„Zoo w prezencie” – historii poznanskiego zoo w odcinkach część I

Działo się to dokładnie 140 lat temu, w roku 1871 roku – Poznań był wówczas stolicą nowoutworzonej prowincji poznańskiej, powstałej na bazie dawnego Wielkiego Księstwa Poznańskiego. W tym samym roku doszło do zjednoczenia Niemiec, co w znaczącym stopniu przyczyniło się do nasilenia germanizacji – jej skutki odczuwalne były w Poznaniu bardzo mocno (powstawały antypolskie organizacje  – np. Hakata – i działała komisja kolonizacyjna).
Poznań liczył w tym czasie około 60 tys. mieszkańców, był więc miastem stosunkowo niedużym – dla porównania Wrocław miał wtedy 208 tys. mieszkańców, a Lipsk ponad 100 tysięcy – ale odgrywającym bardzo ważną rolę, jako ośrodek komunikacyjny i kluczowa twierdza poligonalna Rzeszy – w Poznaniu w tym czasie trwały bowiem bardzo zaawansowane prace nad Twierdzą Poznań – wielkim systemem fortyfikacji miejskich, budowanych od początku XIX wieku.
W 1871 roku Poznań był już potężną twierdzą:

Poznań w 1871 roku (Plan der Stadtbefestigung von Posen 1871)

Granice miasta wyznaczał wówczas system obwarowań miejskich, w skład których wchodziły też bramy miejskie – jedną z nich była Brama Berlińska, będąca główną bramą prowadzącą na zachód. Znajdowała się ona na skrzyżowaniu obecnych ulic  Święty Marcin i Kościuszki. Odgrywała ona bardzo ważną rolę, przez nią bowiem wychodziły drogi na Berlin, Głogów i do dworca kolejowego na Jeżycach, który znajdował się jakiś kilometr za bramą.

Brama Berlińska od strony zachodniej (fotografia z końca XIXw., Wikipedia)

Ów dworzec był dworcem Kolei Stargardzko-Poznańskiej, z którego 10 sierpnia 1848 roku wyruszył pierwszy pociąg kolei żelaznej przez Krzyż do Szczecina i dalej do Berlina.

Dworzec kolejowy na Jeżycach, stan z 1863 roku (fot. Wikipedia)

Obszerne zabudowania dworca wzniesione były z tzw. muru pruskiego. Dworzec jeżycki był miejscem bardzo ruchliwym, a przy tym żyjącym swoim własnym rytmem – leżał za murami miasta, był więc od niego trochę oderwany.
Niezwykle istotnym miejscem była restauracja dworcowa, w ogrodzie której kwitło lokalne życie towarzyskie – w chwilach wolnych od zajęć spotykali się tam stali bywalcy restauracji – żeby pogawędzić przy kuflu piwa lub pograć w bardzo popularne wówczas kręgle. Smakosze piwa i miłośnicy gry w kręgle mieli swoje kółko kręglarskie, którego prezesem był właściciel restauracji dworcowej, dzięki czemu wesołe towarzystwo nie musiało się martwić o to, że komuś będzie przeszkadzać ich częsta tam obecność.
W pamiętnym roku 1871 prezes ów obchodził okrągłe, 50. urodziny, członkowie kółka kręglarskiego postanowili więc uczcić urodziny swojego prezesa, żeby odwdzięczyć się za wszelkie spotykające ich z jego strony przywileje, ale też żeby wyrazić swą do niego sympatię. Nie byliby jednak sobą, gdyby nie zrobili tego w jakiś zabawny sposób, wpadli więc na dość niecodzienny pomysł.
Pomysł, który miał przejść do historii…
Umówili się zatem, że każdy z nich ofiaruje jubilatowi jakieś zwierzę, które w ciągu trzech dni, poprzedzających urodziny prezesa, spotka na terenie miasta albo w jego najbliższej okolicy. Warunek był jeden – w grę nie wchodziły konie, woły, krowy i psy, w przeciwnym bowiem razie najpewniej właśnie tymi zwierzętami zostałby zasypany prezes.
Fundusze na zakup zwierząt wyasygnowano ze wspólnej kasy, podzielono po równo na każdego z członków kółka i… ruszono na łowy w miasto!

Łatwo sobie wyobrazić, jakież musiało być zdziwienia prezesa kółka kręglarskiego, gdy w dniu swoich urodzin, organizowanych – a jakże! – w ogródku dworcowej restauracji, zjawili się jego kompani, którzy przynieśli ze sobą „prezenty”.
W ten oto sposób jubilat otrzymał świnię, kozę, barana, kota, królika, wiewiórkę, gęś, kaczkę, kurę i pawia, a także tresowanego niedźwiedzia i małpkę, kupione od wędrownych Cyganów…
Prezes zdumiał się wielce, ale znał dobrze swoich kompanów, toteż zdziwienie jego szybko przeszło w refleksję nad tym, co zrobić z wielce oryginalnym, ale jednak dość kłopotliwym prezentem. Trzymanie całego przybytku we własnym domu nie wchodziło w grę, stąd prezes wpadł na pomysł, aby wszystkie te zwierzaki umieścić… w ogródku restauracyjnym, gdzie cieszyć się z ich obecności będzie mógł i on, i jego kompani, ale też wszyscy, którzy postanowią odwiedzić jego restaurację!
Pomysł zdawał się być wyborny, toteż prezes szybko zabrał się za jego realizację. Dzierżawcami ogródka było Stowarzyszenie Sedańczyków, do którego należała część z ofiarodawców, toteż formalności udało się załatwić bardzo szybko i cała ta dość przypadkowa menażeria trafiła do ogródka…

Menażeria restauracyjna, jak łatwo się domyślić, bardzo szybko się powiększała – cieszyła się ona bowiem ogromną popularnością obywateli poznańskich, którzy nie tylko chętnie ją odwiedzali podczas „wycieczek za miasto” i przy okazji pobytu na dworcu kolejowym, ale też bardzo chętnie wzbogacali ją o nowych mieszkańców – a to ktoś przyniósł królika, ktoś inny gęś…
Stowarzyszenie Sedańczyków na wniosek swojego prezesa powzięło więc uchwałę:

 ażeby zwierzęta te eksponowano stale w ogrodzie, nie tylko dla rozrywki, lecz i dla pouczania oglądających je i ażeby ta, na razie skromna kolekcja, stała się zaczątkiem przyszłego zbioru zoologicznego.

Uchwała ta jednoznacznie określała, jaką rolę miały pełnić owe zwierzęta (gośćmi menażerii były bowiem coraz częściej dzieci!), co ważne jednak, wyznaczała także perspektywy rozwojowe menażerii, stąd też rok 1871 uważa się za początek istnienia poznańskiego Ogrodu Zoologicznego.
Powołano zarząd, w skład którego weszło także kilku wpływowych obywateli miasta, wykonano odpowiednie pomieszczenia dla zwierząt. Ich zakup sfinansowano z dobrowolnych datków, których w pierwszych miesiącach funkcjonowania menażerii było tyle, że starczały też na wyżywienie dla zwierząt.
Zima 1871/1872 przyniosła znaczne zwiększenie wydatków, te jednak w całości pokrył radca miejski, niejaki Mendel Cohn.
Ważnym momentem dla restauracyjnej menażerii był wiosna 1872 roku, kiedy to w Poznaniu urządzono wystawę rzemiosła, pierwszą tego typu w mieście. Wystawa ta cieszyła się ogromną popularnością i w pośredni sposób przyczyniła się też do ogromnej frekwencji w zwierzyńcu – organizatorzy wystawy nie zadbali bowiem o odpowiednie zaplecze gastronomiczno-rozrywkowe, wobec czego zwiedzający korzystali tłumnie ze znajdującej się nieopodal wystawy (która odbywała się na Jeżycach) dworcowej restauracji…
Jeszcze w 1872 roku zdecydowano się wprowadzić niewielkie opłaty za wstęp do stale rozrastającej się menażerii, dzięki czemu nie było problemów z jej utrzymaniem, poznaniacy zaś płacili bardzo chętnie, menażeria cieszyła się bowiem dużą sympatią, była też jedynym tego typu miejscem w całym mieście! Na rzecz zwierzyńca stale też wpływały dobrowolne opłaty od obywateli miasta, którzy nie szczędzili nań grosza – menażeria mogła się więc spokojnie rozwijać.
Kłopoty finansowe zaczęły się dopiero w 1873 roku – wpływy utrzymywały się na stałym poziomie, rozrastający się zwierzyniec wymagał jednak coraz to większych nakładów, dlatego też postanowiono utworzyć „Towarzystwo Akcyjne Ogród Zoologiczny”, ale to już inna historia…

Advertisements

One comment on “„Zoo w prezencie” – historii poznanskiego zoo w odcinkach część I

  1. Jako ciekawostkę można dodać, iż w wielu źródłach możemy natrafić na informację, jakoby całe zamieszanie z prezentem miało się odbyć z okazji nie 50. urodzin prezesa, a jego imienin, co jest spowodowane tym, iż oryginalnych informacjach z epoki, donoszących o początkach zwierzyńca, pojawia się słowo „solenizant”, zamiast „jubilat”, a jak wiadomo ten pierwszy obchodzi imieniny. Inna sprawa, że w tych samych źródłach mowa jest o 50. urodzinach „solenizanta”…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s