Czekaliśmy na tę wyprawę bardzo długo – chyba jak na żadną inną naszą zoologiczną eskapadę. Oliwskie zoo odwiedziliśmy po raz pierwszy w czerwcu minionego roku i już wtedy zrobiło na nas ogromne wrażenie. Następna nasza wizyta to już było coś z zupełnie innej półki – fantastyczny weekend, podczas którego mieliśmy okazję nie tylko bardzo dokładnie zwiedzić zoo (także od tzw. kuchni), ale też zapoznać się z wieloma pracownikami oliwskiego ogrodu, nie wyłączając samego Pana Dyrektora Targowskiego!
Już wtedy wiedzieliśmy, że szybko do Oliwy wrócimy, a gdy tylko pojawiła się okazja, aby ponownie odwiedzić największe polskie zoo, nie wahaliśmy się ani chwili i tuż po powrocie z Poznania ruszyliśmy na podbój Trójmiasta.
Zanim jednak wylądowaliśmy pod bramą oliwskiego zoo, czekało nas jeszcze sporo przygód…
Cała wyprawa możliwa była oczywiście dzięki Panu Dyrektorowi Targowskiemu, który ponownie ugościł nas w swoim zoo, z którym mieliśmy przyjemność spotkać się dwukrotnie podczas naszego feryjnego pobytu oraz Panu Markowi Nakoniecznemu, architektowi oliwskiego zoo, który był naszym przewodnikiem i towarzyszem podczas naszej helskiej eskapady.
Najpierw jednak musieliśmy dostać się do Gdańska…
No to jedziemy! Taa, jasne…
Pierwsza nasza tegoroczna zoologiczna wyprawa miała miejsce 14 lutego, kiedy to wybraliśmy się do Poznania. Trzydniowy pobyt w mieście, w którym spędziliśmy tyle lat, umożliwił nam dwukrotną wizytę w Starym Zoo i dłuższy wypad do Nowego. Do Koszalina wróciliśmy w środę wieczorem, a już w piątek z samego rana czekała nas wyprawa do Gdańska.

Wyprawa Mrówkojada do oliwskiego ZOO
18 lutego 2011, godzina piąta rano – wyjątkowo wczesna pobudka, a wszystko po to, żeby zdążyć na pociąg do Gdańska o 6.29. Niestety, pech prześladuje nas już od samego początku – już w autobusie jadącym na dworzec orientujemy się, że zapomnieliśmy czegoś bardzo ważnego (zwykle nam się to nie zdarza:)) i trzeba było wracać.
Następny pociąg – 7.50. Ujdzie, tym bardziej, że jedzie blisko godzinę krócej niż ten poprzedni, dzięki czemu w Oliwie bylibyśmy tylko pół godziny później. OK.
Nie mogliśmy przewidzieć, jakie będą konsekwencje tej zmiany…
Na cudnej urody koszaliński dworzec docieramy ostatecznie w pół do ósmej – bilet w dłoń i na peron!
I tu czeka nas kolejna niespodzianka – pociąg nie przyjeżdża! Co prawda na torach leży trochę śniegu, a pogoda nie jest najlepsza (strasznie wieje i jest potwornie zimno), ale o żadnych spóźnieniach nic się nie mówiło (czego nie możemy powiedzieć o okolicznościach naszej grudniowej wyprawy do wrocławskiego zoo…). Cierpliwie jednak czekamy – do chwili, gdy pada komunikat o… siedemdziesięciominutowym opóźnieniu, którego wielkość jeszcze może ulec zmianie…
O ile sam dworzec PKP w Koszalinie urodą nie grzeszy, to już poczekalnia nie grzeszy nią jeszcze bardziej. Cóż jednak zrobić – na dworze ziąb okropny, a do domu wracać już nie warto.
A mieliśmy być w Oliwie “chwilę po dziesiątej”…
Gdy po jakimś czasie opóźnienie wzrasta do 110 minut (!!!) miny trochę nam rzedną… Gdy pociąg ostatecznie (w końcu!) wtacza się na peron, jest za kilka minut dziesiąta – dwie godziny opóźnienia, a my od pięciu jesteśmy na nogach.
I nawet nie wyjechaliśmy z miasta. A mieliśmy już być w Oliwie. Czas chyba rozejrzeć się za jakimś mrówkojadomobilem
.
Ważne, że ruszyliśmy! W trakcie jazdy dowiadujemy się, że wszystko przez lokomotywę, która popsuła się kawałek za Szczecinem i trzeba było sprowadzać drugą. To ci pech. Po drodze czeka nas jeszcze niczym nie uzasadniony kilkunastominutowy postój w Gdyni i ostatecznie za kwadrans pierwsza (!!!) wtaczamy się na peron w Gdańsku-Oliwie…
Dworzec PKP Gdynia Główna
To jednak nie koniec przygód. Z Dworca PKP Gdańsk Oliwa udajemy się na pętlę tramwajową, skąd jedzie autobus (tak, tak, autobus) do zoo – szczegóły dotyczące dojazdu do zoo opisaliśmy tutaj.
W połowie lutego do dyspozycji mamy tylko jedną możliwość – autobus nr 222, który w dni powszednie kursuje do zoo co godzinę. I oczywiście – żeby spuentować nasze poranne przeboje komunikacyjne – gdy docieramy na przystanek okazuje się, że… autobus odjechał trzy minuty wcześniej…
Śmiać się czy płakać, robić coś trzeba. Obładowani tobołami (w końcu przyjechaliśmy na cztery dni) decydujemy się na spacer, na który nie zdecydowaliśmy się ani latem, ani jesienią. Co się odwlecze…
.

Tędy szliśmy...
Dwa i pół kilometra z samej pętli to solidna wycieczka, ale tego dnia nic nas już chyba nie zdziwi. No, może gdyby okazało się, że zoo przenieśli w inne miejsce…
Po drodze okazuje się, że w Gdańsku śniegu jest znacznie więcej, co jeszcze bardziej spowalnia nasz marsz. Nadzieja wraca nam gdy dochodzimy w końcu do ul. Karwieńskiej, gdzie wita nas znany już widok:
Zoo już coraz bliżej!
Karwieńska to już ostatnia prosta – śnieg na chodnikach i pusta ulica.
Zanim jeszcze dojdziemy do zoo już wiemy, czego w nim robić nie można:
Na szczęście zakaz nie obowiązuje pluszowych mrówkojadów...
Pierwszych mieszkańców zoo dostrzegamy jeszcze zanim wejdziemy na jego teren – wzdłuż ulicy, z lewej strony, rozciąga się bowiem wielki wybieg zamieszkiwany przez bydło stepowe, które akurat całym stadem – sztuka za sztuką – zmierza w stronę paśnika.
Pora na obiad!
Bydło stepowe
Wreszcie, po blisko godzinnym marszu, docieramy do zoo. Dochodzi czternasta – pomyśleć, że mieliśmy być w zoo juz od grubo ponad trzech godzin, a na nogach jesteśmy od dziewięciu.
No ale – dotarliśmy!
Na horyzoncie budynek dyrekcji
Warto wiedzieć!
Oliwa wita śniegiem
Do końca marca zoo będzie czynne do 15.00 (od dziewiątej), od 1 kwietnia czynne będzie o dwie godziny dłużej. Bilet normalny kosztuje 12 zł, ulgowy 6 zł, ale już niebawem ceny mają wzrosnąć o złotówkę. Rozpatrywana jest także opcja wprowadzenia tańszych biletów zimowych, które obowiązywałyby poza sezonem, gdy atrakcji w zoo jest znacznie mniej niż latem. Więcej na ten temat przeczytacie tutaj.
Warto pamiętać, że do kwietnia nie kursuje kolejka “Retro”, której skład, póki co pokryty śniegiem, stoi tuż za bramą wejściową.
Kolejka czeka na początek sezonu
Także pozostałe atrakcje (przewodnik, kucyki, bryczka, park linowy) będą dostępne dopiero w sezonie letnim – kto by tam zresztą chciał w takie zimno bryczką?
Zamknięte jest także Małe Zoo, dlatego jego mieszkańców, którzy w większości nadal je zamieszkują, możemy zobaczyć tylko przez ogrodzenie:
Małe Zoo pokryte śniegiem
Póki co nieczynne są także ogrodowe toalety – za to można skorzystać z tej w budynku dyrekcji, która w sezonie jest niedostępna dla zwiedzających.
Gorzej, gdy ktoś jest głodny – wszystkie punkty gastronomiczne w zoo również są nieczynne, dlatego lepiej zawczasu zaopatrzyć się w prowiant. Dla nas było to wyzwanie szczególne – zgromadzić zapas na cztery dni to karkołomne zadanie, a do najbliższych sklepów mamy z półtora kilometra.
Póki co cały kompleks restauracyjny czeka na gości kryjąc się pod grubą warstwą śniegu.
Czekając na wiosnę...
Witamy w Oliwie!
Dość gadania, czas zameldować się na miejscu, oto bowiem dotarliśmy pod budynek dyrekcji, który stanie się na najbliższe cztery dni naszym domem.
Budynek dyrekcji
Zanim jednak zameldujemy się w swoim pokoju, odwiedzamy jeszcze Dział Dydaktyczny, gdzie spotykamy się z Panią Grażyną Naczyk. Na niezwykle sympatycznej i żywiołowej dyskusji spędzamy dobrą godzinę, podczas której Pani Naczyk opowiada nam o specyfice swojej pracy, planach Działu Dydaktycznego na 2011 rok, Kampanii na Rzecz Ochrony Małp Człekokształtnych (o której szerzej niebawem!) oraz przygotowywanych nowych tablicach dydaktycznych i mapach, które wkrótce pojawią się na terenie zoo (do czego też jeszcze wrócimy).
Przypomnieć w tym miejscu trzeba, że już w zeszłym roku w oliwskim zoo pojawiło się kilkadziesiąt nowych tabliczek przy wybiegach zwierząt. Tabliczki te naszym zdaniem są najlepszymi wśród wszystkich umieszczonych w polskich ogrodach zoologicznych:
Tabliczka przy wybiegu pingwinów
Oliwskie tabliczki są modelowym przykładem tego, jak powinna wyglądać i jakie informacje zawierać taka tabliczka: świetna kolorystyka, zastąpienie typowego zdjęcia artystycznym rysunkiem, który znacznie lepiej działa na wyobraźnię odbiorcy, czytelny podział na informacje i bardzo wygodna konstrukcja – zarówno dla zwiedzającego (większość tabliczek ma formę pulpitu ustawionego pod odpowiednim kątem, nie jest zaś postawiona na wprost ani położona płasko), jak i dla samego zoo (umocowane są na łatwo wymienialnych stojakach, co w przypadku zmiany ekspozycji umożliwia błyskawiczną wymianę).
Wreszcie same informacje na tabliczkach – wspomniany już rysunek zwierzaka, nazwa gatunkowa (po polsku, angielsku i po łacinie), miejsce w systematyce oraz jasno wypunktowane informacje o gatunku (występowanie, aktywność, odżywianie, rozmnażanie, warto wiedzieć i ochrona – w tym przynależność do wszelkich programów ochronnych i informacja o stopniu zagrożenia).
Nic, tylko czytać – a docelowo wszystkie tabliczki w zoo mają wyglądać właśnie w ten sposób. Są one jednak przede wszystkim estetyczne i w czytelny oraz atrakcyjny sposób podają zwiedzającym najważniejsze informacje o poszczególnych gatunkach, dzięki czemu walor dydaktyczny jest znacznie skuteczniejszy niż w przypadku tradycyjnych tabliczek.
Co ważne, doskonale komponują się z kierunkowskazami, których kilkanaście ustawiono na terenie całego ogrodu (cały czas pojawiają się kolejne) – drogowskazy są dobrze widoczne i czytelne, dzięki czemu nie ma mowy, żeby zgubić się w zoo. No i utrzymane są w podobnej stylistyce i kolorystyce co tabliczki oraz strona internetowa zoo, podobnie, jak ma to miejsce w opolskim zoo, które pod tym względem jest zdecydowanie najlepszym ogrodem w kraju.
Nowe drogowskazy w oliwskim zoo
Pani Naczyk pokazuje nam przy okazji kilka tabliczek, które znajdowały się w zoo w minionych latach, dzięki czemu możemy prześledzić jak zmieniało się podejście do informowania zwiedzających o mieszkańcach zoo, a także sposób ich wykonywania (od siermiężnych tablic metalowych i drewnianych), co nasunęło nam myśl, aby szerzej zająć się kiedyś tym tematem w przyszłości (tak, znowu się zbiera pomysłów…) – trzeba będzie trochę pogrzebać w archiwum, ale wnioski mogą być ciekawe.
Z Panią Naczyk moglibyśmy rozmawiać godzinami, ale robi się już coraz później, a my jesteśmy już nieźle padnięci.
Kiedy do ogrodu przyjeżdża Pan Marek Nakonieczny, odwiedzamy jeszcze razem Pana Dyrektora Targowskiego, z którym umawiamy się na dłuższą rozmowę na poniedziałek i wreszcie meldujemy się w swoim pokoju…
To się nazywa widok z okna!
A co widać z Waszego okna?
Na piątkowym spacerze…
Gdy wychodzimy w końcu na spacer po ogrodzie, zoo jest już nieczynne dla zwiedzających a na dworze robi się powoli coraz ciemniej. Nieczynne są też już właściwie wszystkie pawilony (poza małpiarnią, która jest otwarta przez całą dobę), dlatego wybieramy się tylko na mały obchód po całym zoo.
Wystawa maszyn rolniczych używanych w zoo - nowe eksponaty pojawią się wiosną
Robi się coraz ciemniej...
Szczególnie efektownie zimą prezentuje się alejka prowadząca do woliery kondorów, gdzie możemy zobaczyć wystawę zdjęć mieszkańców oliwskiego zoo oraz tzw. aleję lwów – kilkanaście figur lwów z tworzywa sztucznego, które promowały akcję powrotu lwów do oliwskiego zoo (co może nastąpić naprawdę niedługo!).
Sztuczne lwy świetnie prezentują się w śnieżnej scenografii:
Ale jeszcze lepiej w towarzystwie naszego pluszowego podróżnika, który ma już pewne doświadczenie z pozowaniem wśród sztucznych lwów
.
Tadeusz i lew
Odwiedzamy wilka, niedźwiedzie i tygrysy, żubry, jaki, na koniec zachodzimy do małpiarni i wracamy do siebie, bo zrobiło się już naprawdę ciemno. Długo zastanawialiśmy się, jak zrelacjonować Wam naszą czterodniową wyprawę tak, żeby była i ciekawa i jakoś sensownie rozłożona – w końcu przez cały pobyt obeszliśmy zoo kilka razy, odwiedzając poszczególne obiekty i wybiegi nawet po kilka razy w ciągu jednego dnia, dlatego też zdecydowaliśmy, że w pierwszej części relacji opowiemy Wam ogólnie o naszym pobycie w zoo i Trójmieście, w drugiej pokażemy kilka najciekawszych miejsc w zoo, które można i warto odwiedzić o tej porze roku, w trzeciej zaś zabierzemy Was w podróż na kraniec świata, no, niech będzie że Polski, czyli do helskiego Fokarium.
Tymczasem kończymy nasz piątkowy spacer do zoo i wracamy do swojego pokoju – ten dzień był i tak wyjątkowo długi i obfitujący w zdarzenia…
Świetna rzecz - drogowskaz pokazujący jak daleko jest do pozostałych jedenastu polskich ogrodów zoologicznych
Dzień II – na kopytnym szlaku!
Oczywiście obiecujemy sobie wstać z samego rana, ale trudy dnia poprzedniego i szczególny klimat oliwskiego zoo sprawiają, że podobnie jak we wrześniu wychodzimy na teren zoo znacznie później – choć i tak na długo przed otwarciem zoo. Tłumaczymy się tym, że tym razem nie obudziła nas pieśń gibonów – najlepszy budzik z jakim do tej pory mieliśmy do czynienia
.
Obchodzimy – i to nie raz – całe oliwskie zoo, zaglądając we wszystkie dostępne miejsca. Udaje nam się także zajrzeć w te niedostępne dla zwiedzających, a to wszystko dzięki Panu Andrzejowi Gutowskiemu z działu hodowlanego oliwskiego zoo, który opiekuje się działem ssaków kopytnych. Z Panem Gutowskim spotykamy się najpierw w żyrafiarni, w której kończymy nasz poranny obchód, po czym umawiamy się przy wybiegu pum. Niestety, urodzonych w grudniu maluchów – Teksas i Vegas – nie udaje się nam wypatrzeć na wybiegu, widać natomiast ich mamę, Montanę. Małe pumy najpewniej jeszcze w tym roku opuszczą oliwskie zoo, nie ma bowiem w Gdańsku miejsca na więcej niż parę dorosłych, choć w przyszłości ich wybieg ma ulec modernizacji – póki co wszystkie urodzone w Oliwie pumy czeka wyjazd do innego zoo.
Od pum idziemy wzdłuż małpiarni do chatki anoa, żeby odwiedzić urodzonego 4 października malucha.
Jego narodziny były wielkim wydarzeniem w oliwskim zoo, był to bowiem pierwszy przychówek tego gatunku w historii polskich ogrodów zoologicznych – Oliwa posiada zresztą jedyną parę hodowlaną w Polsce (jedna sztuka jest jeszcze w opolskim zoo). Cała trójka obecnie przebywa w ocieplanym domku i nie wychodzi na wybieg zewnętrzny, zajmowany na ten czas przez daniele.
Mniejszy wybieg w chatce zajmuje dorosły samiec, który przyjechał do Gdańska w 2004 roku:
Dorosły samiec anoa
Tuż obok, za ścianą, na znacznie większym wybiegu, mieszka natomiast samica Irenka wraz z młodym anoa:
Irenka - samica anoa
Samica anoa z młodym
Choć nie wyglądają, są to bardzo niebezpieczne i agresywne zwierzęta (zwłaszcza Irenka), dlatego też muszą być oddzielone. Na wybieg zewnętrzny wrócą wiosną, jednak małego anoa możemy już na nim nie zobaczyć – podobnie jak małe pumy również ma opuścić oliwskie zoo.
Mały anoa z oliwskiego zoo
Żegnamy się z rodzinką anoa i idziemy na sąsiedni wybieg zajmowany przez łosie. W tej części zoo mają wiosną zajść spore zmiany – już zniknęło stado gwanako, które mają zostać zastąpione mundżakami chińskimi – te już niebawem przyjadą do Oliwy.
Żeby zobaczyć rodzinkę łosi, musimy obejść cały, bardzo duży wybieg, cała trójka bowiem skrywa się na jego tyłach, gdzie spędzają większość czasu.
Oliwskie łosie
Para dorosłych łosi przyjechała do oliwskiego zoo kilka lat temu z Finlandii – to niezwykle piękne, duże zwierzęta, zwłaszcza okazały samiec, który już robi wrażenie – a ma dopiero kilka lat i jeszcze sporo urośnie!
Samiec łosia
Niezłe poroże!
Wokół samicy cały czas kręci się urodzony 14 maja minionego roku młody samiec, pierwszy urodzony w oliwskim zoo!
Młody łoś
Trudno go jednak nazwać maluchem – ma już prawie dziesięć miesięcy i dobre półtora metra wzrostu!
Twarzą w twarz z łosiem!
Niestety, także i on lada dzień opuści oliwskie zoo – czeka go przeprowadzka na Węgry.
Młody łoś z oliwskiego zoo
Żegnamy się z łosiową rodziną i zmierzamy w stronę wybiegów kopytnych rozciągających się za słoniarnią. Po drodze Pan Gutowski opowiada nam o trudach pracy pielęgniarza i specyfice działu ssaków kopytnych. W oliwskim zoo jest ich kilkanaście gatunków, w dodatku rozmieszczone są w kilku skrajnie czasem rozlokowanych punktach zoo. W dodatku większości zimą zwiedzający nie mogą ich oglądać, bowiem brak jest pawilonów zimowych – te mają się pojawić w przyszłości, są bowiem priorytetowymi inwestycjami w koncepcji rozwojowej oliwskiego zoo.
My tymczasem zaglądamy do chatki zamieszkiwanej przez oryksy szablorogie i sitatungi, których – co oczywiste – nie zobaczymy na wybiegu:
Chatka oryksów i sitatung - wybiegi zewnętrzne zajęte przez śnieg
W chatce jest ciepło, ale też dość tłoczno – lewą część zamieszkuje stado sitatung, wśród których oprócz grupy samic:
Czujne sitatungi
dwóch dorosłych samców – starszego, będącego przywódcą i młodszego, który ma dopiero zaczątki różków:
Młody samiec w środku
dostrzegamy jeszcze urodzonego w połowie stycznia malucha – samiczki, która skrywa się pod paśnikiem:
Mała sitatunga
Maluch jest jeszcze bardzo nieśmiały i chowa się przed obcymi
Co ciekawe, dosłownie za ścianą, w tej samej chatce, możemy zobaczyć małego oryksa szablorogiego, który urodził się dokładnie tego samego dnia, co mała sitatunga!
Maluch oryksa szablorogiego z matką
Obecnie stado oryksów w oliwskim zoo liczy sześć sztuk – na czas zimy mają do dyspozycji duży boks podzielony na trzy części (przed narodzinami malucha był to jeden duży boks dla piątki zwierząt). Pierwszy zajmuje samica z młodym, drugi trzy samice, trzeci zaś dorosły samiec.
Maluch jest jeszcze dość skryty i cały czas trzyma się blisko matki:
Oryksy wrócą na wybieg wiosną, kiedy to podjęte zostaną próby ponownego połączenia całego stada.
Pan Andrzej Gutowski długo opowiada nam jeszcze o kopytnych mieszkańcach oliwskiego zoo, żeby jednak nie denerwować zbytnio styczniowych maluchów opuszczamy chatkę i ruszamy w stronę ptaszarni. Żegnamy się też z Panem Gutowskim, dziękując za możliwość odwiedzenia zwierzaków, które na co dzień są niedostępne dla zwiedzających. Zważywszy, że na dworze jest naprawdę zimno, co jakiś czas chowamy się w którymś z pawilonów – na szczęście w tej części zoo mamy do wyboru aż trzy – ptaszarnię, żyrafiarnię i hipopotamiarnię (no, szumna nazwa, niech będzie pawilon hipopotamów). Z przerwą na herbatę obchodzimy solidnie cały ogród – w końcu jednak zaczyna nam doskwierać nie tylko chłód, ale i głód, dlatego postanawiamy ruszyć do miasta, żeby na coś zapolować (w końcu w zoo nie wolno…:)).
Park Oliwski i pieczone ziemniaki
Z zoo wychodzimy tuż przed jego zamknięciem, dlatego udaje nam się jeszcze kupić kilka gadżetów w kasie (sklepik jest bowiem nieczynny). Tym razem postanawiamy pojechać autobusem (sprawdziliśmy wcześniej rozkład jazdy, ha!), który o tej porze roku kursuje co godzinę – i jest to jedyna możliwość dostania się do miasta inaczej, niż na piechotę, a że podczas samego tylko obchodu zoo zrobiliśmy pewnie kilka kilometrów, mamy już trochę dość łazikowania
.
Że Oliwa to nie tylko ogród zoologiczny, nikogo przekonywać nie musimy – na każdym kroku spotykamy się z niezwykłym traktowaniem tej dzielnicy jako miejsca wyjątkowego, do tej pory jednak nie mieliśmy zbyt wielu okazji, aby odwiedzić nie tylko zoo czy okolice dworca i pętli tramwajowej. Zanim więc znajdziemy jakieś dobre miejsce na obiad, wybieramy się do pięknego Parku Oliwskiego, który o tej porze roku prezentuje się naprawdę cudownie:
Park Oliwski
Park Oliwski
Park Oliwski
Nam Park Oliwski przypomina trochę nasz ulubiony poznański Park Sołacki skrzyżowany z Cytadelą (to pewnie przez te plenerowe rzeźby, których pełno i na poznańskiej Cytadeli, i w Parku Oliwskim). Cały park zajmuje aż 10 ha, niestety o tej porze roku wiele miejsc jest niedostępnych – odśnieżone są tylko główne alejki. Na licznych stawach i przepływającym przez park Potoku Oliwskim spotkać można ogromne wprost ilości kaczek i łabędzi, na terenie parku znajduje się także ogród botaniczny i palmiarnia (wyglądająca trochę jak poznański Okrąglak), która niestety była zamknięta.
Palmiarnia w Parku Oliwskim
Udajemy się zatem do najważniejszego obiektu na terenie parku, czyli katedry oliwskiej, którą połowa Redakcji miała już kiedyś okazję odwiedzić (podczas szkolnej wycieczki ładnych siedemnaście lat temu – co ciekawe, zoo nie było wówczas w programie zwiedzania, choć znalazło się miejsce dla piętnastu trójmiejskich kościołów…).
Katedra w Oliwie
Oliwską katedrę jednak odwiedzić naprawdę warto – dwie 46-metrowe wieże górują nad całą Oliwą, a ogromne, ponadstumetrowej długości wnętrze kościoła (najdłuższa cysterska świątynia na świecie!) skrywa wiele skarbów, m.in. słynne organy, swego czasu największe na świecie!
Wnętrze katedry oliwskiej - na końcu organy)
Niestety, na koncert organowy solidnie się już spóźniliśmy, ale miłośnikom takiej muzyki gorąco taki koncert polecamy (ten, wysłuchany przed laty, pozostał w pamięci do dziś!).
Z katedry oliwskiej ruszamy na poszukiwania jakiegoś miejsca, gdzie można by coś dobrego przekąsić, niestety nic szczególnego nie udaje nam się znaleźć, dlatego też postanawiamy udać się do centrum Gdańska, gdzie mamy już swoje sprawdzone miejsce. Dojazd z pętli w Oliwie pod sam Długi Targ jest na szczęście bardzo korzystny – pół godziny jazdy nowiutkim tramwajem i jesteśmy przy Neptunie
.
Stąd już tylko krok do Baru “Pod Rybą”, gdzie polecamy fantastyczne pieczone ziemniaki – zwłaszcza trio mix z mlekiem ukwaszonym (solidna porcja, rozsądna cena no i danie jest naprawdę pyszne!). Już zaczynamy szukać odpowiednio dużych ziemniaków, żeby samemu przygotować takie danie
.
Wieczorne zwiedzanie centrum skutecznie z głowy wybija nam przenikliwe zimno, dlatego kręcimy się tylko chwilę po wąskich uliczkach wokół Długiego Targu i wracamy do Oliwy. Oczywiście ostatni autobus do zoo odjechał już kilka godzin wcześniej, dlatego czeka nas jeszcze solidny, kilkudziesięciominutowy spacer, zanim meldujemy panom ochroniarzom nasz powrót do zoo.
Na dobranoc wybieramy się jeszcze na mały nocny spacer po zoo, ciemnym i niepokojąco cichym o tej porze.
Szybko jednak wracamy do siebie, bo następnego dnia, w niedzielę, czeka nas wyprawa na Hel…
Niedziela na Helu i poniedziałkowe spotkanie na szczycie!
O naszej niedzielnej wyprawie na Hel opowiemy Wam niebawem (mamy nadzieję że maksymalnie w przeciągu tygodnia!) – dość nieoczekiwanie wyprawa ta zajęła nam dosłownie cały dzień, dlatego na spacer po oliwskim zoo nie było już czasu, zresztą do zoo dotarliśmy bardzo późno…
Poniedziałek – czwarty i ostatni dzień naszego pobytu w Oliwie rozpoczynamy oczywiście od spaceru po całym ogrodzie – najwięcej czasu spędzamy w żyrafiarni, prawdziwy koncert niezwykłych zachowań dają bowiem żyrafy (o czym jutro!). Po kilku godzinach i odwiedzeniu wszystkich zakątków zoo udajemy się w końcu do budynku dyrekcji na spotkanie z Panem Michałem Targowskim, dyrektorem oliwskiego zoo. Wcześniej jeszcze raz jeszcze odwiedzamy Panią Grażynę Naczyk, bierzemy udział w krojeniu marchewki dla mieszkańców Małego Zoo (nigdy nie pokroiliśmy takich ilości marchwi – nasz królik Bąbel byłby z nas dumny:), wreszcie spotykamy się z Panem Dyrektorem.
Dowiadujemy się m.in., że wszystkie plany, o których Pan Dyrektor wspominał podczas naszego ostatniego spotkania mają szansę na realizację – zwłaszcza wyspa lemurów przed wejściem głównym, że lwy na pewno wrócą do Oliwy, a zoo ma masę pomysłów na najbliższe lata, zwłaszcza jeśli chodzi o działalność dydaktyczną. Nie zabraknie też nowych zwierząt – m.in. bongo, mundżaki – i wycofywania się z bardziej pospolitych gatunków (wspomniane już gwanako).
Dowiadujemy się także wielu pasjonujących historii z życia oliwskiego zoo i meandrów pracy dyrektora ogrodu zoologicznego, a na koniec Pan Dyrektor potwierdza, że jest przede wszystkim człowiekiem o wielkim poczuciu humoru, czego dowodem to oto zdjęcie:
Dyrektor oliwskiego zoo, Pan Michał Targowski, trzyma w objęciach pluszowego mrówkojada, Tadzia
Dla Tadeusza to kolejne tak wielkie wyróżnienie
.
Pożegnanie z Oliwą
Długo moglibyśmy z Panem Dyrektorem rozmawiać, jeszcze dłużej słuchać jego niezwykle ciekawych opowieści, w końcu jednak przychodzi czas pożegnania z oliwskim zoo i powrotu do domu – każdy, nawet najdłuższy weekend kiedyś się kończy.
Dziękujemy Panu Dyrektorowi za zaproszenie, żegnamy się także z Panią Naczyk i Panem Gutowskim i opuszczamy oliwskie zoo, ale już czekamy na kolejną wyprawę do Trójmiasta – poczekamy jednak na nieco lepszą pogodę, bo choć Oliwa spowita śniegiem wygląda przecudnie, a samo zoo, zdecydowanie najpiękniej położony ogród zoologiczny w Polsce, robi oszałamiające wrażenie, to jednak kilka dni zimna dały nam się solidnie we znaki i Gdańsk opuszczamy z tysiącem zdjęć, plecakiem pamiątek, głową pełną wspomnień i informacji, ale też solidną gorączką i przeziębieniem.
Tak, wrócimy tu, ale gdy zrobi się trochę cieplej…
Tyle na dziś – w drugiej części relacji (powinna ukazać się w poniedziałek) odwiedzimy dziesięć najciekawszych miejsc oliwskiego zoo, które warto zobaczyć o tej porze roku, w trzeciej zaś opowiemy Wam, jakie wrażenie zrobiło na nas helskie Fokarium i ile śledzi dziennie potrafi zjeść Unda Marina
.

Ale ja Wam zazdroszczę. Macie świetnie.
A relacja (jak zwykle zresztą) super. Nie mogę się doczekać kolejnej części.
Relacja jak zawsze super. Fajnie jest móc tak zwiedzać zoo od tzw. kuchni, moża wtedy zobaczyć jak tak naprawdę funkcjonuje zoo.
Dokładnie, a szczególnie interesujące jest, gdy można poznać mechanizmy zarządzania ogrodem i to, jak funkcjonuje praca w zoo na różnych szczeblach – od pielęgniarzy po dyrektora. Im więcej dowiadujemy się o tym, jak tak naprawdę zarządza się ogrodem zoologicznym (i to tak dużym, choć i mniejszym – jak w Toruniu nie jest łatwo, czasem nawet trudniej), to uświadamiamy sobie, że to naprawdę ciężka praca – “zdobywanie” zwierzaków dla zoo to tylko ułamek tej pracy – i to jeden z łatwiejszych, mimo wszystko. Biurokracja i potyczki z urzędnikami skutecznie mogą zniechęcić do marzeń o byciu dyrektorem zoo
.
Dlatego ja dyrektorem nigdy zostać nie chcę – ta cała biurokracja to nie dla mnie
Relacja SUPER! Ja też niestety zaległam chora przez co z takim opóźnieniem czytam.