filmie zatytułowanym „Kupiliśmy zoo”, ekranizacji bestsellerowej powieści opartej na autentycznych wydarzeniach.

Benjamin Mee (Matt Damon) jest wdowcem koło czterdziestki. Jego ukochana żona zmarła, zostawiając go samego z dwójką dzieci – kilkuletnią córką i nastoletnim synem, z którym nie może się dogadać. Żeby zmienić coś w życiu swoim i dzieci, Mee postanawia wyprowadzić się do posiadłości, która połączona jest z podupadającym ogrodem zoologicznym. Benjamin nie ma pojęcia o zarządzaniu zoo, jak jednak powszechnie wiadomo – w takich filmach nic nie może skończyć się źle.  Z pomocą uroczej Kelly Foster (Scarlett Johansson) i całej ekipy pracowników ogrodu (składającej się z różnych, jak to w tego typu filmach bywa, typów charakterologicznych, wyjątkowo płasko zarysowanych, niestety) bohater będzie sobie radził z odbudowywaniem świetności ogrodu, śmiercią zwierząt, ale także z układaniem sobie życia na nowo.

Prawdopodobnie reżyserowi chodziło o to, żeby stworzyć film ciepły, wzruszający, rodzinny – i udało mu się to o tyle, że „Kupiliśmy zoo” bez żenady można by puszczać w niedzielnym paśmie kina familijnego na Polsacie, bo na hit kasowy i arcydzieło film ten się raczej nie nadaje. I owszem, nie oczekujemy od Camerona Crowe’a arcydzieł, ale chociaż filmów przyzwoitych. „Kupiliśmy zoo” obejrzeliśmy głównie ze względu na fakt, że akcja dzieje się w dużej mierze w zoo (to już drugi film z 2011 roku, w którym dość obszernie pojawia się motyw ogrodu zoologicznego – pierwszym była „Heca w zoo”, o której już pisaliśmy…). Nie oczekiwaliśmy wielkiego kina. Otrzymaliśmy kino przeciętne.

W filmie nie ma tak naprawdę nic, czego byśmy nie widzieli w dziesiątkach innych produkcji, bowiem samo zoo jest tu tylko tłem – głównym wątkiem jest wszak próba poradzenia sobie przez Benjamina z życiem, w którym zabrakło ukochanej, a spieranie się z masą problemów wychowawczych (niepokorny syn) czy ekonomiczno-gospodarczych (jak zarządzać ogrodem zoologicznym)- to tylko dodatki do głównego wątku. Niestety, film jest w wielu miejscach zwyczajnie nudny, trwa ponad dwie godziny i zupełnie nie wykorzystuje tego czasu, miejscami wlokąc się straszliwie. Co więcej – od początku wiemy, że film skończy się dobrze, a skoro gra w nim Scarlett Johansson, domyślamy się też, że to dobre zakończenie będzie się wiązało z osobą jej bohaterki. Cóż, tu nie podpowiemy – Crowe daje nam pewne sygnały, Mee bowiem cały czas bardzo kocha swoją żonę, ale i tak możemy się domyślać, jak akcja potoczy się dalej. Granie na emocjach tak naprawdę ciągnie się w filmie od pierwszej do ostatniej sceny, cóż – film ma przede wszystkim wzruszać i pokazywać, że warto dbać o piękno życia i pielęgnować swoje marzenia. A wszystko w płaczliwo-słodkim sosie (my się trochę powzruszamy, bardziej wrażliwi pochlipią, ale i tak wszystko skończy się dobrze (tutaj polecamy „Przetrwanie” z Liamem Neesonem – tez może Wam się zdarzyć pochlipać, ale co do reszty – wcale nie bylibyśmy tacy pewni…).

Matta Damona widzieliśmy w kilku lepszych rolach (jak choćby w „Utalentowanym panu Ripley’u”), grywał też już podobne postacie („Medium” czy „Contagion”) i  – jeśli chodzi o kino tego typu – „Kupiliśmy zoo” zdecydowanie nie jest jego najlepszym filmem.  Gra ciągle tak samo, choć stara się, jak może. Trochę lepiej udaje się to Johansson, która gra zwykłą, przeciętną dziewczynę mieszkającą z matką i 90% swojego życia oddającą zwierzętom. I choć może nas to z pozoru nie przekonywać, wypada całkiem nieźle.

Co do samych zwierzaków, to – wbrew pozorom – nie ma ich w filmie zbyt wiele. Jak już wspomnieliśmy, samo zoo, w którym mieszka główny bohater z rodziną, jest raczej tłem do ukazania innej problematyki. Warto jednak popatrzeć na dwa najważniejsze zwierzaki – głównymi bohaterami są tu niedźwiedź i tygrys, ale pojawia się także binturong, jeżozwierz, pawie i moc innych. Mają na pewno tę dużą przewagę nad wieloma „zwierzęcymi” filmami, że są autentyczne – nie uderza w ich przypadku kuriozalna animacja.

Na uwagę zasługuje też muzyka, której autorem jest Jonsi – lider islandzkiej grupy Sigur Ros. Choć smętna i miejscami drażniąca, zapada w pamięć i z perspektywy czasu pozostawia raczej dobre wrażenie.

Jeśli mielibyśmy napisać, czy ten film polecamy, czy nie polecamy, to raczej skłonilibyśmy się ku tej drugiej opcji choć z zaznaczeniem, że film nie był zły – był raczej bardzo przeciętny i nudnawy, ot, klasyczny melodramat z elementami komedii i dobrym zakończeniem. Jeśli chcecie popatrzeć na zwierzaki – idźcie do zoo, tam zobaczycie ich więcej. Jeśli jednak chcecie się powzruszać i przy okazji zobaczyć trochę zwierzaków – „Kupiliśmy zoo” może spełnić Wasze oczekiwania całkiem nieźle.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s