Tam sięgaj, gdzie Mrówkojad nie sięga… Wyprawa Anzy do zoo w Opolu

Na relację z Opola trzeba było czekać na naszej stronie miesiącami. Jedna z naszych czytelniczek, Rachel Formella znana czytelnikom „Mrówkojada” i zooforum jako Anza, poradziła sobie z nią w czasie dużo krótszym, dzięki czemu już dziś możecie na „Mrówkojadzie” zapoznać się z całkiem świeżym spojrzeniem na opolskie zoo. Zapraszamy do relacji z Ogrodu Zoologicznego w Opolu napisanej przez naszą nową terenową korespondentkę :).

Tekst oraz zdjęcia są autorstwa Anzy i jej koleżanek Anny Stec i Katarzyny Roman. Redakcja „Mrówkojada” dokonała tylko niezbędnej korekty oraz wstawiła śródtytuły i podpisy pod zdjęciami.

Przygotowania do wyprawy

Moją wyprawę z Wrocławia do Opola zaczynam od zawiezienia psiaka do znajomej, żeby mieć cały dzień na zwiedzanie zoo – niestety w Polsce jeszcze nie doczekaliśmy się możliwości odwiedzania ogrodu  zoologicznego z psem, jak to jest za granicą (psiaka możemy zabrać np. do zoo w Pradze lub Dvur Kralove w Czechach). Po zostawieniu owczarka w dobrych rękach wybieram się prosto na Dworzec Główny PKP – tam z powodu remontów i związanego z
tym nowego budynku dworca tymczasowego chwilę zastanawiam się, w jakiej
kasie mam kupić bilet i na jakie linie, ale na szczęście szybko udaje mi się we wszystkim zorientować. Później również na peronach czeka mnie chwila stresu, gdyż mój pociąg wyjątkowo został podstawiony gdzie indziej, niż było to wcześniej wyświetlane – na szczęście informacja o tym została podana wystarczająco wcześnie, żeby zdążyć znaleźć odpowiedni peron i zarazem pociąg. Teraz już nic nie mogło mnie zatrzymać – jeszcze tylko chwila i ruszyłam w kierunku Opola. Po drodze jeszcze dosiadały się do mnie koleżanki, które mieszkają akurat na trasie Wrocław-Opole i z miłą chęcią ruszały ze mną na podboje zoo. One mają bliżej, więc już nie raz tam były i znają ogród – dla mnie to była pierwsza wizyta w tym zoo, więc koniecznie chciałam wszystko zobaczyć.

Już w Opolu!

Po wyjściu z Dworca Głównego w Opolu około godziny 11.00 obrałyśmy kierunek na lewą stronę, przeszłyśmy nieduży odcinek prosto i zanim miałyśmy okazję, żeby się gdzieś pogubić, witały nas pierwsze drogowskazy kierujące do zoo. Cała droga zajęła nam jakieś 10 minut. Szybko kupiłyśmy bilety, przy okazji oglądając sklepikowe gadżety i ze smutkiem stwierdzając, że nie mają pluszowych uchatek – ruszyłyśmy w stronę ogrodu po drodze jednak zatrzymał nas jeszcze lej, przy którym urządziłyśmy małe wyścigi monet – a przy okazji miałyśmy okazję dorzucić się na zwierzaki – myślę, że tego typu skarbonki są świetnym dodatkiem do takich miejsc i pewnie pomagają zapobiegać wrzucaniu monet na wybiegi zwierząt przez zwiedzających (właśnie przez monety i inne metalowe skarby straciły żywot dwie z opolskich uchatek kalifornijskich, a również foka szara z fokarium na Helu).

Pierwsze wybiegi, które widzimy, należą do piesków preriowych i susłów – można wejść korytarzem pod wybieg i później drabinką wspiąć się do specjalnego punktu widokowego pośrodku wybiegu, gdzie można by stanąć oko w oko z małym ssakiem. Zimą wybiegi są jednak puste – wrócimy zatem, jak będzie cieplej, teraz zaś sam wybieg wart jest  zobaczenia. Zaraz obok znajdują się pomieszczenia jaguarundi – w pierwszej klatce mogliśmy oglądać samca, natomiast z tyłu widać było odgrodzony drugi wybieg, gdzie, jak później się dowiedziałam, urzęduje samica – zwierzęta te jednak na razie nie są łączone. Przylegający do nich wybieg zamieszkuje para wilków grzywiastych – piękne zwierzęta poruszają się zgrabnie inochodem, ja zaś po drugiej stronie szyby wzdycham wspominając wilka z Wrocławia, który niedawno odszedł na drugą stronę tęczowego mostu.

Wilk grzywiasty (fot. Rachel Formella (Anza))

Wilk grzywiasty (fot. Rachel Formella (Anza))

Następnym punktem programu – przeze mnie najbardziej wyczekiwanym – jest basen uchatek. Bardzo ładnie zbudowany obiekt ze wspaniałymi miejscami widokowymi – tutaj czas na dłuższy przystanek na ławkach przed szybą, za którą co rusz przepływają nam przed nosami uchatki.

Dalej oglądamy opustoszałe wyspy lemurów, gibonów i goryli dochodząc do wiwarium z siamangami – one zasługiwały na dłuższy przystanek, gdyż były bardzo aktywne – bujały się na swoich długich ramionach przeskakując ze skałki na gałązkę po całym terenie. Następne naszym oczom ukazały się wikunie, którym nie straszny był lekki mróz jaki panował na dworze – stado pałaszowało akurat śniadanie.

Wikunie podczas posiłku (fot. Rachel Formella (Anza))

Wikunie podczas posiłku (fot. Rachel Formella (Anza))

Następne w programie były goryle i małe małpki – ich budynek jest jednym z nielicznym miejsc w zoo, gdzie można się ogrzać. Obeszliśmy cały budynek zatrzymując się na chwilę przy każdym kolejnym wybiegu – mnie najbardziej ciekawiły sajmiri, które wiosną mają pojawić się na nowej wyspie we Wrocławiu i niezwykle intrygujący lemur mokok, z którym wcześniej jeszcze się nie spotkałam, a z całą pewnością wart jest uwagi.

Lemur mokok (fot. Anna Stec)

Lemur mokok (fot. Anna Stec)

Serwal z opolskiego zoo (fot. Rachel Formella (Anza))

Serwal z opolskiego zoo (fot. Rachel Formella (Anza))

Po wyjściu z małpiarni spotykamy na wybiegu dwa serwale, z których jeden bawi się patykiem na zamarzniętym stawie. Polowanie na całego – skrada się, naskakuje, jeży i na dodatek ślizga jak łyżwiarz figurowy po tafli lodu. Po jakimś czasie koło wybiegu przechodzi pracownik zoo, na widok którego serwal dostaje żyrafiej szyi i zapomina o patyku, co było dla nas sygnałem, żeby ruszyć się dalej. Teraz oglądamy woliery z ptakami – najpierw trzy największe, z czego w pierwszej pustki, a w dwóch następnych mijamy kolejno kondora i orła przedniego. Zaraz obok obejrzeć możemy wiele innych ptaków – głównie papug, z czego widać, że części nie przeszkadza ziąb, inne zaś dzioba z wewnętrznych pomieszczeń nie wychylają. Tuż obok ptaków widać wybiegi dużych kotów drapieżnych jeden z jaguarem, który po chwili oczekiwania wyszedł do nas, ale niestety na wybiegu zaczął chodzić po dwumetrowej ścieżce w tę i z powrotem, co jest dość typowym objawem choroby sierocej dużych kotów. Sąsiedni obiekt należy natomiast do pumy, z których jedną
widzimy tylko chwilę czmychającą do ciepłego domu.

Jaguar na przechadzce (fot. Rachel Formella (Anza))

Jaguar na przechadzce (fot. Rachel Formella (Anza))

Następnie udaliśmy się do mrówkojadów – ach… jak ja chciałam je zobaczyć po raz pierwszy w życiu – jednak ku mojemu wielkiemu zawiedzeniu obydwa spały w najlepsze zwinięte w kłębuszki. Mogłam jedynie strukturę i kolorystykę sierści sobie pooglądać. Niedaleko mrówkojadów znajduje się bardzo ciekawy element Opolskiego zoo – ogród ziół – o tej porze roku jednak do oglądania pozostają głównie tabliczki. Ponieważ słońce zza chmur się nie wychylało, a temperatura cały czas utrzymywała się poniżej zera – odczuwałyśmy potrzebę zagrzania się choć przez chwilę, więc zawitałyśmy do budynku opisanego jako świat stawonogów. Tutaj bardzo podobał mi się sposób ekspozycji terrariów. Ciekawym patentem było umieszczenie niektórych pod przeszkloną podłogą – niestety trochę już startą, co utrudniało widoczność – co jednak nie przeszkodziło mi z znalezieniu ptasznika, który właśnie wychodził z siebie i zamierzał stanąć obok – czyli zmieniał wylinkę. Bardzo dogłębnie zbadałam wszystkie wiwaria ze szczególnym uwzględnieniem ptasznikowych, gdyż one mają dla mnie, jako byłego hodowcy, wartość sentymentalną. Po wizycie wśród najmniejszych mieszkańców zoo wszyscy w zasadzie znowu byli już głodni dlatego postanowiłyśmy zjeść nasze śniadanie jednak koło budynku stawonogów trwały jedynie prace budowlane, więc postanowiłyśmy znaleźć bardziej dogodne miejsce – w końcu padło na ławki przy uchatkach, gdzie dodatkowo w tunelu byłyśmy osłonięte od wiatru.

Tak mrówkojady śpią w Opolu :) (fot. Rachel Formella (Anza))

Tak mrówkojady śpią w Opolu 🙂 (fot. Rachel Formella (Anza))

Podczas posiłku przez lustro wody dostrzec mogłyśmy opiekuna, który akurat wyławiał co niepotrzebne z dna basenu. Skoro już namierzyłam opiekuna uchatek nie mogłam odpuścić – pośpieszyłam się ze zjedzeniem do końca i zostawiając koleżanki ruszyłam w jego stronę. Przerwałam jego spokój pracy zaczynając od pytań na temat opolskich uchatek (są trzy – siedmioletnia Moli i trzyletnia samica Grace oraz w podobnym wieku samczyk Arni). Szybko jednak nasze rozmowy rozwinęły się również na inne tematy – ja opowiadałam trochę więcej jak to jest we Wrocławiu, opiekun zaś opowiadał o swoich podopiecznych. Dowiedziałam się bardzo dużo ciekawych informacji. Później nawet zostawił czyszczenie basenu i poszedł ze mną do jaguraundi i wilków grzywiastych, gdzie opowiadał o nich znacznie więcej i nawet specjalnie dla mnie wszedł na wybieg – dzięki czemu mogłam
zaobserwować niesamowity język ciała tych zwierząt w reakcji na człowieka- każdy nawet najmniejszy ruch wywoływał jakiś sygnał ze strony zwierząt – a to położyły uszy, to się oblizały – dla mnie przeżycie nie do zapomnienia. Taki pracownik to prawdziwy skarb dla ogrodu – widać było, że naprawdę przywiązuje się do zwierząt i ma do nich wielkie serce. Mówił mi też, że rankami pomaga przy dużych kotach i z własnej inicjatywy bawi się z nimi, żeby urozmaicić im trochę czas i zachęcić do ruchu. Opiekun ten był szalenie przesympatyczny i mam nadzieję, że jeszcze przy jakiejś opolskiej wizycie go spotkam.
Tymczasem zauważyłam jak się zagadaliśmy, pożegnałam się zapewniając rozmówcę, że wrócę na karmienie uchatek i pognałam na pokaz karmienia
goryli, na który już byłam spóźniona.

Jeden z opolskich goryli nizinnych (fot. Rachel Formella (Anza))

Jeden z opolskich goryli nizinnych (fot. Rachel Formella (Anza))

Niestety, mimo że minęło zaledwie kilka minut od wyznaczonej godziny,
okazało się, że już jest po wszystkim i jedyne co zobaczyłam, to
dopijanie soku z butelek. Mam nadzieję, że więcej szczęścia będę miała
następnym razem – tym zadowoliłam się oglądaniem zachowań goryli po
posiłku, które w ten czas zrobiły się naprawdę aktywne i następnie
jeszcze raz obeszłam wszystkie inne wybiegi w budynku. Po małpiarni
postanowiłam wrócić do mrówkojadów – niestety spały dalej w najlepsze
i nawet nie zmieniły pozycji – ja osobiście myślę, że to zemsta za
fakt, iż ekipa mrówkojada zawsze spotyka jedynie śpiącego mrównika
kiedy wizytuje „moje” miasto ;o) (nie wiemy, my w niczym takim mrówkojadzich pazurów nie maczaliśmy 🙂 – przyp. Red. M.). Dalej wyruszam już w większym pośpiechu na zwiedzanie reszty ogrodu, żeby nie przegapić następnego karmienia. Mijam puste wybiegi zwierząt Ameryki Południowej – jedynie gdzieś w oddali widać jakieś lamy, czy na innym wybiegu alpaki. Następnie dochodzimy do młodego stada wilków europejskich – te śpią na górce, więc możemy je zobaczyć, ale niestety nie przez szyby w podziemnym korytarzu i po drugiej stronie ścieżki spotykamy pandę małą (zwierzątko z logo tego ogrodu), którą widzieć można i owszem, ale tylko jako zwiniętą na czubku drzewa charakterystycznie umaszczoną, futrzatą kuleczkę. Dalej idąc w stronę Afryki mijamy sporo pustych wybiegów, ale na niektórych spotykamy zwierzęta, czyli dziki i mundżaki chińskie.

Gepardy zimą lubią się wylegiwać... (fot. Katarzyna Roman)

Gepardy zimą lubią się wylegiwać... (fot. Katarzyna Roman)

Dalej dochodzimy do mini zoo, które ku naszemu zdziwieniu jest nieczynne (bo w remoncie). Zimno doskwierało chyba dosyć solidnie bo nawet kucyki były pochowane w stajni – dalej już sawanna afrykańska nikogo nie dziwiła swoimi pustkami. Na szczęście za chwilę mogliśmy zagrzać się w ciepłej żyrafiarni, gdzie jej główni cętkowani lokatorzy prezentowali się w pełnej klasie przechadzając się i żując gałązki. Mnie tutaj interesował też bardzo nosorożec – do niego jednak również nie miałam za wiele szczęścia, gdyż cały czas stał odwrócony tyłem i ani myślał zmieniać pozycji. Po wyjściu z budynku zawitałyśmy do gepardów – jeden z nich leżał na zewnątrz. Na zamkniętych w budynkach wybiegach mogłyśmy zobaczyć również surykatki, a niewiele dalej zwierzęta Australii, czyli walabie Benetta i kangury rude.

Żyrafy w opolskiej żyrafiarni (fot. Katarzyna Roman)

Żyrafy w opolskiej żyrafiarni (fot. Katarzyna Roman)

To już sam koniec zoo – wracałyśmy jednak inną drogą mijając na dworze watussi oraz wspólny wybieg baktrianów z kułanami, które zimna najwyraźniej się nie boją, bo przechadzały się blisko nas prezentując się w pełnej krasie.

Baktrianom mróz niestraszny! (fot. Anna Stec)

Baktrianom mróz niestraszny! (fot. Anna Stec)

Kułany również zimy się nie boją (fot. Anna Stec)

Kułany również zimy się nie boją (fot. Anna Stec)

Kolejne ukazują nam się woliery z sowami, z których najciekawsze okazują się śnieżne, gdyż jedna z nich uparła się na atakowanie z towarzyszącym temu bardzo ciekawym dźwiękiem (który zapewne oznacza jej gotowość do ataku)  obiektywu przy próbach zrobienia zdjęcia.

Sowa śnieżna atakuje aparat (fot. Anna Stec)

Sowa śnieżna atakuje aparat (fot. Anna Stec)

W tej chwili zbliża się 14.00 – śpieszymy więc od lemurów na karmienie, gdzie koło ich wybiegu w naszym ulubionym (bo najcieplejszym) budynku małpiarni widzimy bardzo ciekawy pojemnik z napisami opatrzonymi hasłem „małpy gotowane”.

Gotowane małpy? Tylko w Opolu! (fot. Rachel Formella (Anza))

Gotowane małpy? Tylko w Opolu! (fot. Rachel Formella (Anza))

Tutaj jednak okazuje się, że moja kiepska passa trwa dalej i karmienie lemurów zimą się nie odbywa. Co więcej po wyjściu z małpiarni natrafiłyśmy na wybieg z wydrami, przed którym stała tabliczka z napisem karmienie 14:00 – gorzej być już nie mogło. Na całe szczęście wydry były przynajmniej po karmieniu bardziej żwawe i nawet jedna z nich jeszcze kończyła, druga zaś bawiła się na tafli lodowej pokrywającej większą część ich basenu. Podczas naszego przystanku doszedł do nas pan z ochrony, który ku mojej uciesze z dużym zainteresowaniem przyglądał się zwierzętom i bacznie je obserwował podczas swojego obchodu.

Wydra na lodzie (fot. Anna Stec)

Wydra na lodzie (fot. Anna Stec)

Dalej ruszamy jeszcze w stronę wybiegów pazurkowców, gdzie szczególne wrażenie robią na nas tamaryny cesarskie, miło też zobaczyć znacznie większe niż we Wrocławiu stado uistiti białouchych. Ostatnim już pozostałym nam wiwarium do obejrzenia pozostało lokum gibbonów białorękich, u których zaledwie trzy dni wcześniej urodził się maluch – jego niestety nie widzimy. Teraz został nam już tylko pokaz karmienia uchatek kalifornijskich, który przeprowadzał tym razem samotnie opiekun, z którym wcześniej już miałam okazję się zapoznać.

Grace z opiekunem podczas treningu (fot. Anna Stec)

Grace z opiekunem podczas treningu (fot. Anna Stec)

Pierwszą pokazał nam Grace, potem Arniego i na koniec najstarszą samicę Moli. Wszystkie zaprezentowały się bardzo sympatycznie, głośno i energicznie przybijały „piątki” płetwami i dawały buziaki opiekunowi, którego wyraźnie obdarzały sympatią ;o) Przy okazji dopytałam jeszcze o ich dietę – i teraz wiem, że w Opolu jada się makrele i  szproty w przeciwieństwie do śledzi, które są przewodnim pokarmem uchatek z Wrocławia.

Jedna z opolskich uchatek kalifornijskich (fot. Rachel Formella (Anza))

Jedna z opolskich uchatek kalifornijskich (fot. Rachel Formella (Anza))

Po pokazie słyszymy jeszcze, że o 15.00 uchatki są zamykane już na noc, więc żegnamy się z opiekunem i niestety ruszamy już do wyjścia, gdyż czeka nas jeszcze podróż pociągiem, a ja na dodatek muszę potem pojechać po psa, który już bardzo się stęsknił.

Podsumowując wrażenia z pierwszej wizyty w opolskim zoo – widać, że
ogród jest bardzo zadbany, niesamowicie spójny w wystroju – praktycznie każda alejka, każdy trawnik jest w jakiś sposób zaaranżowany. Praktycznie nie spotykamy tutaj starych wybiegów, które nie spełniałyby norm. Większość ogrodu wygląda jak najnowsze obiekty w innych ogrodach. Mimo, że moja wizyta miała miejsce zimą podczas mrozu, było na co popatrzeć. Lekkim minusem może być bardzo niewielka ilość miejsc, gdzie można wejść do budynku i się zagrzać, ale jednak te miejsca są (małpiarnia, świat stawonogów i żyrafiarnia). Na pewno będę często i bardzo chętnie wracać do tego zoo – już zaczęłam planować kolejną wizytę, ale chyba poczekam aż zrobi się choć trochę cieplej.

Reklamy

8 comments on “Tam sięgaj, gdzie Mrówkojad nie sięga… Wyprawa Anzy do zoo w Opolu

  1. Świetna relacja. Planuje się wybrać do Opola w wakacje, mam nadzieję, że mi się uda.

    Gdy pierwszy raz spojrzałem na zdjęci wydry to, mnie zamurowało (wydra cud?), ale po przeczytaniu opisu i lepszemu przyjrzeniu się zauważyłem lód 🙂

    Osobiście podchodzę sceptycznie do zwiedzania zoo z psem. Po pierwsze to stres dla mieszkańców zoo, a po drugi dla psa.
    Niektóre psy są oswojone z przeróżnymi widokami i zapachami, ale jak można podzielić wszystkie psiaki na te które wejdą do zoo i które nie wejdą, bo mogą nabroić?

    • Ciesze się, że relacja się podobała – znaczy się nie jestem całkiem beznadziejnym przypadkiem jeśli chodzi o relacje 😀

      Jeśli chodzi o temat psa w zoo – za swojego zwierzaka jak wszędzie odpowiada opiekun i to on powinien wiedzieć na ile jego psa stać, czy on poradzi sobie w warunkach ogrodu zoologicznego, czy też nie. Ja do tej pory z psami zwiedzającymi zoo spotkałam się tylko w dwóch miejscach – Pradze i Wrocławiu. W Praskim ogrodzie psów było bardzo niewiele mimo, że jest to opcją w pełni legalną – zachowywały się bardzo spokojnie, nie szczekały na zwierzęta, chodziły grzecznie na luźnej smyczy przy właścicielu – nie sprawiały problemów i zwierzęta też ich się nie bały. We Wrocławiu natomiast psy pojawiają się od paru lat na imprezie z cyklu Dream Night i są to psy w większości przeszkolone do dogoterapii, choć nie tylko – o nie wiadomo, że pytać nie trzeba bo ich opiekunowie to odpowiedzialni właściciele i zabierają ze sobą tylko te psy, które wiedzą, że podołają temu środowisku.

      Dla mnie – myślę, że odpowiedzialnego właściciela psów, a zarazem wielkiego pasjonaty zoo – możliwość wzięcia psa ze sobą na zwiedzanie była by wielką dogodnością. Wiem, że moje psy zachowywały by się spokojnie i umiem reagować w sytuacji, gdzie mogły by się wystraszyć – tak, żeby nie narobić zamieszania, nie zestresować zwierząt z ogrodu itp. Nie musiała bym wtedy szukać „niani” dla moich codziennych podopiecznych, żebym mogła odwiedzić jakiś ogród dalej niż we Wrocławiu.

      Mimo to jednak myślę, że Polskie społeczeństwo jeszcze nie dojrzało w swej odpowiedzialności do tego, żeby rozsądnie umieć z psem wizytować takie miejsca jak zoo. Wszędzie niestety pełno ludzi, którzy nie sprzątają po swoich podopiecznych, spuszczają je bez kontroli ze smyczy, nie reagują na prośby innych, żeby np. zabrali swojego ubłoconego laba skaczącego na ubranego w garnitur Pana – bo przecież „on chce się tylko przywitać”. W tym wypadku – dla mnie niestety, ale może i lepiej, że jeszcze nie ma pozwolenia na zabierania psa ze sobą do zoo – ma nadzieję tylko, że za ileś tam lat z biegiem czasu to się zmieni jak i mentalność ludzka z otaczającym nas światem się zmieniają 🙂

      • „Polskie społeczeństwo jeszcze nie dojrzało w swej odpowiedzialności do tego, żeby rozsądnie umieć z psem wizytować takie miejsca jak zoo.”

        I to jest niestety najtrafniejsze określenie. Niektórzy Polacy sami nie potrafią zwiedzać zoo, a co dopiero z psem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s