Koniec roku w Nowym Zoo – fotorelacja z grudniowej wyprawy do Poznania

2011 rok już za nami, dziś jednak zapraszamy Was na relację z naszej ostatniej w minionym roku wyprawy zoologicznej – tak się bowiem składa, że wracając ze świątecznej wyprawy do Wielkopolski udało nam się znaleźć chwilę czasu, aby w drodze powrotnej zajrzeć do Nowego Zoo i – podobnie jak w ostatnich dniach 2010 roku – pożegnać rok wraz z jego mieszkańcami.
A kogo spotkaliśmy, możecie przeczytać poniżej – od razu jednak uprzedzamy: od naszej listopadowej wizyty nad Maltą wiele się nie zmieniło…

DROGA DO ZOO PRAWIE GOTOWA!

Do Poznania przyjeżdżamy wtorkowym rankiem – zostawiamy rzeczy w dworcowej przechowalni i tramwajem przedzieramy się przez wciąż rozkopane miasto na przystanek Krańcowa, skąd – tradycyjnie już – maszerujemy półtora kilometra do zoo (jak bowiem wiadomo – autobusu, kolejki czy jakiegokolwiek innego transportu o tej porze roku do zoo nie uświadczysz…).
Na szczęście trasa dojazdowa do zoo jest już prawie gotowa, dlatego też nie mamy większych problemów z dotarciem pod bramę zoo.
W zoo meldujemy się chwilę po jedenastej – jest całkiem ciepłe (!), grudniowe przedpołudnie, a przy kasie zoo – jak łatwo się domyślić – wielkich tłumów nie ma.
Co więcej – przez cały dzień spotkamy w zoo ledwie kilkadziesiąt osób, co jednak szczególnie nas nie dziwi – grudzień, nawet przy ładnej pogodzie, nie jest dobrym czasem dla Nowego Zoo…

Wejście do zoo - nowy baner już zamontowany!

Przy kasie wita nas choinka, nowy baner z napisem „ZOO” oraz… brak śniegu, który jeszcze kilka dni wcześniej przykrywał cały ogród. Szkoda, bo zaśnieżone zoo prezentuje się pięknie i tak właśnie wyglądało w ostatnich dniach 2010 roku. Teraz za to mamy iście jesienną scenerię.
Mamy dzień powszedni, za bilety płacimy zatem po 15 zł, nadal jednak uważamy, że przydałoby się wprowadzić (tak, jak zrobiono we Wrocławiu) zimową taryfę (np. 10 zł za bilet ulgowy, 15 zł za normalny) – wszak ogromnej ilości zwierząt na wybiegach nie zobaczymy, a – jak wiadomo – ilość pawilonów zimowych jest znikoma.
Nie marudzimy jednak, bo niewiele to da (choć kilka naszych wcześniejszych marudzeń – choćby permanentne krytykowanie nagrania z kolejki – przyniosło skutek!).
Aha – automat z moneciakiami już działa! 🙂

Pustki, pustki wszędzie…

Inaczej niż zwykle, zwiedzanie zaczynamy od lewej strony zoo, czyli rzędu tzw. wolier kuraków. Jak można się domyślić, większość ptaków przeniesiono do zimowiska przy Browarnej, kilka gatunków można jednak zobaczyć – zimno im niestraszne, bo w warunkach naturalnych żyją w jeszcze bardziej surowych warunkach…

Uszak siwy

Pusto także w strefie filipińskiej – w domku chowają się świnie wisajskie i jelenie Alfreda, za to jelenie baweańskie urządzały sobie harce całą grupą na wybiegu.
Nieco większy ruch w strefie fauny australijskiej – choć kangury siedzą w domku, to na wybiegu zobaczyć można obie pary ptaków – emu oraz kazuary.
Te pierwsze wspólnie, te drugie na oddzielnych wybiegach.

Emu

Kazuar

Kazuar

Kazuar

Im dalej – tym puściej. Nie ma sitatung, marabutów, tomi i bocianów, są za to dzioborożce abisyńskie (chowają się na tyłach wybiegu) i nosorożce:

Dino nadchodzi!

Dino na jednym wybiegu, Diuna na drugim - często jednak są łączone można więc mieć nadzieję, że jeszcze doczekamy się małego nosorożca w Poznaniu

Tego dnia jednak Dino zaczepiał nie Diunę, a... drzewo!

W dalszej części zoo ruch jest już większy – warto zajrzeć do żubrów:

Kto to taki?

Toż to żubr!

oraz do ptaków drapieżnych – te bowiem można zobaczyć prawie w komplecie:

Puszczyk mszarny

"Dekoracje" w wolierze sepów...

Albercik i inni

Niemal pełna obsada także w dziale ssaków drapieżnych, ale na szczególną aktywność zwierzaków nie ma co liczyć – większość wyleguje się na gałęziach lub półeczkach – jak choćby koty bengalskie, rysie czy żbiki:

Ryś - na nowy wybieg poczeka do wiosny...

Żbiki - w grupie cieplej

Chyba, że trafimy na porę jedzenia – a tak jest w przypadku skunksa Alberta, który wcina akurat wyjątkowo smakowicie wyglądające śniadanie:

Albercik przy śniadaniu

Niestety - partnerki Alberta znowu nie udało nam się zobaczyć, pierwszy raz jednak tak dobrze pokazał nam się sam Albert

Pięknie prezentują się także karakale:

Karakal turkmeński

rodzinka otocjonów – cały czas w komplecie:

Tata-otocjon

Jedna z młodych samiczek

... i druga

zwłaszcza zaś para kun żółtogardłych, która tak szaleje na wybiegu, że zrobienie im zdjęcia jest nie lada wyzwaniem – gdy już się jednak uda, efekt jest fantastyczny:

Kuna żółtogardła

Kuna żółtogardła

Kuna żółtogardła

Co ciekawe, woliera dla łasic syberyjskich, znajdująca się przy wolierach norki i perewiazki, jest już prawie zakończona i możliwe, że jeszcze tej zimy zamieszkają w niej dwie łasice, przebywające, póki co, na zapleczu.

Woliera dla łasic prawie gotowa

Woliera łasic syberyjskich

Oby łasice były widoczne częściej, niż sąsiadujące z nimi perewiazki

Słonie i tygrysy

Od wybiegów ssaków drapieżnych ruszamy w kierunku chatki tygrysów, idąc przejściem między stawami, gdzie spotykamy… jednonogą berniklę!

Bernikla kanadyjska jednonoga...

Kilka chwil później, ku naszemu zdumieniu, druga noga się pojawia!

W Syberyjskiej Chacie (tak bowiem nazywa się dom tygrysów) widok jak w sezonie – wszystkie tygrysy wylegują się w trawie w najlepsze i ani myślą choćby podreptać po wybiegu.
Nie ma śniegu, nie ma spacerów.

Tygrys śpi

Ocena sytuacji i... śpimy dalej!

Co innego słonie – wewnątrz słoniarni pusto, ale na wybiegu spaceruje sobie cała czwórka – Ninio, jak zwykle, schowany gdzieś za słoniarnią…

Linda i Yzick, a w tle kolejka

Kinga i Kizia jak zawsze trzymają się razem

Jak więc widać, Yzick cały czas pozostaje w Poznaniu i raczej już tej zimy nie wyjedzie, choć docelowo w tym roku powinien opuścić Poznań.

Kizia

Kizia majstruje trąbą przy ogrodzeniu

Kinga

Ostatnie dni Felice w Poznaniu…

Od słoni zawracamy i idziemy w stronę wybiegu Ameryki Południowej, mijając po drodze śpiące na drzewach ostronosy rude i skaczące po gałęziach czepiaki. Sam wybieg południowoamerykański zionie pustką – owszem, jest para nandu, ale tapiry i kapibary siedzą zamknięte w domku na tyłach wybiegu.
Z daleka udaje nam się natomiast dostrzec Felice, która, niestety, trzyma się tylko tylnej części swojego wybiegu i nie podchodzi bliżej nas. Szkoda, bo to już ostatnie nasze z nią spotkanie – za niecałe dwa tygodnie (12 stycznia) ostatecznie opuszcza Poznań i wyjeżdża do jednego z niemieckich ogrodów zoologicznych.

Felice

Rodzice – Eskado i Guapa – śpią sobie smacznie w domku. No cóż, wpadniemy do nich następnym razem!

„Słitaśny” orłosęp i maluchy w Dziecięcym Zoo

Idziemy dalej – mijamy opustoszałe wybiegi sawanny afrykańskiej (żyrafy siedzą w żyrafiarni, strusie i zebry są na tyłach wybiegu), puste wybiegi ptaków nad stawem (bociany i flamingi są już na zimowisku) i docieramy do woliery orłosępów.

Arturo

Tu natrafiamy na grupkę młodszych zwiedzających, od których dowiadujemy się, że „ale ten orzeł jest słitaśny”.
Hm, patrzymy i ni w ząb nie pasuje nam to określenie do efektownego samca orłosępa…

Słitaśny? Nigdy w życiu!

Samica Carmela – jakby trochę jaśniejsza niż ostatnio – też raczej zbyt słitaśna nie jest…

Carmela jak zwykle na tyłach woliery

Idziemy dalej – mijamy w większości puste wybiegi i woliery przy pawilonie zwierząt nocnych, basen fok i docieramy na przystanek początkowy kolejki – a że ta akurat stoi, decydujemy się na tradycyjną już przejażdżkę po zoo na koniec zwiedzania.
Co ciekawe, całą trasę przejeżdżamy jako jedyni – nikt nie wsiadł po drodze, nie miał więc też kto wysiąść. Dziwnie…

Po kursie kolejką zaglądamy jeszcze do dziecięcego zoo, gdzie w ostatnim czasie urodziło się kilka zwierzaków – dwie owieczki kameruńskie, urodzone 3 grudnia:

Młode owieczki kameruńskie

oraz urodzony 23 listopada osiołek Puchatek:

Puchatek

Puchatek z matką

Zaglądamy też do Bogusia, kucyka, którego swego czasu ponoć odrzucili pozostali członkowie stada („nie miał szczęścia do kobiet”, jak pisał o nim Fakt). „Dramat Bogusia” miał się już skończyć (ostatnio widzieliśmy go, jak zajadał się sianem wraz z innymi kucykami), my jednak zobaczyliśmy go stojącego na uboczu, podczas gdy reszta stada jadła akurat obiad w stajence.
Czyżby problemy wróciły?

Boguś wygląda na smutnego...

Oby nie! Na wszelki wypadek jednak Bogusia pocieszył sam Tadeusz!

Nie martw się Boguś!

A propos Tadeusza – ten pozwolił sobie na końcu na kilka żartów:

Udawanie papużki falistej...

Przejażdżka na kangurze...

i postanowił wreszcie zmierzyć się z żyrafą:

Oj, słabo, słabo...

My zaś zajrzeliśmy jeszcze do pawilonu zwierząt nocnych, tu jednak od ostatniej wizyty zmieniło się niewiele, w dodatku nasi nowi ulubieńcy – wielkomyszy filipińskie – nie były akurat skore do aktywności i ukrywały się w swoich budkach.
Trudno, może następnym razem będzie lepiej.
Z zoo wychodzimy po blisko czterech godzinach – całkiem nieźle, jak na fakt, iż blisko połowy zwierząt nie było na wybiegach, a my tej jesieni bywaliśmy w Nowym Zoo wyjątkowo często.
Następna wizyta pewnie dopiero wczesną wiosną, na zimę mamy bowiem nieco inne plany…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s