Jak jednak pojechaliśmy do Poznania, czyli Mrówkojad w Nowym Zoo na tropie… zwierzaków!

Najpierw mieliśmy pojechać w sobotę, później w niedzielę, jednak choroba cały czas dawała nam się we znaki i skutecznie wybiła z głowy jakiekolwiek wojaże.
Chęci nasze były jednak większe niż przeziębienie (rozsądek?) i wykorzystując fakt, że „akurat się poprawiło”, w poniedziałek z samego rana (pobudka o 4.30!) ruszyliśmy do Poznania…

Tadeusz (nie) sam w zoo

Tadeusz na parkingu przed Nowym Zoo

Do Nowego Zoo wybieramy się jednak dopiero we wtorek (oczywiście w poniedziałek zaglądamy jeszcze do Starego Zoo – toć od dworca PKP to zaledwie kilka minut drogi, ale o tym wspomnimy w następnej relacji) – wypoczęci i żądni wrażeń…
Tym razem jednak nasza wycieczka do Nowego Zoo ma nieco inny charakter, towarzyszy nam bowiem jeszcze trójka zwiedzających (w tym dwóch wyjątkowo młodych poszukiwaczy przygód, którzy razem mają nieco tylko ponad sześć lat!), a do zoo udajemy się nie pieszo czy na rowerach (jak zwykle), ani też kolejką (nie jeździ) czy autobusem/tramwajem (i tak trzeba by było dojść półtora kilometra) a… samochodem.
Po raz pierwszy od 1990 roku!

Tam, gdzie nikogo przed nami nie było…

Do zoo docieramy kilka minut przed jedenastą – to dobra godzina, bo zoo (i kasa) jest już czynne od 9.00, a od 10.00 czynna jest słoniarnia. Od 11.00 ma także kursować kolejka, więc wszystko wydaje się być w porządku.
Gdy podjeżdżamy na ogromny parking, znajdujący się tuż na lewo przed głównym wejściem do zoo, obok ptasiego azylu, okazuje się, że jesteśmy tu… pierwsi!
Całkowicie pusty, ogromny parking sprawia naprawdę upiorne wrażenie:

W oddali, po lewej - wjazd na parking

W oddali, po lewej - wjazd na parking

W tle ptasi azyl

W tle ptasi azyl

Ruszamy do zoo!

Ruszamy do zoo!

Pustka to nie kłopot – przynajmniej nie ma problemów z parkowaniem. Gorzej, że jest bardzo zimno i wietrznie – wątpliwie przyjazna pogoda na spacerowanie po zoo, ale czego się nie robi…
Inna sprawa, że – cóż za nowość! – nie ma w zoo zbyt wielu miejsc, w których można by się było ogrzać, ale do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Poza tym jako zaprawieni w boju wędrowcy jesteśmy na takie rzeczy i minusy na termometrze przygotowani!

Co innego wizyta przy kasie – na to przygotowanym nie można być nigdy.
Sprawa nr 1 – to pierwsza nasza wizyta w Nowym Zoo w 2011 roku, dlatego też nasz karnet, z którego korzystaliśmy w minionym roku tyle razy, że w pewnym momencie przestaliśmy go już nawet pokazywać, niestety stracił ważność, dlatego zmuszeni byliśmy kupić normalne bilety – w dzień powszedni to razem 28 zł.

Roczny karnet dla trzech osób do poznańskiego zoo - kupiliśmy go na początku roku, jeszcze przed podwyżką cen biletów, gdy kosztował tylko 60 zł!

Roczny karnet dla trzech osób do poznańskiego zoo - kupiliśmy go na początku 2010 roku, jeszcze przed podwyżką cen biletów, gdy kosztował tylko 60 zł!

Z karnetu zrezygnowaliśmy, bo i tak poznańskie zoo najpewniej będziemy odwiedzać tylko w weekendy i święta, a wtedy jak wiadomo bilet roczny nie obowiązuje.
Co innego jednak nasi towarzysze, którzy taki karnet chcą zakupić – dla nich to również pierwsza wizyta w nowym roku.
Nic z tego – mimo, że odwiedzamy zoo 15 lutego, w połowie miesiąca – a więc siedem tygodni po rozpoczęciu nowego roku, dowiadujemy się, że: „Biletów rocznych nie kupimy, bo ich jeszcze nie ma”. Dlaczego? „Nie są jeszcze zrobione, bo jakiś błąd był”. Czy coś. Ciekawa sprawa – rozumiemy zatem, że jak bilet roczny się w końcu pojawi, to będzie obowiązywał przez rok, czyli dajmy na to do końca lutego 2012 roku, albo będzie biletem dziesięciomiesięcznym.
Biorąc pod uwagę, że taki karnet kosztuje 70 zł (dla trzech osób), to jest to jednak pewna strata dla kogoś, kto musi kupić normalne bilety.
Nie, żebyśmy się czepiali, ale trochę to nie w porządku. Bilet roczny, jeżeli ma obowiązywać od 1 stycznia danego roku do 1 stycznia roku następnego powinien w tym właśnie okresie być ważny. W przeciwnym razie albo powinien zostać biletem „iluśtammiesięcznym”, albo biletem na 365 dni i być ważnym „od dnia do dnia”. W innym wypadku jaki sens ma nazywanie go karnetem rocznym?
Sprawa nr 2 – na okienku kasy widnieje kartka z napisem: „Kolejka kursuje w godzinach od 11 do 14”. Świetnie, tym bardziej, że mamy ze sobą dwójkę maluchów. W tym samym oknie, tylko nieco niżej, znajduje się jednak kolejna kartka:

Czyli że jeździ, tylko nie "w dniu dzisiejszym"...

Czyli że jeździ, tylko nie "w dniu dzisiejszym"...

Po pierwsze – co oznaczają „złe warunki atmosferyczne”? Owszem, jest zimno i wieje, ale podobna pogoda utrzymuje się właściwie od końca października i będzie tak pewnie do połowy marca. Poza tym identyczną kartkę widzieliśmy 28 grudnia, podczas naszej poprzedniej wizyty w Nowym Zoo. Tyle, że wtedy było potwornie zimno, a całe zoo przykryte było grubą warstwą śniegu – to rozumiemy, kolejka mogłaby nie dać rady podjechać pod niektóre wzniesienia.
Wiadomo zatem, o co chodzi – kolejki po prostu nie opłaca się wypuszczać w trasę, bo i tak prawie nikt by nią nie jechał. Tak jak w grudniu, tak i teraz, przez całą naszą kilkugodzinną wizytę w zoo spotykamy ledwie kilka osób.
Dobrze byłoby jednak poinformować, że w okresie takim a takim kolejka nie jeździ z przyczyn ekonomicznych.
A tak mamy nieustający dzień dzisiejszy i permanentną złą pogodę.
Ale co tam, humor od razu nam się poprawia, bo przy samym wejściu dostrzegamy nową tablicę informującą wszystkich zwiedzających, żeby nie dokarmiali zwierząt w zoo.
Się chwali!

Nie dokarmiaj zwierząt w zoo!

Nie dokarmiaj zwierząt w zoo!

Czekając na kinkażu

Wreszcie wchodzimy do zoo. Gdyby nie przemykający gdzieniegdzie pielęgniarze, można by pomyśleć, że znaleźliśmy się w lesie daleko za miastem.
W Dziecięcym Zoo właściwie bez zmian, choć już wiosną ma się tu pojawić zebu ze Starego Zoo.
Basen fok jeszcze zamarznięty, choć co jakiś czas z przerębli wystaje głowa jednej z fok, jednak gdy tylko chcemy jej zrobić zdjęcie, znika pod lodem…

Basen fok

Basen fok

Stąd już tylko kilka kroków do Pawilonu Zwierząt Nocnych – jednego z zaledwie dwóch miejsc w zoo, w którym można się ogrzać.
W środku jest ciepło – i co oczywiste – ciemno. Od naszej grudniowej wizyty niewiele się tu zmieniło – samiec kinkażu zdążył się już oswoić, niestety znowu nie udało nam się go wypatrzyć. Zdążył się jednak dać we znaki mieszkającym razem z nim kanguroszczurom, dlatego zdecydowano się je przenieść na wybieg zajmowany dotąd przez pancerniki bolita – akurat byliśmy świadkami zmiany dekoracji na wybiegu tych drugich.
Więcej szczęścia mieliśmy przy wybiegu jeżatki afrykańskiej, którą dotychczas widzieliśmy tylko dwa razy, a teraz zaprezentowała nam się w pełnej okazałości – efektowny zwierzak, niestety zdjęcia zrobić mu nie sposób (zbyt ciemno!).
Czekamy zatem na samicę kinkażu, która ma przyjechać wiosną ze Szwajcarii – może w parze łatwiej będzie je wypatrzyć, a także na nowych mieszkańców pawilonu – takowi ponoć mają się pojawić w najbliższych miesiącach, ale niczego na razie nie zdradzamy…

Im dalej, tym puściej…

Ruszamy dalej – zaglądamy do lemurów alaotrańskich (znanych w Poznaniu pod nazwą „maki szary”) i piesków preriowych, których obecność na wybiegu zewnętrznym trochę nas dziwi – czyżby wyczuły już wiosnę?

Ostateczne przebudzenie czy tylko chwilowa pobudka?

Ostateczne przebudzenie czy tylko chwilowa pobudka?

Na pozostałych wybiegach w większości pustki – widać tylko koszatniczki i ruszające się drzwiczki na wybiegu wari rudych. Samych wari – nie widać.
Idziemy dalej, ale aż do wybiegu Ameryki Południowej zobaczymy już tylko bieliki olbrzymie.

Bielik olbrzymi na skale

Bielik olbrzymi na skale

Sawanna afrykańska oczywiście pusta, nie ma też czerwonaków ani żyraf, a na wybiegu południowoamerykańskim pustki zupełne – gdzieś w oddali, na przedwybiegu, widać tylko wikunie. Mrówkojady – jak to mrówkojady – śpią w chatce…
Szaleją za to czepiaki czarnorękie, ale też tylko w swoim pawilonie – dla nich jeszcze za zimno, aby wyjść na zewnątrz.

Gdzie tygrys a gdzie słoń

Za długo przy czepiakach stać nie możemy, bo robi się coraz zimniej, dlatego ruszamy dalej – prosto do słoniarni, bo tam ciepło :).
Po drodze mijamy woliery ptaków krajowych (wg oficjalnej terminologii zoo), w których zobaczyć można m.in. kanię rudą i uszatkę błotną:

Kania ruda

Kania ruda

Uszatka błotna

Uszatka błotna

Zaglądamy także do chatki tygrysów – na pierwszy rzut oka cała czwórka śpi:

Znajdź całą czwórkę!

Znajdź całą czwórkę!

Wstać, nie wstać...

Wstać, nie wstać...

Ja tam śpie...

Ja tam śpię...

Jednak już po chwili jeden z tygrysów przechodzi bezpośrednio przed szybą – zaledwie kilka centymetrów od nas. Nie pierwszy to już raz, zawsze jednak robi to na nas ogromne wrażenie. Tym bardziej, że kilka minut później „wita się” z nami przez szybę ponownie.

Chatka tygrysów nie jest jednak najcieplejszym miejscem w zoo, dlatego idziemy dalej, do słoniarni – gdzie jest ciepło, jest toaleta i pachnie słoniami. Tak bardzo, że do wieczora będziemy żywą reklamą tego miejsca…

Cała piątka na wybiegu

Cała piątka na wybiegu

Tak jak ostatnio, tak i teraz cała piątka poznańskich słoni znajduje się na wybiegu wewnętrznym, niestety z oddzielonym Ninio, który ma do dyspozycji tylko mały wydzielony wybieg. Nie przeszkadzało to jednak Yzickowi w nieustannym zaczepianiu starszego kolegi – trąby cały czas szły w ruch!
Mały popis „trąbowych” umiejętności daje także Kizia:

Całkiem nieźle, choć swego czasu nie gorszymi popisywała się jej koleżanka Kinga.

W słoniarni spędzamy trochę czasu obserwując niezwykle ciekawe zachowania słoni, a ciekawość naszych towarzyszy budzi zwłaszcza elektroniczna waga, na którą co chwila wchodzi któryś ze słoni. Sama waga jest świetnym pomysłem, szkoda tylko, że jej obecności w słoniarni trzeba się domyśleć – przydałaby się jakaś wzmianka, że:
„Oto mamy niepowtarzalną okazję przekonać się, ile ważą nasze słonie. Cierpliwości, a na pewno któryś z nich wejdzie na wagę. Trzy tony robią wrażenie!”.
Albo coś w tym stylu – w końcu sami rzadko mamy okazję zobaczyć wagę, wskazującą co najmniej trzy cyfry…

Kizia

Kizia

Wychodząc mijamy ekipę telewizyjną Polsatu, która kręci jakiś materiał do „Wydarzeń” – jaki niestety nie wiemy, ale trąba słonia ma odegrać w nim kluczową rolę.
My tylko podpowiadamy, że kogoś można zrobić w trąbę (tak, jak w konia), a nabić to można w butelkę. Dobrze, żeby w wieczornym serwisie informacyjnym nie mylić związków frazeologicznych…
Na zewnątrz słoniarni znowu chłód…

Leśne bizony i leśne… mrówkojady!

Idziemy dalej – dziś zamierzamy obejść całe zoo, dlatego też czeka nas długa wędrówka wokół wszystkich stawów, aż do wybiegu bizonów leśnych. To najtrudniejszy odcinek całego zoo – bardzo długi, a przy tym mało urozmaicony, bo na długości około kilometra mijamy zaledwie kilka wybiegów.
No a kolejka nie jeździ…
Idziemy zatem wzdłuż wybiegu zewnętrznego słoni i docieramy do wielbłądów.

Wielbłąd dwugarbny

Wielbłąd dwugarbny

Co tam jednak wielbłądy – naszą uwagę zwraca bowiem coś szarego z długim ogonem, skaczącego po gałęzi drzewa z lewej strony ścieżki, tuż za małym placykiem zabaw, na wysokości wioski mauretańskiej.
Gdy przyglądamy się uważniej, dostrzegamy znajome kształty…

Toż to Tadzik!

Toż to Tadzik!

Pluszowy mrówkojad leśny

Pluszowy mrówkojad leśny

Wystarczyło, żebyśmy na chwilę spuścili go z oczu, a już uciekł z torby…

Po złapaniu leśnego mrówkojada idziemy do jego nieco większych kolegów – bizonów leśnych. Już za wybiegiem konia Przewalskiego dostrzegamy nową tabliczkę informującą nas, z kim się zaraz spotkamy.

Nowy kierunkowskaz - jeden z kilku, jaki pojawił się w ostatnim czasie w zoo

Nowy kierunkowskaz - jeden z kilku, jaki pojawił się w ostatnim czasie w zoo

Już przed samym wybiegiem znajduje się nowiutka tablica informacyjna poświęcona bizonom leśnym – w ramach akcji stawiania nowych tablic, których już kilkadziesiąt rozstawionych jest na terenie całego ogrodu. Spory plus!

Nowa tablica informacyjna przy wybiegu bizonów leśnych

Nowa tablica informacyjna przy wybiegu bizonów leśnych

Same bizony natomiast spokojnie odpoczywają sobie na wybiegu lub też wcinają akurat obiad w stajni.

Bizon leśny

Bizon leśny

Co nieco o bizonach leśnych możecie przeczytać w naszym artykule z cyklu „Zwierzak tygodnia”, do którego obiecujemy niebawem wrócić!

Idziemy dalej – mijamy wybieg makaków, wspinamy się w górę w stronę insektarium, po czym, mijając woliery ptaków drapieżnych dochodzimy do wolier małych ssaków.
W tej części zoo trudno wypatrzyć jakiekolwiek zmiany, poza tym nasi mali współtowarzysze wędrówki są już mocno zmęczeni, dlatego przyspieszamy kroku i powoli zmierzamy już w stronę wyjścia, na dłużej zatrzymując się tylko w kilku miejscach – u karakali:

Karakal

Karakal

i zwłaszcza otocjonów, których cała czterootocjonowa rodzinka tuli się do siebie w kącie wybiegu:

Rodzinka poznańskich otocjonów

Rodzinka poznańskich otocjonów

Zresztą, większość pozostałych wybiegów i tak jest pusta, choć sporą aktywność wykazują z kolei żbiki i manule.
Niestety, dalej już prawie same pustki – próżno wypatrywać dzioborożców, marabutów, nie mówiąc już o nosorożcach.
Pewnie mieliśmy pecha, albo zbyt mało czasu, ale chłód i zmęczenie coraz bardziej dawały się we znaki.

Okolice wolier kuraków

Okolice wolier kuraków

Gdy docieramy do wyjścia, jesteśmy już nieźle zmęczeni i zmarznięci – to znak, że czas wracać do domu.
Na koniec jeszcze jedno pamiątkowe zdjęcie naszego pluszowego kompana z głazem upamiętniającym otwarcie Nowego Zoo w setną rocznicę założenia Starego i w… jubileusz XXX-lecia PRL…

Tadzik tu był!

Tadzik tu był!

A po powrocie z Oliwy opowiemy o naszej wizycie w Starym Zoo i odpowiemy na pytania: co dalej z tym murem, gdzie się podział marabut i co potrafi smok z Komodo…

Reklamy

10 comments on “Jak jednak pojechaliśmy do Poznania, czyli Mrówkojad w Nowym Zoo na tropie… zwierzaków!

  1. Relacja jak zawsze była wyjątkowo miłą lekturą – chociaż w Poznaniu jeszcze nigdy nie byłam – już po troszku czuje się jak bym znała ten ogród. Z niecierpliwością teraz będę wyczekiwać realacji z Gdańska i Starego zoo.

    • Godzinę temu wróciliśmy z czterodniowej eskapady do Trójmiasta. W najbliższych dniach ukaże się w pierwszej kolejności (w temacie relacji) relacja ze Starego Zoo (zapoczątkuje większy cykl poświęcony temu miejscu), następnie wielka relacja z Oliwy i niespodzianka w postaci relacji z wizyty w Fokarium na Helu, do którego wybraliśmy się wczoraj. A w międzyczasie relacja gościnna z Opola oraz „zagraniczna niespodzianka”.

      • Z tego najbardziej nie mogę się doczekać relacji z fokarium! 😀
        …chyba będę sprawdzać mrówkojada jeszcze kilka razy częściej (a już wchodzę z reguły kilka razy dziennie).

        • Ech, żebyśmy jeszcze mieli większe moce przerobowe :). Teraz pracujemy nad Starym Zoo, o fokarium napiszemy najpewniej dopiero na przełomie tygodnia…
          Postaramy się jednak wrócić do towarzyszącego stronie od początku założenia – czyli przynajmniej jeden tekst dziennie. Materiałów mamy na kilka, czasu – na pół :).
          Ale skoro są czytelnicy – są chęci! A że tych pierwszych mamy coraz więcej (i to „z najwyższej półki”), to i tych drugich pewnie nigdy nie zabraknie. Poza tym – setki miejsc wciąż czekają na odwiedzenie – te, w których już byliśmy – na ponowne!

          • Będziemy grzecznie wyczekiwać 😉
            Tak to niestety już jest, że nie zawsze ma się tyle wolnego czasu na hobby ile byśmy chcieli.

  2. Mi też się podoba ;p A ja czekam, ąz pojedziecie do Chorzowa lub Krakowa i zrobicie równie przyjemną do czytania relacje ak w przypadku ogrodów, które już zwiedziliscie i napisaliście coś na ich temat 🙂

    • Niestety, na razie się na to nie zanosi (brak czasu + odległość), ale cały czas kombinujemy, jak do tej wyprawy doprowadzić, bo chcielibyśmy przy okazji wpaść też do krakowskiego zoo (a raczej odwrotnie – docelowo do Krakowa, przy okazji do Chorzowa).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s