Mrówkojad na krańcu Polski! – jak odwiedziliśmy helskie Fokarium. Część I – Hel

Pomysł wybrania się do Fokarium w Helu przyszedł nam do głowy już podczas zeszłorocznej wizyty w oliwskim zoo, mieliśmy jednak wtedy tak napięty grafik spotkań i odwiedzin, że czasu już nam niestety żeby wybrać się na kraniec Mierzei Helskiej nie starczyło. Potem przyszły wyprawy do Człuchowa i Akwarium Gdyńskiego w ramach eksploracji zoologicznych placówek północno-zachodniej Polski, ale wizytę w Fokarium zostawiliśmy sobie na ponowną kilkudniową wyprawę do Trójmiasta, którą zaplanowaliśmy na ferie zimowe – czyli koniec lutego.
Z czterech dni, które wygospodarowaliśmy na pobyt w oliwskim zoo, jeden od samego początku postanowiliśmy przeznaczyć na wyprawę na kraniec Polski, by stanąć oko w oko z helskimi fokami, a współtowarzyszem wyprawy był nie tylko nasz pluszowy mrówkojad Tadziu, ale też Pan Marek Nakonieczny, architekt oliwskiego zoo, z którym mieliśmy już przyjemność odwiedzić Akwarium Gdyńskie.
Jadąc na Hel nie bardzo widzieliśmy czego się spodziewać poza tym, że będą tam foki, a mierzeja jest tak wąska, że są miejsca, gdzie widać równocześnie i morze, i zatokę.
Co z tego okazało się prawdą, jakie „prawdy” jeszcze poznaliśmy a które udało się nam zdementować – o tym przeczytacie w naszej relacji.
Mrówkojad na Hel(u)!

Mrówkojad(y) w drodze do Helu!

Mrówkojad(y) w drodze do Helu! (fot. M. Nakonieczny)

Zanim jednak dotarliśmy do Fokarium, czekała nas długa i obfitująca w liczne zmiany krajobrazu podróż, a wszystko zaczęło się – jakby inaczej – od pobudki w oliwskim zoo…

Na Hel, na Hel!

Niedziela, 20 lutego, godzina 8.30 – wychodzimy z zoo, zanim jeszcze zostało otwarte dla zwiedzających. Jest zimno i wietrznie, a do tego pada śnieg – chwilami dość mocno. Oczywiście żaden autobus do miasta o tej godzinie nie kursuje, dlatego czeka nas solidny spacer – dokładnie taki sam, jaki odbyliśmy i w piątek, i w sobotę – 2,5 km z zoo do dworca PKP Gdańsk-Oliwa.
Chodniki są całkowicie zaśnieżone, dlatego jesteśmy zmuszeni iść ponad kilometr szosą – na szczęście nie jedzie nią żaden samochód.

Spacer z zoo do centrum Oliwy

Spacer z zoo do centrum Oliwy

Po drodze mijamy starą wolierę kondorów, ale prowadząca do niej ścieżka jest pokryta tak grubą warstwą śniegu, że nawet nie próbujemy podejść bliżej.

Stara woliera kondorów

Stara woliera kondorów

Na oliwski dworzec docieramy kilka minut po dziewiątej, mamy więc jeszcze trochę czasu do przyjazdu pociągu – osobówka na Hel z przesiadką w Gdyni przyjeżdża o 9.44.
Pociąg o dziwo nie spóźnia się wcale (choć kilkuminutowe spóźnienie zapowiadano!) i za kwadrans dziesiąta jesteśmy już w drodze :).

Postój w Gdyni

Postój w Gdyni

Z Gdyni do Helu jedziemy eleganckim szynobusem – to już zupełnie inny komfort jazdy.

To na pewno dobry pociąg...

To na pewno dobry pociąg...

Dla nas atrakcją samą w sobie jest już sama podróż, nigdy wcześniej bowiem nie byliśmy w tych stronach – a że naszym towarzyszem jest nie tylko pluszowy mrówkojad, ale też Pan Marek Nakonieczny, dowiadujemy się wielu ciekawostek o mijanych miejscowościach i całym regionie.
Cel naszej podróży – Hel, położony jest na samym krańcu Mierzei Helskiej, blisko 100 km od Oliwy, półtorej godziny jazdy pociągiem.

Trasa z Oliwy do Helu

Trasa z Oliwy do Helu

Najciekawsza część podróży to oczywiście przejazd Mierzeją – 34 km od Władysławowa, gdzie ma ona swój początek, do Helu, położonego na samym krańcu cypla. W najwęższym miejscu półwysep ma szerokość zaledwie 150 metrów – w kilku miejscach z okien pociągu widać zarówno Morze Bałtyckie (z lewej strony, jadąc w stronę Helu), jak i Zatokę Gdańską (z prawej), która o tej porze roku jest zamarznięta.
Wygląda to naprawdę efektownie – pociąg zresztą przez ładnych kilka kilometrów jedzie praktycznie kilka, kilkanaście metrów od brzegu Zatoki.
Mierzeja Helska to niezwykle interesujące miejsce, nie tylko ze względu na plaże i morze czy zatokę, ale tym razem nie mamy czasu na eksplorację okolicy – celem jest helskie Fokarium i tylko na nim skupiamy się podczas tej wyprawy.
Co prawda dworcowa architektura mijanych miejscowości nie zachęca do opuszczenia pociągu:

...łelkam tu?

...łelkam tu?

ale ponoć cała reszta prezentuje się znacznie lepiej. Wierzymy :).
Do Helu docieramy kwadrans po dwunastej – jest zimno i spokojnie, ale to jedyny okres w roku, kiedy z pociągu nie wysypują się tłumy.
Helski dworzec prezentuje się już znacznie lepiej, ale i tak zastanawia nas, jak ci „graficiarze” się tam dostali…

Stacja Hel

Stacja Hel

Przynajmniej mają kanapki na wynos 🙂

Hel wita!

Hel to tak naprawdę niewielka miejscowość turystyczna, która poza sezonem niczym nie różni się od wielu nadmorskich miasteczek niemal wymarłych o tej porze roku – z tą tylko różnicą, że ma Fokarium, które jest atrakcją całoroczną i przez cały rok przyciąga odwiedzających. Obecność Fokarium da się zresztą wyczuć w całym mieście, sami mieszkańcy bowiem traktują tę placówkę jako jeden z symboli miasta i czołową jego atrakcję.
O tej porze roku Hel jest nieco sennym, cichym miasteczkiem, na dodatek przyjechaliśmy tu w niedzielę, toteż miasteczko jest niemal zupełnie opustoszałe – pojedyncze samochody, nieliczni przechodnie.
Pomyśleć, że za pół roku będzie to wszystko wyglądało tak.
Póki co zatem cieszymy się z uroków spokoju i ruszamy na poszukiwania Fokarium – nie będzie to trudne, ponieważ nasz towarzysz, Pan Marek Nakonieczny, bywał w nim wielokrotnie, poza tym w mieście ustawionych jest wiele tablic z planem Helu, na którym Fokarium jest wyjątkowo wyraźnie oznaczone:

Plan Helu

Plan Helu

Z dworca PKP do Fokarium idziemy ul. Dworcową, dalej Lipową i Portową – to zaledwie kilkaset metrów, dlatego po paru minutach jesteśmy na miejscu. Przez całą trasę towarzyszą nam plany miasta i kierunkowskazy – nie sposób do Fokarium nie trafić:

Już blisko!

Już blisko!

O innych sposobach dotarcia do Fokarium przeczytacie tutaj.
Fokarium znajduje się przy Bulwarze Nadmorskim, dosłownie kilka metrów od brzegu zatoki:

Gdy z ul. Lipowej skręcamy w Portową, znajdujemy się praktycznie nad samym brzegiem zatoki – według wszelkich danych, Fokarium znajduje się tuż tuż, ale… jakoś nic, co by pasowało do naszych wyobrażeń nie znajduje się w okolicy…

Koniec świata...

Koniec świata... (fot. M. Nakonieczny)

W pierwszej chwili myślimy, że to ten kopulasty budynek na horyzoncie, ale okazuje się, że to jednak nie Fokarium…

Gdzie to Fokarium?

Gdzie to Fokarium?

Fokarium mamy bowiem… dosłownie przed nosem! Tyle, że sam obiekt, a właściwie cały kompleks, wygląda dość niepozornie – kto oczekuje budynku wielkości Akwarium Gdyńskiego czy wielkiego kompleksu pawilonów i basenów, może się trochę rozczarować. Nam miny rzedną tylko na chwilę – kilka godzin w Fokarium sprawiają, że…
Ale o tym jutro – dziś, w pierwszej części, postanowiliśmy się bowiem skupić na samej podróży (w obie strony) oraz zwiedzaniu Helu, o Fokarium zaś opowiemy jutro – materiał uzbierał się bowiem trochę zbyt obszerny i uznaliśmy, że lepiej będzie go podzielić na dwie części – Hel i Fokarium właśnie.
Zapraszamy tymczasem na mały spacer po Helu, który my odbyliśmy już po wizycie w Fokarium.

Nie samymi fokami Hel żyje…

… choć z drugiej strony na każdym kroku doświadczamy tego, jak mocno Fokarium zakorzeniło się w świadomości mieszkańców – dla wielu z nich jest ono kluczową atrakcją Helu, zwłaszcza poza sezonem, gdy do zaoferowania nie ma piaszczystych plaż i morskich kąpieli. Nawet gdy zaglądamy do kawiarni, obsługująca nas pani pyta, czy już odwiedziliśmy Fokarium i rzuca przy okazji ciekawostkami na jego temat (zna też najświeższe nowinki!). Jeśli dodamy do tego, że dla wielu mieszkańców Helu pójście do Fokarium na pokaz karmienia jest często nieodłącznym elementem niedzielnego spaceru, mamy obraz placówki tyleż popularnej, co wspieranej przez lokalną społeczność i zachwalanej przyjezdnym.
Interesujące.
Zważywszy, że Hel odwiedzamy pod koniec lutego, gdy na dworze jest kilka stopni poniżej zera, a temperatura odczuwalna jest pewnie trzykrotnie niższa, nasz helski spacer i zwiedzanie miasteczka jest niestety mocno ograniczone – możemy też sobie tylko wyobrazić, jak tłoczno i gwarno jest tu w sezonie.
Siłą rzeczy zatem ograniczamy nasz spacer do okolic Fokarium i dworca PKP, koncentrując się głównie na terenie nadbrzeżnym.

Na nabrzeżu…

Hel (fot. M. Nakonieczny)

Szczególnie interesuje nas tajemnica kopulastego budynku, stojącego na portowym molo. Obiekt, który początkowo wzięliśmy za Fokarium, przyciąga swą intrygującą sylwetką i ciekawą lokalizacją – znajduje się bowiem niemal w połowie długości molo, dobre 200 metrów od brzegu.
No to idziemy!

W tle m.in. Muzeum Rybołóstwa Morskiego (w dawnym kościele)

W tle m.in. Muzeum Rybołówstwa Morskiego (w dawnym kościele)

Chyba nie musimy przypominać, że jest przeraźliwie zimno i dość mocno wieje, a my jesteśmy już solidnie zmarznięci – jest już w końcu dobrze po trzeciej…

Zatoka Gdańska

Zatoka Gdańska

Tadziu na tle Zatoki

Tadziu na tle zatoki - Mrówkojad tu był!

O tej porze roku i dnia, ale też w ten dzień tygodnia (niedziela) Port Hel jest wyjątkowo cichym i spokojnym miejscem – a w śnieżnej scenerii prezentuje się wyjątkowo ciekawie i jest bardzo wdzięcznym miejscem do fotografowania – tym bardziej, że właściwie nic i nikt nam nie przeszkadza.
No, może poza okropnym zimnem, które utrudnia utrzymanie aparatu (a robienie zdjęć w rękawiczkach do najłatwiejszych nie należy…).

Port Hel

Port Hel

(poniższe zdjęcia – fot. M. Nakonieczny)

Wreszcie dochodzimy do tajemniczej kopuły, która zgrabnie wkomponowuje się w otoczenie:

Coraz bliżej...

Coraz bliżej... (fot. M. Nakonieczny)

Ciekawe co to...

Ciekawe co to...

Obiekt, który wzięliśmy początkowo za Fokarium, a na myśl przywodzi też nadmorskie planetarium (czy coś w tym stylu…) okazał się być – ku naszemu małemu rozczarowaniu – „obiektem zaplecza socjalnego i punktem informacji turystycznej w porcie rybackim w Helu”.
No jednak nie tego się spodziewaliśmy :). W dodatku „planetarium” jest zamknięte, więc nici ze zwiedzania niewątpliwie pasjonującego wnętrza.

Z bardzo bliska obiekt niestety traci trochę ze swego uroku...

Z bardzo bliska obiekt niestety traci trochę ze swego uroku...

Na pociechę dowiadujemy się, że… gdzieś tu jest ocean!

Ocean? Na lewo!

Ocean? Na lewo!

Mimo zimna i wiatru decydujemy się iść dalej – do samego końca molo. Skoro zaszliśmy już tak daleko, głupio byłoby przecież nie sprawdzić, co kryje się na końcu!
Gdy dochodzimy do krańca molo, znajdujemy się w miejscu, w którym nie był jeszcze żaden pluszowy mrówkojad – na krańcu Polski, w dodatku wśród wichrów i mrozu :).
Nasz pluszowy towarzysz jest jednak niestrudzonym wędrowcem i nic sobie z tego nie robi:

Mrówkojad na krańcu Polski!

Mrówkojad na krańcu Polski!

Kolumb wśród pluszaków!
Kolumb wśród pluszaków!

W pewnym momencie z oddali wyłania się statek, który w eskorcie mew przepływa przed nami i zawija do helskiego portu.

Do portu!

Do portu! (fot. M. Nakonieczny)

Wracamy i my – wystarczająco już zmarzliśmy…

Choć w tym momencie trudno w to uwierzyć, Hel nie tylko nie jest biegunem zimna w Polsce, ale jest statystycznie jednym z cieplejszych miejsc! Wynika to z faktu otoczenia go ze wszystkich stron wielkim akwenem, który jest magazynem ciepła w okresie zimowym, „podgrzewającym” powietrze. Natomiast Hel jest jednym z najzimniejszych miejsc w zakresie temperatury „odczuwalnej”, na co wpływają silne wiatry wiejące ze wszystkich stron (brak naturalnych osłon) i bardzo duża wilgotność powietrza (akwen ze wszystkich stron).
Statystyki statystykami, ale nam jest naprawdę zimno, dlatego szukamy jakiegoś miejsca, gdzie można by się napić czegoś ciepłego.
Na koniec jeszcze pamiątkowe foto z… niedźwiedziem – jak wiadomo powszechnie, od Tatr po Bałtyk to symbol polskości i Polski i żadna foka go nie wyprze – i drepczemy w stronę dworca PKP.
Robi się i coraz zimniej, i coraz ciemniej, i coraz później.

Jak głosi inskrypcja nad misiem: "Najpierw kawa, lody, soczki a potem foczki"

Jak głosi inskrypcja nad misiem: "Najpierw kawa, lody, soczki a potem foczki"

Hel opuszczamy o 17.27 – na dworcu w Oliwie jesteśmy niespełna dwie godziny później. Podróż powrotna mija nam na dyskusji o Fokarium i wrażeniu, jakie na nas zrobiła ta niepozorna placówka, którą chętnie dla porównania odwiedzimy także latem.
Jakie to były wrażenia, czego się dowiedzieliśmy i jak tak naprawdę wygląda Fokarium – opowiemy jutro!

Reklamy

9 comments on “Mrówkojad na krańcu Polski! – jak odwiedziliśmy helskie Fokarium. Część I – Hel

  1. W końcu! SUPER relacja i dziesięć razy większy smak na samo fokarium mi zrobiliście, które mam nadzieję będzie moim domem przez dwa tygodnie w wakacje bo wysłałam aplikację na wolontariusza (żeby tylko mnie przyjęli) 🙂

    Najbardziej podobają mi się zdjęcia Tadzia na tle morza – wygląda pięknie – o tej porze roku tworzy się niesamowity wygląd morza i nieba, dając wyjątkowo urokliwe tło. Znak przy knajpce i wieści o tym jak Helscy mieszkańcy znają i lubią fokarium sprawia, że człowiekowi cieplej na sercu się robi – chciała bym, żeby ogrody zoologiczne też kiedyś tak ważny status w społeczeństwie przybrały – ale w takich miastach jak Wrocław, czy Poznań jest to naprawdę dużym wyzwaniem.

    Na koniec jeszcze wspomnę, że po cichu zazdroszczę tak wspaniałego towarzystwa do zwiedzania 😉

    • Nas też zapraszano na letnie praktyki, ale chyba nie zmieścimy tego w naszym grafiku (że też podczas studiów na to nie wpadliśmy…).
      A Tadziu strasznie się bał tak pozować na tle morza (wiało mocno), ale był odpowiednio asekurowany (raczej nie byłoby szans, żeby ktoś w razie czego rzucił się za nim w morze…).
      Fokarium jest w samym Helu bardzo popularne i cenione, ale pamiętać musimy, że jest to obecnie największa – a poza sezonem właściwie jedyna – jego atrakcja, którą nieliczni (4 tysiące) mieszkańcy potrafią docenić, chętnie wspierają, zachęcają turystów a i sami odwiedzają, zwłaszcza w weekendy.
      Wiadomo, że ogrodom zoologicznym w dużych miastach trudniej uzyskać taki status (konkurencja innych atrakcji), ale już zbudowanie „marki” i renomy zoo wśród mieszkańców jest możliwe – wystarczy podać przykład Wrocławia. Ciężką, ale przemyślaną i świetnie realizowaną pracą udało się „przekonać” mieszkańców – i miasto – że zoo może być atrakcją i wizytówką miasta, czymś, czym można się pochwalić przed turystami ale też może odpowiadać na potrzeby mieszkańców samego Wrocławia. Trochę na drugim biegunie mamy Poznań – tu stawia się na sport (sport=Lech Poznań), biznes i… no właśnie, trudno powiedzieć, co jeszcze.
      Ogrodem zoologicznym nikt sobie nie zapląta głowy. Szkoda, bo dla wielu nowoczesnych miast świata DOBRY ogród zoologiczny bywa jedną z najlepszych wizytówek i najchętniej odwiedzanych miejsc (co ważne – zarówno przez przyjezdnych, jak i przez „tubylców”.). No ale to już temat na osobny materiał :).

  2. Tak odnośnie reklamy ogrodów zoologicznych – myślę, że bardzo dobrze poradziła sobie z tym Praga – jak byłam tam w czerwcu – na mieście widziałam całe mnóstwo bilbordów z najciekawszymi zwierzakami z zoo i napisem „Seznamte se” (spotkajmy się) – np. z mrównikiem 🙂 Były też reklamy na autobusie/tramwaju – we Wrocławiu tramwaj zoo też myślę, że świetnie się sprawdza. Dzięki temu, że każdy widział iż to zoo w Pradze jest – bardzo dużo turystów je odwiedza 😀

    Wiadomo, że w dużym mieście zoo nie będzie raczej największą atrakcją, ale może być taką naprawdę znaną, o której głośno – gdzie rodziny z dziećmi bardzo chętnie zajrzą podczas pobytu w danym miejscu – w końcu większość dzieci bardziej „kręci” wizyta w zoo niż zwiedzanie zabytków, czy muzeów 😉

    • Że można – to pozytywnych przykładów jest wiele, wciąż są to jednak głównie wzorce z zagranicznych ogrodów zoologicznych (najlepiej w tej dziedzinie radzą sobie chyba jednak ogrody amerykańskie) – u nas ciągle wygląda to gorzej, niż lepiej, a dobry przykład Wrocławia jest niestety nadal pozytywnym wyjątkiem.
      A propo zabytków – nam ciągle przypomina się wycieczka szkolna z podstawówki do Trójmiasta – wozili nas po kilkunastu kościołach, ale do zoo to nas nie zabrali…

      • Dodam, że reklamy miasta Hel znajdują się również w Trójmieście. Hasło brzmi: Zapraszamy do Helu zimą (czy coś w tym stylu), a w około znajdują się atuty np. puste plaże i rzecz jasna, fokarium (to największymi literami).

      • No i właśnie o to chodzi – tak się buduje dobry klimat wokół zoo i odpowiednią reklamę.
        Od dawna marzył nam się taki specjalny zoobus w Poznaniu, a nie doczekaliśmy się nawet naklejki na autobusie jeżdżącym do Nowego Zoo…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s