O historii warszawskiego zoo i o… przyszłości też słów kilka – czyli tam sięgaj, gdzie Mrówkojad nie sięga!

Zapraszamy dziś do lektury wyjątkowego tekstu, będącego z jednej strony próbą rysu historycznego warszawskiego zoo, z drugiej zaś specyficzną relacją ze spotkania poświęconego historii ogrodu zoologicznego w Warszawie właśnie, które to spotkanie odbyło się 10 stycznia w kawiarni ” Sens Nonsensu”.
Zapowiadając owe spotkanie marudziliśmy nieco, że sami nie będziemy mogli wziąć w nim udziału. Na szczęście na miejscu był – i wszystko nam dokładnie zrelacjonował – nasz terenowy korespondent warszawski, Michał, który specjalnie dla Mrówkojada przygotował poniższy tekst.
Dziękujemy i zachęcamy wszystkich do lektury!

(Tekst w całości jest autorstwa Michała – Mrówkojad dokonał jedynie redakcji tekstu)

Kilka dni temu w internecie pojawiła się informacja o planach zorganizowania spotkania z dyrektor Ewą Zbonikowską poświęconego historii ogrodu zoologicznego w Warszawie.
Miejsce: kawiarnia „Sens Nonsensu” przy ulicy Wileńskiej 23 – za biurami PKP (idealne miejsce dla kawiarni o tej nazwie). Organizatorem był Praski Otwarty Samozwańczy Uniwersytet Latający i było to już drugie spotkanie z zarządem praskiego ogrodu (pierwsze prowadził dyrektor A. Kruszewicz – ale, jak to stwierdził „rektor” uniwersytetu, „powiedział o wszystkim, tylko nie o zoo”).
Planowana godzina rozpoczęcia wykładu 19.00; do tego dokładamy studencki kwadrans, a że średnia wieku studentów wynosi zamiast dwudziestu lat aż czterdzieści, to nawet go podwajamy i ostatecznie zaczynamy o 19:30. W barze jest już około trzydziestu osób i pies. Wszystko zaczyna się oficjalnym powitaniem wykładowcy i studentów (Prażan, warszawiaków) przez rektora uniwersytetu. Następnie głos zabiera pani dyrektor…

Streszcza szybko, czego dotyczyć będzie wykład oraz chwali się, że w najnowszym rankingu ogrodów zoologicznych stołeczna placówka zajmuje 15. miejsce. W rankingu oceniane były zwierzostan, ukierunkowanie kolekcji, zieleń, sukcesy hodowlane, działalność dydaktyczna, zapewnienie dobrostanu (głównie tu Warszawa zyskała punkty, bo, jak usłyszeliśmy, co z tego że zwierzęta będą miały wielkie wybiegi, jak będą się na nich nudzić). Natychmiast padło pytanie, kto jest w owym rankingu liderem – oczywiście, Rotterdam. Usłyszeliśmy, że ogólnie na najlepszym poziomie są ogrody holenderskie, następnie czeskie i niemieckie. Tragiczne natomiast angielskie, hiszpańskie, a francuskie to już w ogóle porażka…
Jeśli chodzi o Polskę, to następny w rankingu jest Wrocław (okolice trzydziestego miejsca), reszta natomiast jest poza pierwszą setką. Po tym krótkim wstępie zaczęła się opowieść o historii zwierzyńców, menażerii i ogrodów zoologicznych w Warszawie.

Kilka słów o historii warszawskiego zoo

Wszystko zaczęło się w 1874 roku, kiedy to bogaty adwokat Jan Maurycy Kamiński, rozczarowany faktem, że większość europejskich stolic ma już własne menażerie, zakłada ze znajomymi zoo na przedmieściach Warszawy, przy ulicy Bagatela (obecnie ścisłe centrum). Początki są oczywiście trudne. Raczkująca spółka narzeka na braki budżetowe. Na szczęście już po roku zyskuje coraz większe poparcie – szczególnie w elitarnych kręgach cukierników i farmaceutów. Jednym z głównych motorów spółki stał się Antoni Kazimierz Blikle, właściciel działającej do dziś firmy, magnat cukiernictwa. Ogród stał się hitem wśród mieszkańców stolicy. Słonica Kasia robiła furorę, zwierzostan nawet w obecnych czasach robiłby wrażenie. Jednak nie tylko to przyciągało zwiedzających – przy pomocy Carla Hagenbecka ściągnięto również ludzi z egzotycznych krain: Dahomejczyków, Syngalezów, Hotenotów. Popularność rosła z dnia na dzień, sam Henryk Sienkiewicz włączył się w tworzenie ogrodu przekazując lisy które urodziły się niedaleko jego dworku. Niestety, opinii warszawiaków nie podzielały władze. Spółka na swej drodze napotykała coraz to nowe przeszkody. Gwoździem do trumny okazało się zatrute mięso (prawdopodobnie nie był to przypadek), które doprowadziło do śmierci wszystkich drapieżników. W 1890 roku zoo upadło, natomiast kierownik Kamiński oszalał. Kolejne lata to ambitne plany, część wychodząca z Moskwy, część z Hamburga, jednak ostatecznie nic z nich nie wynikło. Było tak aż do 1924, kiedy to zamożny cukiernik Mieczysław Pągowski sprzedaje swój majątek i zakłada drugie w historii Warszawy zoo przy ulicy Koszykowej (następnie przeniesione na Solec). Inicjatywa ponownie nie znalazła poparcia u włodarzy miasta. Jednak Pągowski nic sobie z tego nie robił – dzięki swoim kontaktom m.in. z Hagenbeckiem sprowadza ponad 70 gatunków egzotycznych zwierząt (12 gatunków małp, 3 gatunki niedźwiedzi, kunę brazylijską, ostronosy, jeżozwierze, pancerniki, marabuty, pelikany, pingwiny, flamingi, strusie, papugi, kangury, skoczki egipskie…). Ich uzupełnieniem była fauna krajowa przekazana przez rozlicznych sponsorów. Losy zoo na Solcu pokrzyżowała sroga zima. Pągowski stracił cały swój dobytek, umarł w przytułku dla bezdomnych. W podobnym okresie powstaje drugie „zoo” na terenach obecnie należących do Muzeum Narodowego – przetrwało jednak tylko rok, a żywot jego zakończył się tragicznie – pożarem budynku, w którym zimowały m.in. małpy. Zwierzęta ocalałe z obydwu ogrodów przeniesiono na Pragę, gdzie powstawał właśnie Miejski Ogród Zoologiczny w Warszawie, pierwsza placówka tego typu, która zyskała oficjalne poparcie miasta. Założycielem był prawdopodobnie najsłynniejszy polski zoolog tamtych czasów… (na sali pojawiają się szmery, Żabiński, Żabiński – na co pani dyrektor odpowiada – jeszcze nie) Wenanty Burdziński – założyciel i wieloletni dyrektor zoo w Kijowie. Ogród ruszył z niesamowitą prędkością, do grudnia 1928 na 28,5 hektarowej działce (gdzie wcześniej mieściła się szkółka roślin zakładu zieleni miejskiej) udało się stworzyć prawdziwe zoo. Niestety, zima zaczęła się wcześniej niż zazwyczaj. Dyrektor osobiście nadzorował prace nad pawilonami zimowymi, a także brał udział przy ich tworzeniu. Codziennie wstawał o 4.00 rano i szedł na budowę. Przypłacił to, niestety, życiem – zmarł w grudniu 1928 na zapalenie płuc. Jego ostatnie słowa brzmiały – „nie zabierajcie mnie z ogrodu, niech mi śpiewają moje ptaszki”. Władze miasta niestety nie wyraziły zgody na pochówek Burdzińskiego na terenie zoo, ostatecznie spoczął na warszawskich Powązkach. Miasto rozpisało konkurs na nowego dyrektora – wygrał młody adiunkt zakładu zoologii – co zszokowało kręgi naukowe związane z nim. Mówili „mógł dostać całą katedrę, a wybrał jakiś lunapark”. Jednak, jak się później okazało, wybranie go na to stanowisko było świetnym pomysłem. W tym okresie zoo osiągało liczne sukcesy. Sprowadzono słonie, które już w 1937 dochowały się małej Tuzinki. W Warszawie obył się zjazd dyrektorów ogrodów zoologicznych. Sam Żabiński był człowiekiem wielu talentów, poza zoologią interesował się, podobnie jak jego żona Antonina, sztuką. W opowieści pani Zbonikowskiej szczególny nacisk położono na czasy wojny. Kiedy zoo zostało zbombardowane, a większość zwierząt zginęła/została wywieziona do Rzeszy (zostały praktycznie tylko ptaki, foki, które odnaleziono później w okolicach Gdańska i hipopotam), na jego terenie założono tuczarnię świń. Jej kierownikiem został dyrektor Żabiński, dzięki specjalnej przepustce miał wstęp do getta, skąd miał zbierać resztki dla swoich nowych podopiecznych. Dzięki temu udało mu się ocalić kilkudziesięciu Żydów, którzy schronienie znaleźli w jego willi. Część przebywała tam tylko kilka dni, jednak byli i tacy, którzy spędzili tam kilka-kilkanaście miesięcy. Wśród nich była sławna artystka Magdalena Gross, która później odwdzięczyła się licznymi rzeźbami przekazanymi dla ogrodu (część z nich można oglądać do dziś, wiele niestety skradziono). W całej akcji bardzo ważną rolę odegrał fortepian pani Antoniny. Gdy do willi przybywali podejrzani ludzie, ta zaczynała grać na fortepianie arię z „Pięknej Heleny”. Był to sygnał alarmowy, dzięki któremu goście Żabińskich wiedzieli, że mają się ukryć (pomocny był w tym tunel rozpoczynający się w piwnicy). Sam Żabiński zaangażował się w działania wojenne jako żołnierz AK, uczestniczył w Powstaniu Warszawskim, później dostał się do niewoli. Co ciekawe willa Żabińskich stoi do dziś (zachowano ją ze względów historycznych). Na szczęście wojna się skończyła – warszawiacy zaczęli domagać się odbudowy zoo. W 1946 zapadła decyzja, że ogród powstanie na dotychczasowym terenie, a zadanie jego reaktywacji ponownie powierzono Żabińskiemu. Dzięki ogromnej pomocy swoich przyjaciół, głównie z Holandii, Czech i Niemiec, zoo zapełniało się kolejnymi, coraz ciekawszymi gatunkami. Działać zaczęło też koło młodych zoologów. Uczęszczał na nie mały Jaś, który czasami zamiast do szkoły, wybierał się z kolegami do zoo. Któregoś dnia spotkał dyrektora i powiedział, że kiedyś go zastąpi na tym stanowisku. Okres powojenny dla Polski to ciężkie czasy – do władzy dostali się komuniści, zaczynają się pomówienia, oskarżenia…
W 1950 Żabiński nie wytrzymuje i rezygnuje ze stanowiska. Zajmuje się pracą w radiu, gdzie prowadzi pogadanki na temat zwierząt. Świetnie się w tej roli odnajduje. Powstaje ponad 1500 audycji, a jego głos sprawia, że w trakcie urlopu nikt (propozycje dawano zarówno pracownikom radia jak i wielu aktorom) nie podejmuje się zastąpienia go (chociaż wystarczyło odczytać przygotowany przez niego tekst). Kolejnym dyrektorem zostaje Jan Landowski, wieloletni współpracownik Żabińskiego. Jest to okres dalszego intensywnego rozwoju, przybywają kolejne ciekawe zwierzęta. Pojawiają się też nowe wybiegi. I tak do 1972 roku. Dyrektor umiera – jego ostatnią wolą było zrobienie jeszcze jednego obchodu po zoo, niestety stan zdrowia na to nie pozwalał. Już po śmierci kondukt pogrzebowy, który wyruszył z kościoła przejechał alejkami zoo. Nowym dyrektorem zostaje Zbigniew Woliński. Za jego kadencji zoo podupada, brakuje funduszy na nowe wybiegi, stare niszczeją, magistrat nie chce przekazywać pieniędzy dla ogrodu. Jest jednak i pozytywna strona tego okresu. Woliński był pierwszym w historii zoo PR-owcem. Szerzy on zainteresowanie tematem szeroko pojętej zoologii wśród mieszkańców nie tylko Warszawy ale i całej Polski. W 1982 ustępuje ze stanowiska. Nowym dyrektorem zostaje Jan Maciej Rembiszewski. Znany ichtiolog, badacz fauny okołobiegunowej, członek PAN, w przeszłości mały Jaś, który powiedział że kiedyś zostanie dyrektorem zoo. Jego kadencja to najlepsze, co mogło spotkać warszawski ogród w tamtym okresie. Wszyscy pewnie słyszeli opowieść o wizycie prezydenta miasta, któremu pokazano popadające w ruinę klatki niedźwiedzi. W zoo zaczęły się liczne inwestycje. Co roku powstawało coś nowego…

Na tym opowieść pani dyrektor się zakończyła – o swojej kadencji dyrektor Rembiszewski opowiedział sam w filmie 80 lat Warszawskiego Zoo (można go obejrzeć w pawilonie akwarium – jeśli dobrze pamiętam około godziny 9:50). Największy zachwyt wzbudził pokaz treningu medycznego słoni i komenda „Zdechł słoń”. W trakcie długiego wykładu do sali wchodziło coraz więcej osób – pod koniec było nas już kilkudziesięcioro, jeśli nie stu (i pies, który wiernie trwał do końca). Na zakończenie cały lokal wypełnił się oklaskami. Zaczęła się też druga część wykładu, otwarta, na którą wszyscy czekali z niecierpliwością – pytania, które były nieraz bardzo ciekawe:

Pytania o przeszłość, teraźniejszość i… przyszłość zoo

Dowiedzieliśmy się o:

– Przypadkach ucieczek z wybiegów:
– słoń Rayach: przeskoczył fosę i poszedł na główną aleję, na jego drodze wylądował wróbel, który tak go przeraził, że słoń galopem wrócił do siebie i nigdy już nie uciekał.
– młody gepard zobaczył jadący meleks, wyskoczył z wybiegu, przegonił jadącego nim pracownika (który znalazł się nagle na dachu pobliskiego baru) i zajął się przeglądem technicznym pojazdu.
– często młode kangury wyskakują rano z wybiegu, ale po krótkim czasie wracają (nie stanowią zagrożenia dla zwiedzających).

– Planach modernizacji areny znajdującej się pod wybiegiem lwów (co jakiś czas powstają nowe ekspertyzy, niestety, wszystkie pomysły osuszenia zalanej sali przekraczają możliwości finansowe zoo), obecnie chętnie wykorzystywanej przez ekipy filmowe.

– Wpływach z biletów: w Warszawie pokrywają około 50% zapotrzebowania, we Wrocławiu 40%, w Poznaniu i Gdańsku 30%, Łodzi, Krakowie, Zamościu jedynie około 10%… a jakbyśmy chcieli, to moglibyśmy jeszcze je powiększyć, ale nie przełożyłoby się to na zwiększenie budżetu.

– Przymiarkach do przekształcenia zoo w spółkę z o.o. – nie jest to jeszcze konieczność, ale coraz poważniej brane pod uwagę rozwiązanie.

– Fakcie, że ogrody zoologiczne bardzo rzadko przynoszą zyski i zazwyczaj są prowadzone przez samorządy, fundacje…

– Najcenniejszych zwierzętach: z tych, które posiadamy, zdecydowanie są to słonie, poza nimi żyrafy i nosorożce, duże koty (na przyszły tydzień gepardzica ma wyznaczony termin porodu), z tych, o które się staramy samice goryla (jesteśmy na drugim miejscu w kolejce oczekujących).

– Spodziewanej ciąży jednej ze słonic – „No bo wszystkie już z naszym samcem… więc kurcze chyba którejś się udało, pewność zyskamy za pół roku”.

– Innych słoniach mieszkających w Polsce i tu ku mojemu zdziwieniu: „Jedyne stado hodowlane posiadamy my, jedna słonica afrykańska jest też w Gdańsku i dwie w Chorzowie, więcej jest słoni indyjskich: jeden w Łodzi, dwa w Krakowie i po trzy we Wrocławiu i Poznaniu”(?!) (???!!!??? – wtręt Redakcji).

– Planach przebudowy akwarium i urządzenia w nim paludarium – „taki bagnisty zbiornik dla dużych ryb, no i ciągle czekamy na zielone światło w sprawie oceanarium, ale miasto woli budować stadiony…”

– Czystości genetycznej szympansów – zadaliśmy pytanie koordynatorowi czemu nie dopuszcza naszych samic do rozrodu, a ten odpowiedział, że nie jest pewny ich pochodzenia, więc niedługo próbki ich krwi trafią do specjalnego laboratorium w USA, które rozwieje wątpliwości.

– Przyczynie rezygnacji ze starań o okapi – byliśmy na wysokim miejscu w kolejce po nie, ale kiedy przyjechał koordynator, zażądał dla nich ogromnego pawilonu (dla pary musiałoby być minimum sześć sypialń), na który niestety nie mieliśmy pieniędzy (w tej cenie woleliśmy poprawić warunki innych gatunków), naszą propozycja była obecna żyrafiarnia (oczywiście po odpowiedniej modernizacji). W tym samym czasie dwie czeskie placówki dostały zielone światło dla hodowli tego gatunku w dużo gorszych standardach.

– Rezygnacji z konkursu na nowe logo (sic!).

– Planach nowego wybiegu dla niedźwiedzi brunatnych, który miałby stanąć naprzeciwko pawilonu Anieli, za wybiegiem koni Przewalskiego – przypominałby ten z Wrocławia, ewentualnie bierze się pod uwagę nowy wybieg w Parku Praskim, ale nie przy ulicy, a w głębi – misie zostałyby jako symbol i wizytówka zoo, ale żyłyby w tysiąc razy lepszych warunkach.

– Opłacalności zwiedzania zoo zimą – ponad 95% zwierząt jest dostępna w tym okresie, a tłok znacznie mniejszy.

– Tym, że w tym roku zakończy się żywot ostatniego substandardowego pawilonu w warszawskim zoo – lamparciarni (stanie się to najpewniej w marcu).

Pytań było o wiele więcej, na koniec wszyscy dostali zaproszenie na kolejne spotkania, ale tym razem już w zoo. Jak powiedziała pani dyrektor, wykład miałby większy sens, jakbyśmy mogli oglądać to wszystko, o czym była mowa. Wstępny termin najbliższego spotkania to luty, miejscem miałaby być willa Żabińskich. No i kolejne spotkania nadejdą wiosną, kiedy ogród się zazieleni…

(Serdecznie dziękujemy Michałowi za barwną i niezwykle ciekawą relację a my mamy nadzieję, że w następnym spotkaniu uda nam się wziąć udział…)

Advertisements

27 comments on “O historii warszawskiego zoo i o… przyszłości też słów kilka – czyli tam sięgaj, gdzie Mrówkojad nie sięga!

  1. Super artykuł! Żałowałam, że nie mogę być na tym wykładzie, a więc: Michale, Mrówkojadzie – bardzo dziękuję! Cmok! 🙂
    Proszę o informację tu, na Mrówkojadzie, o terminie następnego spotkania (myślę, że nie tylko w swoim imieniu). 🙂

    To lubię… Zacząć dzień od lektury dwóch świetnych artykułów…

  2. film pokazywany jest o 9, 13:17 i latem o 15:37 sprawdziłem 😛

    a z gepardami chyba nic nie wyszło… dzisiaj byłem w zoo i widziałem że je znów połączono…

  3. „słoń Rayach: przeskoczył fosę i poszedł się na główną aleję, na jego drodze wylądował wróbel, który tak go przeraził, że słoń galopem wrócił do siebie i nigdy już nie uciekał.”

    To nie słoń Rayah lecz słonica Sonia wydostała się z wybiegu, ponieważ samiec – Rayah wepchnął ją do fosy.
    Słonie to jedyne ssaki, które nie potrafi SKAKAĆ!

    • Zachowaliśmy oryginalny zapis autora :).
      Jeśli chodzi o „skakanie słonia” – domyślamy się, że jest to po prostu zabieg literacki mający podkreślić wyczyn słonia/słonicy, która sforsował fosę i przedostał się na alejkę. Tyle – podobnie jak ów „galop” – wszak tylko koniowate galopują :).
      Poza tym jest to zapis ze spotkania – może tak właśnie mówili – wszak dane o słoniach w Polsce zoo ma zupełnie błędne…

    • Nie wiadomo, ogólnie usłyszeliśmy że dzielenie szympansów na te podgatunki zoograficzne nie ma sensu bo szympans to szympans (to tłumaczyłoby też mnożenie skundlonych lwów, w końcu lew to też lew) no ale jeśli już koordynator stwierdził że mają być rasowe no to ok… zoo się zgadza na hodowlę czystej linii tylko że chce wiedzieć czemu w Irlandii i Gdańsku szympansy były dopuszczone do rozrodu a w Warszawie nie. Gdy zoo powiedziało to koordynatorowi to on uzasadnił to tym że nie ma pewności co do pochodzenia ich przodków. Czyli innymi słowy czy wszyscy ich przodkowie należeli do tego samego podgatunku. Tylko warszawa jak to usłyszała to postanowiła wyjaśnić sprawę. Na a że poszukiwania przodków nie wyszły to zaczęto szukać laboratorium które na podstawie badań wykazałoby czy są mieszańcami czy nie. No i podobno zoo odnalazło jakieś laboratorium w USA które byłoby w stanie zrobić takie badania. Niedługo zoo ma wysłać do nich próbki i się okaże co i jak… No bo zoo chciałoby dostać zielone światło dla rozmnażania szympansów… ale myślę że trzeba jeszcze z 10 lat aby warszawskie zoo zaczęło prawidłowo działać (skupiać się na dydaktyce i ochronie, a nie narzekaniu, nieprzemyślanym mnożeniu i eksponowaniu zwierząt).

      • No, to sobie trochę Pani Dyrektor popłynęła.
        1/ Plan hodowli okapi nie zakłada żadnego nowego miejsca hodowli w ciągu najbliższych 15 lat. Takie jest niestety tempo rozrodu i ilość upadków. Sześć stajni to nie jest wymysł, ale wynika z wieloletnich doświadczeńw hodowli tego gatunku.
        2/ „Najnowszy” ranking jest dziełem dość ekscentrycznego gentlemana z Anglii, który odwiedził w Polsce jedynie Wrocław i Warszawę (szkode, że nie Opole czy Gdańsk) i to w roku 2007, a więc w przypadku Wrocławia wieki temu. Jego ranking z natury rzeczy jest wypaczony, i jest raczej źródłem prześmiewczych opinii. Ciągłew powoływanie się na opinię pojedyńczej osoby staje się już męczące.
        3/ Szymapnsy zachodnioafrykańskie mają bardzo duży dystans genetyczny od innych, podobnie jak populacja z Cross River w Nigerii. Większość fachowców skłania się do rozdzielenia gatunku szympans na przynajmniej trzy. Krzyżowanie podgatunków i gatunków nie powinno mieć miejsca i już wiele lat temu EAZA poprzez swój TAG naczelnych podjęła rekomendację, by wstrzymać rozród szympansów o nieznanej proweniencji. Niestety, EAZA nie może nic nakazać, bo sam udział w niej jest dobrowolny. Stąd wiele ogrodów (w tym Gdańsk i Kraków) jednak je mnoży, bo chce mieć w ekspozycji młode.
        4/ Słonie afrykańskie w Poznaniu także tworzą potencjalnie rozrodczą grupę, ale tylko pod warunkiem, że ktoś tam wreszcie się odważy dopościć samca do samic. Bez tego nici, a w przypadku leciwych już słonic to ostatni dzwonek.
        5/ ZOO Wrocław w minionym, kiepskim roku osiągnęło ponad 70% samowystarczalności finansowej.
        6/ Grubo ponad 60% ogrodów zoologicznych w EAZA to instytucje prywatne, samofinansujące sie i z natury rzeczy muszące przynosić dochody właścicielom.
        7/ Zdecydowanie cenniejszymi zwierzętami warszawskiego zoo od żyraf, słoni i gepardów (których rozród obecnie się ściśle kontroluje – dotyczy podgatunku południowego) dla mnie są Varanus macreai, Chelodina maccordi czy Aceros plicatus. Wygląda na to, że w Warszawie cenne to znaczy duże. Ponadto najcenniejsze wcale nie znaczy najdroższe.

        • Idealny przykład tego, jak opieranie się na jednym źródle i jednym punkcie widzenia może prowadzić do wypaczeń.
          Ot, punkt 2 – fakt, jak to ładnie, że Warszawa w rankingu tak wysoko, a Wrocław nisko. Ale jak to wygląda w ten sposób, to rzecz nabiera zupełnie innego kształtu. Bez cienia przesady, ale to nawet nasz ranking byłby bardziej wiarygodny :). Ranking sprzed trzech lat i obejmujący tylko dwie placówki? Porażka, dobrze byłoby o tym od razu napisać…

        • Wszystkie informacje były tak podane przez zoo, jeśli chodzi o okapi to te plany dotyczyły chyba 2005 roku albo i wcześniej, więc nie wiem czy wtedy już obowiązywały ustalenia EAZA, o rankingu nie słyszałem nic poza tym co na spotkaniu (nawet nie podano kto go sporządzał więc nie miałem jak sprawdzić) ale wierzę, o szympansach było powiedziane wprost że to wymysł i że i tak nikt nigdy nie będzie chciał ich reintrodukować…

          A jeśli chodzi o dział gadów, to obok bezkręgowców (którym jest po prostu najłatwiej ze wszystkich działów) jest jedynym, który cały czas się rozwija i posiada pełno cennych gatunków, a tych pospolitych się wyzbywa

          • Szympanse już wielokrotnie reintrodukowano, i to nie tylko te z konfiskat, ale także z zoo. Warto więc zachować ich czystość podgatunkową. Niezachęcanie do hodowli mieszańców ma także na celu zapobieżenie sytuacji umieszczania ich potem w substandardowych pomieszczeniach w prywatnych ogrodach Rosji, czy tragicznych w Chinach (gdzie jet ogromne zapotrzebowanie na małpy człekokształtne0.
            Jeśli chodzi o okapi, to sytuacja pozostaje w zasadzie niezmienna od dobrych kilkunastu lat i nic nie wskazuje na to, by udało sie nagle przełamać wszelkie problemy związane z hodowlą tego gatunku. Trzeba jednak śledzić sytucję danego gatunku, zanim podejmie sie decyzje o budowie czegoś dla niego.
            Warszawa nie zawsze to robi i stąd np. decyzja o sprowadzeniu z San Diego nosorożca indyjskiego (bardzo kosztowna). W tym samym czasie gorączkowo szukano miejsca dla urodzonych w Europie samców (bo w jednym roku urodziło się ich aż 7). Na dodatek ten samiec z San Diego był po zwierzętach pozyskanych z Europy, a więc nie stanowił tzw. odświerzenia krwi.

          • Zgadzam się ze wszystkim, tylko mówię w Warszawie musi przeskoczyć jeszcze jedno pokolenie na stanowiskach kierowniczych, ci są oczywiście zasłużeni i tego im nie odbieram, ale nie chcą iść w stronę nowoczesności, niektóre działy rozwijają się bardzo prężnie ale np ssaki kuleją (może poza małpami bo te choć warunki tragiczne cały czas są na wysokim poziomie jeśli chodzi o gatunki) 🙂

            A co do Gayana to on był chyba efektem partnerstwa W-wy i San Diego, współpracę było widać głównie w zoo (kwarantanna dla kilku gatunków, po których zostały nam całkiem cenne gorale).

          • Faktycznie, to przez warszawską kwarantannę przeszła niesamowita ilość najbardziej niezwykłych zwierząt kopytnych, które dzis próbujemy pozyskać z powrotem dla Europy. Były to m.in. pekari czako, guźce, świnie z Panay, świnia olbrzymia, świnie rzeczne, 5 lub 6 gatunków dujkerów, w tym żółtopręgie, antylopy sarnie, antylopy karłowate, kilka gatunków gazel i innych antylop, rozmaite jeleniowate z Chin. Nie wiem o wszystkich, a jakoś nigdy nikt nie opublikował choćby słowa na ten temat. Warto byłoby to podsumować i opublikować choćby zdjęcia niektórych z nich. Wielka szkoda, że oprócz gorali nic nie zostało.

          • zostały guźce ale zoo po pewnym czasie z nich zrezygnowało … widoczne był to za ciekawy gatunek jak na polskie realia… może nie jest jakiś strasznie cenny ale jednak fajnie byłoby zobaczyć go w zoo… szkoda że teraz praktycznie nie ma możliwości prowadzenia kwarantanny na terenie Polski, a z Ukrainą i Białorusią współpraca idzie w tej kwestii lekko opornie …

  4. I jeszcze drobne uzupełnienie. Naprawdę skakałbym pod niebiosa gdyby chociaż jeden polski ogród osiągnął poziom tak tragiczny jak ZOO Chester, Paignton, Colchester i przynajmniej kilkanaście innych w Wielkiej Brytanii, Walencia, Fuengirola, Cabarceno i Benidorm w Hiszpanii, czy beznadziejne ogrody we Francji jak Beauval, CERZA Lisieux, Doue la Fontaine, Parc de Felines de Auneau czy nawet Mulhouse.

  5. No i naprawdę nie możemy uwierzyć, że w Warszawie nie mają pojęcia ile jakich słoni jest w Polsce…
    Chociaż w sumie, z naszych doświadczeń też moglibyśmy kilka takich bagów przywołać ze strony zoo,a le…po co…

  6. Może gdy ludzie z warszawy patrzą w dokumenty i widzą słonia o imieniu Ninio twierdzą, że to na pewno nie ich słoń, bo przecież ten z warszawy to Lotek! 😉

  7. Mniam… I dlatego tak lubię tę stronę: ciekawy artykuł i jeszcze ciekawsza dyskusja pod nim (oraz pouczająca – Pilandok, podziwiam twoją wiedzę!).
    Tak trzymać! 🙂

  8. W zasadzie niewiele można dodać do tego, co napisał Pilandok, ale jak można mówić, ze ogrody brytyjskie, francuskie czy hiszpańskie są en bloc tragiczne. przecież w każdym z tych państw jest po kilkaset kolekcji zoologicznych. Są wśród nich ogrody świetne (niektóre wymienił Pilandok), przeciętne a także i słabe (Anglicy mają na nie określenie „home made zoos”), ale tak samo jest w Niemczech, Czechach a nawet i w Holandii. Zresztą wystarczy popatrzeć na osiągnięcia hodowlane Anglików czy np. na to jak wiele EEP jest przez nich koordynowanych (najwięcej obok Niemców), aby uznać określenie „tragiczne zoo” za nieporozumienie. Poza tym ogrody brytyjskie są szczególnie zaangażowane w projekty in situ. Inna sprawa, że ogrody brytyjskie mają małe (żeby nie powiedzieć żadne) wsparcie finansowe ze strony władz lokalnych. Chyba tylko Zoo Belfast jest miejskim ogrodem, pozostałe polegają na wpływach z biletów i wsparciu sponsorów.

    Jeśli chodzi o okapi, to EAZA uznała, że najlepiej mnożą się w placówkach, które trzymają kilka zwierząt, a nie pojedynczą parę. Ostatnimi ogrodami, które załapały się na okapi były Dvur Kralove, Lizbona i Chester. Ponoć jeszcze Woburn ma ochotę na okapi – pomieszczenia są gotowe, ale szanse małe. Śmiesznie brzmią narzekania pani Zbonikowskiej, że wobec Warszawy stosowano jakieś szykany. Po prostu Warszawa nie radzi sobie z kopytnymi: gatunków antylop ubywa, słonie i nosorożce się nie rozmnażają (ale ex-warszawski nosorożec w Whipsnade już dwukrotnie został ojcem). Natomiast Zoo Dvur Kralove „w dużo gorszych standartach” dostało dwa samce, rok później samicę, a już w kolejnym roku cieszono się z narodzin okapi. No, ale w DK wiedzą, jak zajmować się kopyciarzami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s