Karta Turysty czyli pomysł na weekend w Trójmieście.

Gdy zastanawialiśmy się, gdzie spędzić ostatnie dni tegorocznych wakacji, nasz wybór mógł być tylko jeden – w Trójmieście! Głównym celem naszej czterodniowej wyprawy i bazą wypadową zarazem było oliwskie zoo (o naszym pobycie w ogrodzie zoologicznym pisaliśmy tutaj), mieliśmy jednak dość czasu, by zwiedzić nie tylko zoo, ale też pokręcić się trochę po mieście i zapoznać choć z kilkoma z licznych atrakcji, jakie można znaleźć w Gdańsku…
Tak oto wpadliśmy na pomysł wykupienia Karty Turysty, która pozwoliła nam nie tylko dobrze wykorzystać czas, ale i zaoszczędzić trochę pieniędzy!

Fontanna Neptuna

Do Gdańska przyjeżdżamy w piątek rano, do siebie wracamy w poniedziałek późnym popołudniem – mamy więc mnóstwo czasu do wykorzystania. Piątek i poniedziałek przeznaczamy na zoo, natomiast sobotę i niedzielę prawie w całości możemy przeznaczyć na zwiedzanie miasta. Na koniec i tak okaże się, że zabraknie nam czasu na odwiedzenie wielu miejsc, żeby jednak zobaczyć w Gdańsku wszystko, co chcemy, potrzebowalibyśmy chyba zamieszkać tam na stałe…
Na szczęście mnóstwo miejsc odwiedziliśmy już podczas naszej lipcowej wyprawy, a do Gdańska mamy nadzieję wrócić jeszcze w tym roku.

Dzień 1 – piątek

Dzień przyjazdu do Gdańska – zaczyna się jak zawsze: wspaniała podróż pociągiem (o dziwo bez przygód!), wysiadka na dworcu w Oliwie, przejazd autobusem do zoo (nadal bilety można kupić tylko u kierowcy!) i „zameldowanie się” w zoo. Na zwiedzanie ogrodu poświęcamy kilka godzin, w międzyczasie spotykamy się z Panem Dyrektorem Stanisławem Wilkańcem oraz Robertem i Michałem, którzy akurat odbywają praktyki w oliwskim zoo.
Po kilkugodzinnym spacerze wyruszamy do miasta – piechotą na dworzec w Oliwie (3 kilometry, a co!), skąd SKM-ką docieramy na dworzec główny w Gdańsku.

Złota Brama - przez te cztery dni będziemy przez nią przechodzić wiele razy...

Po kilkugodzinnym spacerze po oliwskim zoo jesteśmy nieco zmęczeni, na jakieś szczególne wycieczki po mieście nie mamy więc siły – chcemy po prostu usiąść i odpocząć i nacieszyć się faktem, że spędzamy ostatnie wolne dni w naszym ulubionym mieście. Deser lodowy w Marasce (polecamy!) i pyszny ziemniak w naszym ulubionym Barze „Pod Rybą” (choć bez kozery – robimy wcale nie gorsze!), a potem spacer Długim Targiem i Długim Pobrzeżem (kiedyś śmialiśmy się, że w Poznaniu wszystko jest „stare” – Rynek, Browar, Miasto, Marych, teraz okazuje się, że w Gdańsku wszystko jest „długie” – Ogrody, Pobrzeże, Targ…).
Tak to można odpoczywać :).

Człowiek-jeleń, czyli czy warto odwiedzić Dwór Artusa?

Po jakimś czasie jednak budzi się w nas na nowo zew podróżników, dlatego postanawiamy odwiedzić jakieś „ciekawe” miejsce – nasz wybór pada na znajdujący się na Długim Targu Dwór Artusa – bo akurat mamy do niego blisko, bo już podczas naszej lipcowej wizyty chcieliśmy go odwiedzić no i zawsze podobała nam się fasada budynku, a jakoś nigdy nie weszliśmy do środka…

Dwór Artusa w Gdańsku

Zanim jednak wejdziemy do środka, odpowiadamy na pytanie – czym tak naprawdę jest Dwór Artusa?
Ano, swego czasu było to nic innego, jak miejsce spotkań rycerzy i gdańskich patrycjuszy, potem zaś miejsce spotkań towarzyskich i biznesowych oraz giełda. Dziś jest to miejsce spotkań wybitnych osobistości świata polityki, kultury i nauki, a zarazem oddział Muzeum Historycznego Miasta Gdańska. Odbywają się tu także rozmaite konferencje, koncerty, festiwale i wystawy.
Pierwszy Dwór Artusa powstał ok. 1350 roku, obecny obiekt zbudowano w 1481 roku. Swoją nazwę zawdzięcza oczywiście królowi Arturowi, który uchodził za symbol rycerskości i odwagi, a jego imieniem nazywano domy spotkań rycerstwa w całej Europie (w Polsce dwór Artusa zachował się jeszcze w Toruniu).

Wchodzimy zatem do środka – hol wejściowy wygląda jak recepcja w kilkugwiazdkowym hotelu. Kupujemy dwa bilety normalne – po 10 zł za sztukę i wchodzimy do Wielkiej Hali…

Wielka Hala Dworu Artusa

Hala robi naprawdę wielkie wrażenie – mnóstwo rzeźb, malowideł i modeli okrętów porozwieszanych nad głowami zwiedzających.

To ponoć najstarsza taka kolekcja w Polsce!

Na nas największe wrażenie zrobił najwyższy w Europie renesansowy piec kaflowy wzniesiony w 1545 roku. Nazywany jest „Królem wszystkich pieców” lub „Wielkim Piecem” i trzeba przyznać, że w nazwach tych nie ma cienia przesady…

Piec kaflowy w Dworze Artusa

Warto zwrócić uwagę na detale pieca!

Kogo można zobaczyć na mozaice pieca...

Jest też świetna późnogotycka rzeźba „Św. Jerzy walczący ze smokiem” Hansa Brandta z 1485 roku z rewelacyjnym smokiem:

Święty Jerzy jak święty Jerzy - ale smok!

i swoista ciekawostka – fotograficzne simulacrum w skali 1:1 dwóch wielkich dzieł malarskich – „Sądu Ostatecznego” z 1603 roku Antoniego Möllera oraz „Orfeusza wśród zwierząt” z 1594 roku Hansa Vredemanna de Vriesa, wykonane w latach 1999 – 2001.

"Orfeusz wśród zwierząt" - wszędzie symulakra...

Najbardziej zapamiętamy jednak co innego – paskudnego pół-człowieka, pół-jelenia, stojącego sobie na gzymsie, kilka metrów nad naszymi głowami…

Łowca jeleni?

W pierwszej chwili nie dowierzamy – co to za maszkara? Z kompozycji otoczenia domyślamy się jednak, z kim mamy do czynienia – to Akteon, mityczny myśliwy, którego okrutna Artemida zamieniła w jelenia za to, że podpatrzył ją w kąpieli. O ironio, biednego Akteona zjadły psy, które nie rozpoznały swojego pana…

Malarstwo+rzeźba - namalowany pies dopada wyrzeźbionego jelenia-Akteona...

Co ciekawe, rzeźba zjeleniałego Akteona znajduje się tu dopiero od stycznia 2010 roku i stanowi element kompozycji malarsko-rzeźbiarskiej „Diana w kąpieli”.
Wszystko jasne, ale i tak uważamy, że posąg Akteona jest koszmarny…

Nigdy nie zapomnimy tego widoku...

Z Wielkiej Hali przechodzimy do Sieni Gdańskiej, gdzie można zobaczyć m.in. piękne drewniane kręcone schody i krzywe zwierciadło…

Drewniane schody w Sieni Gdańskiej

Wow! Krzywe zwierciadło!

I to właściwie tyle – można jeszcze zwiedzić kilka sal, jednak są one umiarkowanie atrakcyjne – świetne wrażenie, jakie zrobiła Wielka Hala, dość szybko niestety ulatuje…

Z Dworu Artusa wychodzimy jednak z poczuciem lekkiego niedosytu – naprawdę wspaniała i ciekawa Wielka Hala rozbudza apetyt, a potem nie jest już tak ciekawie. Jakkolwiek jest to miejsce warte odwiedzenia – nie tylko dlatego, żeby zobaczyć prawdopodobnie najbrzydszego człekojelenia nad Wisłą… :).

Karta Turysty, czyli zorganizuj sobie zwiedzanie!

Gdy wychodzimy z Dworu Artusa, przypadkowo trafia w nasze ręce ulotka zachęcająca do zakupu Karty Turysty. Rzecz zapowiada się ciekawie, siadamy więc sobie w wygodnym miejscu i zapoznajemy się z ofertą…

Karta Turysty

Karta dostępna jest w dwóch wariantach – standard i max. Różnią się od siebie tylko tym, że ta druga dodatkowo zapewnia nam bilet metropolitalny, czyli darmowe przejazdy wszystkimi środkami komunikacji w Trójmieście. Obie karty dostępne są także w dwóch wariantach czasowych – na 24 godziny i na 72 godziny. My wybieramy opcję standard na 72h w wersji normalnej (niestety, żadne zniżki nam już nie przysługują) – taka karta kosztuje nas 35 zł. Przeglądając ofertę już po chwili orientujemy się, że warto kupić sobie takie karty, przy czym opcja rozszerzona o komunikację nie będzie nam potrzebna, bowiem i tak mamy zamiar skorzystać tylko z gdańskich atrakcji – na więcej i tak nie mamy czasu.
Szczegóły dotyczące Karty Turysty – w tym cennik, regulamin i pełną ofertę znajdziecie tutaj.
My zdecydowaliśmy, że odwiedzimy przede wszystkim gdańskie muzea – Muzeum Morskie (spichlerze), Żurawia, Ratusz, Dom Uphagena, Muzeum Bursztynu oraz Centrum Hewelianum. „Sołdka” i Twierdzę Wisłoujście zwiedziliśmy już podczas poprzedniej wizyty, w Dworze Artusa dopiero co byliśmy (tak, gdybyśmy wiedzieli o Karcie, najpierw byśmy ją kupili…), natomiast kilka innych miejsc, które chcieliśmy zobaczyć i tak było w weekend nieczynnych (m.in. Muzeum Archeologiczne, Muzeum Poczty Polskiej, Zielona Brama). Z kolei do Muzeum Narodowego-Oddział Sztuki Dawnej nie mieliśmy już czasu pójść, a wejściówka do zoo nie była nam akurat potrzebna :).
Jakkolwiek – wyszło nam, że i tak sporo zaoszczędzimy przy odwiedzeniu choćby tylko tych sześciu miejsc – za bilety do nich zapłacilibyśmy bowiem 106 zł, a tak dwie karty kosztowały nas 70 zł. Gdybyśmy weszli na nich do Dworu Artusa zysk byłby jeszcze większy. Wyszło nam więc, że się opłaca, toteż karty kupiliśmy – w Gdańskim Centrum Informacji Turystycznej znajdującym się naprzeciwko Ratusza. Karty ważne były przez trzy dni – sobotę, niedzielę i poniedziałek, jednak od razu wiedzieliśmy, że czas na ich wykorzystanie mamy i tak tylko do niedzieli.
Do kart dostajemy jeszcze przewodnik z pełną ofertą Karty i opisem miejsc – przyda się podczas zwiedzania!

Co się czai w oliwskich lasach, czyli nocny powrót do zoo…

Po kupnie kart kręcimy się jeszcze trochę po mieście ze spotkanym już wcześniej Michałem, zaglądamy na chwilę do Teatru w Oknie (niestety, spóźniliśmy się chwilę, bo tłum jest tak duży, że trudno cokolwiek zobaczyć) i powoli kierujemy się w stronę dworca PKP – robi się bowiem późno, a my jesteśmy już solidnie zmęczeni.

"Teatr w Oknie" - świetna sprawa!

SKM-ką z dworca głównego odjeżdżamy o 22.00, w Oliwie jesteśmy kwadrans później, jest więc już i późno, i ciemno. Do zoo mamy 3 kilometry i oczywiście żadnego transportu. Możemy oczywiście podjechać taksówką, ale… decydujemy się iść na piechotę – bo taniej, bo damy radę, bo… sami w sumie nie wiemy, dlaczego.
No i poszliśmy – o ile przejście przez zabudowaną część Oliwy nie było problemem, to odcinek od skrzyżowania Spacerowa/Karwieńska to już był prawdziwy horror – ciemno, głucho, ciemno…

Droga do oliwskiego zoo nocą...

Pomagamy sobie światłem telefonów komórkowych, bo praktycznie nic nie widać. Zewsząd docierają do nas z kolei rozmaite odgłosy – szelest liści, jakieś łamane gałązki, szuranie…

Już blisko - z lewej wyłania się parking...

Z duszą na ramieniu maszerujemy w stronę zoo klnąc się, że więcej już tak wracać nie będziemy. W końcu zza zakrętu wyłania się światło rzucane przez neon przy wejściu i po chwili meldujemy swoje przybycie zdumionym strażnikom.
Godzina na zegarze ogrodowym obwieszcza, że jest już bardzo późno…

No ładnie...

Na nocne zwiedzanie zoo nie mamy już siły – poza tym jutro czeka nas bardzo intensywny dzień…

Dzień 2 – sobota

Już z samego rana ruszamy do miasta – skoro już kupiliśmy karty, to trzeba je wykorzystać. Tramwajem jedziemy do Dworca Głównego, a stamtąd do naszego pierwszego sobotniego celu:

Centrum Hewelianum, czyli jak może wyglądać muzeum…

Centrum Hewelianum w Gdańsku - mapa

Centrum Hewelianum znajduje się tuż za dworcem PKP. Jest to miejsce niezwykłe, bowiem w odrestaurowanych obiektach pofortecznych kryje się nowoczesne centrum nauki z interaktywnymi wystawami. Trochę jak Centrum Nauki Kopernik w Warszawie, tyle, że na mniejszą skalę. Na razie!
My zwiedzanie zaczynamy od Kaponiery Południowej, gdzie znajduje się wystawa „Energia, Niebo i Słońce”.

No to idziemy!

Wystawa składa się z ponad 60 interaktywnych stanowisk, tworzących dwie pracownie – energii i nieba. I już od pierwszego stanowiska wiemy, że będzie nam się tu podobać :). W obu pracowniach spędzamy prawie dwie godziny, przeprowadzając rozmaite eksperymenty i doświadczenia. Praktycznie wszystkiego można dotknąć i zobaczyć, jak działa. Rewelacja!

Pracownia Energii w Centrum Hewelianum

Jak działa tsunami?

Jak działa tsunami?

Jak działają fale mechaniczne?

To nie jest muzeum, gdzie obok niektórych eksponatów przechodzi się obojętnie – sprawdzić trzeba (i warto!) właściwie wszystko, bo nigdy nie wiemy, co nas akurat zainteresuje.

Ciekawe do czego te kule?

Widać, że świetnie bawią się tu nie tylko dzieci i młodzież, ale też dorośli – sami czujemy się, jakbyśmy mieli kilkanaście lat mniej i tylko żałujemy, że nie mogliśmy takiego miejsca odwiedzić w dzieciństwie. Zawsze jednak lepiej spóźniona frajda, niż brak frajdy :).

A tak działa...

... magnes!

Wszystkie eksponaty są świetnie opisane, a jeśli czegoś nie wiemy, pomocy udzieli nam jedna z kilku kręcących się po salach Pań – najlepsza zabawa jest jednak wtedy, gdy sami zrozumiemy o co chodzi w danym eksperymencie :).

W znajdującej się na piętrze Pracowni Nieba możemy z kolei odkryć tajemnice Wszechświata – zobaczyć modele planet:

Ziemia...

sprawdzić o co chodzi z tym całym ruchem obrotowym Ziemi…

Już wiadomo, kto za to odpowiada...

zobaczyć, jak działa ekologiczne miasteczko:

Genialna rzecz - wielka makieta miasteczka, w którym możemy uruchomić rozmaite pojazdy

Np. pociąg lub kolejkę liniową

Możemy też uruchomić „marsjański pojazd”:

Tak się jeździ na Marsie!

wystrzelić rakietę w kosmos, ułożyć interaktywne puzzle czy przejść się tajemniczym korytarzem…

No, no...

Możemy też sprawdzić, jak ciepły jest pluszowy mrówkojad w środku…

Tadzik jest jednak nieco chłodniejszy niż my...

Na koniec gorąco polecamy zejść na dół, do mini-pracowni Heweliusza, gdzie można sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie z wielkim uczonym, po czym wysłać komuś (lub sobie) na maila.
Świetna sprawa!

Pozdrowienia z Hewelianum 🙂

Po wyjściu z Kaponiery Południowej wart wspiąć się na Górę Gradową, skąd rozciąga się przepiękna panorama Gdańska:

Panorama Gdańska z Góry Gradowej

To najwyższe naturalne wzniesienie w centrum miasta – widać stąd prawie całe Stare i Główne Miasto, ale też stocznię. Na szczycie Góry w 2000 roku ustawiono Krzyż Milenijny, którego charakterystyczna sylwetka mocno już wpisała się w okolicę.

Krzyż Milenijny na Górze Gradowej - mierzy 16,35 metra wysokości

Spod Krzyża, gdzie znajduje się taras widokowy, ruszamy na zwiedzanie drugiej ekspozycji wchodzącej w skład Centrum Hewelianum, czyli „Wehikuł Czasu – Człowiek i Pocisk”.
Jest to multimedialna wystawa składająca się z 14 ekspozycji prezentujących historię Gdańska przez pryzmat przeszłości Góry Gradowej – w zabytkowych schronach przedstawiono wybrane epizody z dziejów fortu.

Góra Gradowa - każdy schron to inna ekspozycja

Wchodzimy i wita nas głos narratora, który opowiada o danym miejscu - coś się rusza, z czegoś wydobywają się dźwięki, czasem para...

Niemieccy żołnierze na motocyklu - narrator opowiada, a motocyklowi kręci się koło...

Przyznajemy – wystawa robi wrażenie! Może warto byłoby w podobny sposób zagospodarować poznańską Cytadelę?

Schodzimy z Góry Gradowej z poczuciem, że odwiedziliśmy fantastyczne miejsce, które jest typem muzeum, do którego chce się wrócić jeszcze raz – eksponaty nie są bowiem martwe, a my nie musimy się obawiać, że przypadkiem czegoś dotkniemy i zaraz nas wyrzucą.

Bursztyn, bursztyn wszędzie, czyli z czego by tu jeszcze zrobić inkluzję?

Nasz następny cel to znajdujące się w Wieży Więziennej Katowni Muzeum Bursztynu. Otwarto je w 2006 roku i jest to jedno z najciekawszych muzeów w mieście, choć odwiedzamy je jakoś bez przekonania – może dlatego, że nigdy nas temat bursztynów jakoś nie fascynował.
Dobre muzeum poznać można jednak po tym, że zaciekawi nawet kogoś, kogo dany temat pozornie nie zajmuje :).

Widok na ul. Długą i Długi Targ z Wieży Więziennej

W Muzeum Bursztynów bursztynów jest mnóstwo – i pod wszelkimi możliwymi postaciami.

Bursztyny wszędzie!

Sala z ekspozycją bursztynów

W kilkunastu salach możemy poznać historię bursztynu i zobaczyć rozmaite sposoby jego zastosowania w sztuce, a wszystko zaprezentowane jest w bardzo nowoczesny sposób – prezentacje multimedialne, ekrany dotykowe, specjalne urządzenia powiększające…

Wybieramy sobie bursztyn, a potem oglądamy go w powiększeniu!

Z mnóstwa eksponatów, które możemy zobaczyć, nam najbardziej podobały się bursztynowe szachy:

Szachownica

i kolekcja miniatur biżuterii muzycznej – zrobione ze złota, srebra i bursztynu miniaturowe instrumenty: puzon, kontrabas, gitara elektryczna i perkusja.

Bardzo ciekawych bursztynowych przedmiotów jest jednak mnóstwo:

Ołtarzyk z krzyżem z 1680 roku

Madonna z 2 połowy XVII wieku

Szkatułka prawie jak z sekretów Pana Kleksa...

Bursztynowa amfora - dar dla Stalina...

Bąblowi by się podobało 🙂

Bursztynowe okręty...

Jest i Bursztynowy Słowik...

... i bursztynowa gitara

A nawet bursztynowy "Obcy"!

Możemy też zobaczyć bursztyny w „surowej” postaci:

Ta bryła waży 1130 g!

Kalafonia z pąklami wyłowiona w Morzu Północnym o wadze 8230 g!

Zdecydowanie najciekawsze są jednak inkluzje – czyli zatopione w bryłach bursztynu drobne zwierzęta lub fragmenty roślin. Najcenniejszą eksponowaną w gdańskim Muzeum Bursztynu inkluzją jest jedyna w Polsce – i zaledwie jedna z paru na świecie – inkluzja jaszczurki.

Inkluzja jaszczurki w Muzeum Bursztynu

Oprócz bursztynów w Katowni można zobaczyć jeszcze ekspozycję poświęconą dawnym torturom – swego czasu znajdowało się tu bowiem więzienie.

Niezbyt sympatyczne miejsce...

Jak mieszkali dawni gdańszczanie, czyli zaglądamy do Domu Uphagena!

Z Muzeum Bursztynu ul. Długą idziemy do Domu Uphagena, w którym znajduje się Muzeum Wnętrz Mieszczańskich.

To jedyne miejsce w Gdańsku, w którym udało się zachować autentyczne XVIII-wieczne wnętrze mieszczańskiego domu. Kamienica należała do bogatego ławnika Jana Uphagena.
Przyznajemy – robi wrażenie, choć porównując to miejsce do Hewelianum czy nawet Muzeum Bursztynów – było tu trochę… nudno…

Kuchnia w Domu Uphagena

Mała Jadalnia w Domu Uphagena

Nam najbardziej podobały się… namalowane na ścianach i drzwiach zwierzaki – były dosłownie wszędzie!

Swoista ciekawostką była natomiast znajdująca się na parterze kamienicy wystawa poświęcona historii bankowości centralnej w Polsce.

Same znajome twarze

Można było tu zobaczyć m.in. Karola Świerczewskiego bez czapki:

Kto wie, może taka wersja pięćdziesiątki byłaby ciekawsza?

oraz rozmaite projekty banknotów, które ostatecznie nie weszły do użytku

Tysiak z Mickiewiczem? Czemu nie!

Osobne miejsce na wystawie zajmowała ekspozycja prezentująca stare maszyny do pisania i maszyny do liczenia:

Maszyny do liczenia

Maszyna do pisania "Orzeł"

Związku z Domem Uphagena wystawa ta szczególnego nie miała, przyznajemy jednak, że była bardzo ciekawa…

Lego-Żuraw i kim jest Wielki Krzysztof, czyli zaglądamy do Ratusza!

Z Domu Uphagena idziemy do Ratusza, w którym znajduje się kolejny oddział Muzeum Historycznego Miasta Gdańsk.

Ratusz - na pierwszym planie Fontanna Neptuna

Do tej pory gdański Ratusz kojarzyliśmy głównie z charakterystyczną sylwetką 83-metrowej wieży, wnętrze jednak bardzo pozytywnie nas zaskoczyło.

Drewniane schody w holu wejściowym Ratusza

W Ratuszu warto zobaczyć m.in. Wielką Salę Rady, zwaną Salą Czerwoną, gdzie znajdują się obrazy słynnych mistrzów niderlandzkich i liczne nawiązania do herbu miasta:

„Lwie” motywy można zresztą zobaczyć na terenie całego Ratusza:
Choć zdarzają się też… jednorożce:

Warto też zajrzeć do Wielkiego Krzysztofa – niewielkiej sali pełniącej swego czasu funkcję archiwum.

Wielki Krzysztof w gdanskim Ratuszu

Wielki Krzysztof w gdańskim Ratuszu

Rekonstrukcja XVI-wiecznego repetytorium, czyli wielkiej szafki z szufladami

Grubość drzwi sugeruje, że mogło być to nie tylko archiwum, ale i skarbiec

Jest też sala poświęcona twórczości wszechobecnego w Gdańsku Heweliusza, gdzie ciekawostką jest globus nieba z XVII wieku:

Globus nieba z XVII wieku

i sala astronomiczna, w której można zobaczyć rozmaite teleskopy i lunety.

Tadzik - odkrywca kosmosu!

Bardzo ciekawą ekspozycją jest także rekonstrukcja gdańskiej uliczki, na której w kolejnych boksach można zobaczyć rozmaite scenki z codziennego życia w Gdańsku na przestrzeni wieków:

Ciekawostką jest także czasowa wystawa klocków Lego na dziedzińcu – Żuraw z Lego robi wrażenie!
Znalazł się nawet USS „Enterprise” z Lego!

Po wyjściu z Ratusza mamy dość zwiedzania jak na jeden dzień – i tak zeszło nam na te cztery muzea dobre 7 godzin…

O północy w… Gdańsku!

Po późnym obiedzie nie mamy już siły na zwiedzanie czegokolwiek, dlatego wieczór postanawiamy spędzić w… kinie!
O północy w Paryżu wydaje się być idealną propozycją na podsumowania tak aktywnie i inspirująco spędzonego dnia i przyznać musimy, że Allen nas nie zawiódł – to jak do tej pory jeden z najlepszych filmów roku i gwarancja wyśmienitej rozrywki na najwyższym poziomie!

Gdy wychodzimy z kina, jest już późno – nawet bardzo późno, wszystko wskazuje więc na to, że czeka nas powtórka z piątku – SKM-ką do Oliwy, a potem…
Tak, obiecaliśmy sobie, że weźmiemy taksówkę, tak się jednak jakoś dziwnie składa, że znowu docieramy do zoo piechotą, a do północy jest bliżej, niż dalej…
Midnight in Oliwa? Czemu nie! 🙂

Dzień 3 – niedziela

Do centrum docieramy tak samo, jak poprzedniego dnia – autobusem jedziemy spod zoo na pętlę w Oliwie, gdzie przesiadamy się na tramwaj linii nr 8 – dzięki temu na jednym bilecie spod zoo docieramy pod Bramę Wyżynną – i to w niecałą godzinę!
A przy okazji zwiedzamy sobie miasto z okien tramwaju :).

Zaspa - wielki mural na bloku przedstawiający Jana Pawła II i Lecha Wałęsę

Niedzielne zwiedzanie rozpoczynamy od stojącego nad brzegiem Motławy Żurawia – ogromnego dźwigu portowego zbudowanego w połowie XV wieku.

Żuraw

Służył przede wszystkim jako urządzenie portowe do załadunku towarów i balastu na statki oraz do stawiania ich masztów. Urządzenie było w stanie podnieść ciężar czterech ton na wysokość jedenastu metrów.
Mechanizmem są dwa bębny o średnicy około sześciu metrów. Jako siłę napędową wykorzystywano ludzi stąpających wewnątrz tych bębnów.

Tadziu w bębnie deptakowym

Ogromne bębny deptakowe napędzające dźwig Żurawia

Widok na ulicę pod Żurawiem

Kiszony mrówkojad?

Wewnątrz Żurawia można zobaczyć nie tylko wnętrze mechanizmu dźwigowego, ale też ekspozycję „Gdańsk od XVI do XVII wieku – życie portowego miasta”, gdzie największe wrażenie robią bardzo liczne modele i makiety:

Model latarni-wieży w Wisłoujściu z 1563 roku

Model gdańskiej latarni morskiej z XVIII wieku

Rekonstrukcja reduty portu gdańskiego z przełomu XVII i XVIII wieku

Rekonstrukcja reduty portu gdańskiego z przełomu XVII i XVIII wieku

Model latarni dźwigowej z XVIII wieku

Makieta dźwigu portowego z kołami deptakowymi

Makieta spichlerza gdańskiego z XVII wieku

Model Żurawia w skali 1:25

Wnętrze Żurawia

Makieta Twierdzy Wisłoujście z 1673 roku

Oprócz modeli i makiet możemy w Żurawiu zobaczyć jeszcze m.in. wnętrze pokoju w dawnym domu mieszczańskim:

Swego czasu w Żurawiu mieszkali ludzie - pierwsi pojawili się w nim na początku XVII wieku

wielki plan Gdańska wg ryciny z 1615 roku:

Gdańsk w 1615 roku

oraz takie ciekawostki jak widok z Wyspy Spichrzów na wewnętrzny port w Motławie, który możemy zobaczyć spoglądając w specjalny wizjer:
Wielką frajdą są też gry logiczne o tematyce morskiej, w które można pograć na rozstawionych w kilku miejscach Żurawia ekranach dotykowych:

Można się np. sprawdzić jako sternik...

Żuraw został podpalony w 1945 r., gdy miasto zdobyła Armia Czerwona. Ocalały mury okalające drewnianą konstrukcję, a po II wojnie światowej zrekonstruowano część drewnianą. Obecnie jest to jedyny tak dobrze zachowany dźwig portowy tego typu w Europie.

Widok z Żurawia na Spichrze

Wśród makiet i modeli, czyli tajemnica pewnego listu…

Z Żurawia, który zrobił na nas świetne wrażenie (zawsze podobała nam się jego bardzo charakterystyczna sylwetka, jednak koniecznie trzeba zajrzeć do środka!) udajemy się do kolejnego obiektu wchodzącego w skład Centralnego Muzeum Morskiego, czyli znajdujących się na wyspie Ołowiance Spichlerzy, gdzie znajduje się siedziba CMM. Na drugą stronę Motławy przedostajemy się naszym ulubionym promem „Motława” – płynie się nim co prawda tylko minutę, ale i tak jest to pewna frajda – no i można się z bliska przyjrzeć Żurawiowi od strony rzeki!

Widok na Żurawia z promu "Motława"

Normalnie kurs promem w jedną stronę kosztuje złotówkę, płacić jednak nie musimy, bo zwalnia nas z tego Karta Turysty – kolejny bonus!
Nie zwiedzamy już „Sołdka”, którego bardzo dokładnie obejrzeliśmy w lipcu, tylko od razu kierujemy się do Spichlerzy. A jest co w nich oglądać – mnóstwo eksponatów pochodzących z podwodnych badań archeologicznych, artyleria okrętowa, przedmioty codziennego użytku marynarzy, marynistyczne płótna…
Można się sporo dowiedzieć o pradziejach żeglugi w Europie Środkowej:

Zwiedzanie zaczynamy od najdawniejszych czasów eksploracji Bałtyku

czy „przywitać” z pierwszymi władcami Polski:

Mieszko I jak nic!

To ci dopiero spotkanie na szczycie!

Nam jednak – podobnie jak w Żurawiu – najbardziej podobają się wszelkie modele i makiety, a tych w Muzeum Morskim jest tak dużo, że nie sposób ich wszystkich ogarnąć!
Do najciekawszych należy makieta średniowiecznej stoczni:

Makietę wykonano w skali 1:50

i ogromna mapa plastyczna Polski prezentująca ważniejsze ośrodki handlu w dorzeczu Wisły w XVII wieku – rewelacyjna rzecz!

Zawsze chcieliśmy mieć coś podobnego, tylko skąd wziać miejsce na ekspozycję?

Na mapie znajduje się kilkanaście modeli charakterystycznych dla danych miejsc budowli, m.in. wszechobecny Żuraw (obok Heweliusza i Fontanny Neptuna bezsprzecznie najczęściej wykorzystywany motyw związany z Gdańskiem):

Gdańsk=Żuraw

czy toruński Ratusz:

Model Ratusza w Toruniu

Jest też równie wielka plastyczna mapa europejskich szlaków żeglugowych z XVI wieku:

i plastyczna mapa rejonu Zatoki Gdańskiej z XVII wieku:

Gdzieś tutaj powinno być zoo...

Najwięcej jest jednak modeli wszelkiego typu okrętów – gdy doszliśmy do setnego, przestaliśmy liczyć…

Sala pełna modeli...

Sala z podwieszanymi modelami, wśród których jest m.in. model śródziemnomorskiej feluki

Z ciekawszych modeli okrętów warto wymienić choćby przekrój poprzeczny liniowca brytyjskiego „Victory” z XVIII wieku:

Od razu wiadomo, jak to wszystko wyglądało...

model siłowni holownika „Gdańsk”:

Włączamy przycisk i maszyny zaczynają pracować!

oraz przekrojowe modele okrętu podwodnego ORP „Orzeł”:

Ciekawostką jest także ekspozycja poświęcona życiu i twórczości Josepha Conrada z mapą jego morskich podróży:

Gablota poświęcona Josephowi Conradowi

Model "Roi de Berges", którym płynął po rzece Kongo

Warto też zapoznać się z niezwykle ciekawą historią modelu statku towarowo-pasażerskiego „Imperator”:

Model "Imperatora" w skali 1:50

Sam statek zbudowano w 1887 roku, pływał do 1910 roku, miał 120 metrów długości. Z kolei model wykonano w w latach 1889-1894. W jego wnętrzu ukryto list opisujący historię i cel jego powstania.

Wnętrze modelu "Imperatora" - gdzieś tu ukryty był list jego twórcy

A może by tak na Westerplatte? – czyli co można zobaczyć z pokładu „Małgorzaty”?

Tyle się naoglądaliśmy tych modeli okrętów, że wzięła nas chęć, coby się jakimś prawdziwym przepłynąć! Jasne, w ramach biletu mamy jeszcze powrotny rejs „Motławą” na drugą stronę rzeki, nie do końca jednak o to nam chodzi. Na wielką wyprawę frachtowcem jeszcze przyjdzie czas, dlatego korzystamy z tego, co akurat mamy do wyboru – a znad Motławy wybrać można się na Hel, Wyspę Sobieszewską, do Sopotu lub na Westerplatte. Co prawda w każdym z tych miejsc już byliśmy, decydujemy się jednak na rejs na Westerplatte – i tak chodzi nam tylko o to, żeby się przepłynąć, wysiadać nie mamy zamiaru :).
Do wyboru mamy albo rejs jednym z dwóch pseudogaleonów – „Czarną Perłą” lub „Galeonem Lew”, wybieramy jednak może i mniej efektowną, ale tańszą i mniej krzykliwą „Małgorzatę” – za 20 zł oferuje kurs na Westerplatte i z powrotem. Może być :).

"Czarna Perła" - może i robi większe wrażenie, ale przez całą drogę puszczane są na niej szanty, a tego byśmy nie znieśli...

Rejs na Westerplatte i z powrotem trwa około 100 minut – po drodze prom rzeczny „Małgorzata” mija centrum Gdańska i tereny stoczniowe, jest więc na co popatrzeć!

Prom kursuje co 60 minut o pełnych godzinach spod Zielonej Bramy. Najpierw mijamy Spichlerze na Ołowiance i "Sołdka"...

Potem budynek Filharmonii - za nami rozciąga się zaś piękna panorama nabrzeża...

Tadeusz uważnie się rozgląda... - przez całą drogę z głośników dobiega głos przewodnika, który opowiada, najpierw po polsku potem po niemiecku, o mijanych obiektach

Wpływamy na tereny stoczniowe...

Ogromne dźwigi robią niesamowite wrażenie!

Jeszcze więcej dźwigów!

Wyglądają jak stalowe kolosy, pilnujące wejścia do portu 🙂

Mijamy Twierdzę Wisłoujście

I zbliżamy się do Westerplatte!

W tym miejscu zawracamy, choć do Pomnika Obrońców Wybrzeża jest jeszcze kawał drogi...

W drodze powrotnej podziwiamy widoki z drugiej strony... - przepłynięcie obok takiego kolosa robi niesamowite wrażenie!

Podczas rejsu można spotkać rozmaite zwierzaki – wystarczy uważnie rozglądać się po nabrzeżu :).

Kormorany...

Łabędzie...

Polecamy rejs – sympatyczna wycieczka i bardzo miło spędzony czas, tym bardziej, że pogoda nam dopisywała, a widoki były naprawdę imponujące.

Motława

Jak Tadeusz wspinał się na katedrę i nieomal przepadł wewnątrz pewnej rzeźby…

Gdy wysiadamy z „Małgorzaty” zbliża się już 17.00 – w planach mamy odwiedzić jeszcze co najmniej dwa muzea, niestety okazuje się, że te, do których się udajemy, są akurat nieczynne – i Zielona Brama, i Muzeum Archeologiczne. Moglibyśmy pójść jeszcze np. do Oddziału Sztuki Dawnej Muzeum Narodowego, uznajemy jednak, że może lepiej będzie je odwiedzić „na spokojnie” przy okazji następnej wizyty, zrobiło się już bowiem późno, a nam jakoś umknął do tej pory obiad…
W poszukiwaniu jakiegoś miejsca, gdzie można coś zjeść (nie można przecież codziennie jeść „Pod Rybą”), rozglądamy się jeszcze za miejscem, gdzie można kupić jakieś pamiątki – a co!
Jasne, możemy sobie zrobić „pamiątkowe” zdjęcie z quasipiratem:

Fotka z "piratem" za jedyne 2 zł!

my wolimy jednak coś bardziej „gdańskiego” – a najlepszym miejscem na ciekawe pamiątki z Gdańska jest niewątpliwie klimatyczna „Szafa Gdańska” – polecamy!

"Szafa Gdańska" znajduje się tuż przy Złotej Bramie, na początku ul. Długiej

Można tu znaleźć mnóstwo świetnych rzeczy, także sygnowanych marką "Szafy Gdańskiej"

Niestety, z wyborem miejsca obiadowego nie mamy już takiego szczęścia – pizza w pizzerii „Babaim” jest najzwyczajniej w świecie paskudna, a i jakość obsługi pozostawia bardzo wiele do życzenia. Odradzamy…

Po obiedzie, wraz z Michałem, który dołączył do nas w międzyczasie, idziemy jeszcze pod Bazylikę Mariacką – tym razem jednak nie mamy już zamiaru wspinać się na szczyt wieży – zrobiliśmy to bowiem w lipcu

82 metry, 409 schodów do pokonania - polecamy!

ale chcemy zobaczyć coś, czego na początku wakacji jeszcze nie było, czyli znajdującą się przed wejściem do świątyni miniaturę katedry – jak już pewnie zauważyliście, bardzo lubimy wszelkie makiety, modele i miniatury (kupiliśmy sobie nawet miniaturowego Żurawia i Fontannę Neptuna – Kościoła Mariackiego i Ratusza niestety kupić się nigdzie nie da…).
Poza tym taka miniatura to idealna sceneria dla Tadzia, który postanawia wcielić się w gdańskiego King Mrówkojada Konga :).

Spod katedry kierujemy się już w stronę dworca PKP – choć początkowo mamy wracać do zoo (jesteśmy już bowiem naprawdę solidnie zmęczeni weekendowym zwiedzaniem), dajemy się jednak namówić na wyprawę do Sopotu.
Po drodze postanawiamy zrobić Tadziowi jeszcze kilka zdjęć z wszechobecnymi w Gdańsku rzeźbami, pomnikami i innymi elementami małej architektury…

Tadzik i rzeźba pt. "Kwiat życia i pokoju"

niestety jedno z takich zdjęć prawie kończy się dla niego tragicznie:

Sami nie daliśmy rady sięgnąć, żeby wsadzić Tadzia na szczyt tej rzeźby...

... więc poprosiliśmy Michała. Niestety, gdy ściągaliśmy Tadzia z powrotem, prawie wpadł do środka - rzeźba jest bowiem pusta w środku...

Nawet nie chcemy myśleć co by się stało, gdyby Tadzik wpadł do środka.
Chyba trzeba by było zamknąć stronę… :).

W Sopocie, w którym spotykamy się jeszcze z Robertem, obywa się już bez przygód – poza tym musimy wcześniej wracać do Gdańska, żeby nie wracać znowu po nocy do zoo…

Stojaki w kształcie morsów przy dworcu PKP w Sopocie

Co i tak się ostatecznie dzieje – nie pytajcie nas jednak, jak do tego doszło. Po raz trzeci z rzędu :).

Dzień 4 – poniedziałek

Poniedziałek to ostatni dzień naszego pobytu w Trójmieście – postanawiamy przeznaczyć go przede wszystkim na spacer po zoo, ale w międzyczasie udaje nam się jeszcze spotkać z Panem Dyrektorem Michałem Targowskim. W końcu żegnamy się z zoo i wszystkimi zwierzakami i opracowaną już w sobotę trasą (autobus spod zoo+tramwaj nr 8) wybieramy się jeszcze na chwilę do Wrzeszcza.

Uśmiechnij się - jesteś we Wrzeszczu!

Niestety, nie mamy zbyt wiele czasu na zwiedzanie całej dzielnicy, która wciąż pozostaje najsłabiej przez nas poznaną częścią miasta, udaje nam się jednak trafić w kilka ciekawych miejsc :).

Filolog od razu czuje się raźniej w takiej okolicy!

Uwielbiamy ten sklep! Pytanie tylko - niezwykły jest: a) sklep b) Gdańsk c) Wojtek ? My stawiamy na c 🙂

Coś tu nie gra...

Nie odważyliśmy się sprawdzić, czy jest inaczej...

A Ty już słyszałeś? (ten napis widzieliśmy w kilku różnych miejscach miasta)

Tego dzielnego piechura spotkaliśmy na ul. Małachowskiego

Na koniec, tuż przed odjazdem pociągiem ze stacji Gdańsk Wrzeszcz, mamy jeszcze możliwość zobaczyć niezwykłe malowidł pokrywające całe przejście podziemne między peronami – niektóre prace są naprawdę imponujące!

 

Do domu docieramy późnym poniedziałkowym wieczorem – wykończeni, ale i w pełni zadowoleni z pobytu w Trójmieście!
Do następnego! :).

(A pełną galerię zdjęć z naszej sierpniowej wyprawy do Trójmiasta znajdziecie TUTAJ).

Reklamy

4 comments on “Karta Turysty czyli pomysł na weekend w Trójmieście.

  1. Mały bład wkradł się w relację… bilety na pętli oliwskiej można kupić nie tylko u kierowcy. Stoi tam najzwyklejszy automat z biletami! 🙂 tylko nie koło przystanku autobuswego a tramwajowego, czyli koło przejścia dla pieszych.

    • No cóż, tyle razy stamtąd jechaliśmy i nigdy tego automatu nie widzieliśmy… Dobrze wiedzieć na przyszłość! Ciekawe jednak jest to, że na samym „pawilonie”, w którym teoretycznie powinno się kupowac bilety, jest informacja, że można je kupić tylko u kierowcy, a o automacie nigdzie nawet słowa. Pewnie powinniśmy go zauważyć, ale… nie zauważyliśmy :).

  2. Witajcie,
    w związku z Waszą wizytą w zoo w Oliwie wiece coś o inwestycjach zoo. Budynek dla lwów zaczął się budować juz moze? bo w 2012 miały być wiec czasu mało 😦 tak samo z antylopami bongo, dalej nie ma:( Pzdr

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s